Major Adam P. Tymowicz z Illinois, syn Walentego Tymowicza i Zofii Fąfary. 7 listopada 1950 r. jego dwumiejscowy F-82 Twin Mustang (nr boczny nieustalony) wystartował z bazy Naha na Okinawie na patrol bojowy nad Morzem Wschodniochińskim; w trakcie misji załoga zgłosiła awarię silnika i zawróciła. Podczas podejścia do lądowania maszyna rozbiła się i eksplodowała w zatoce Naha – z wody wydobyto ciało operatora radaru, natomiast pilot zaginął; poszukiwania zawieszono 17 listopada z powodu nadciągającego tajfunu i bardzo złych warunków na morzu.
25 czerwca 1950 roku Korea Północna, wspierana przez ZSRR i Chiny, napadła na nieprzygotowaną do wojny Koreę Południową, rozpoczynając konflikt, który wstrząsnął światem. Już dwa dni później, 27 czerwca, polska prasa, całkowicie kontrolowana przez komunistyczne władze, zaczęła przedstawiać wojnę jako „imperialistyczną agresję” Stanów Zjednoczonych przeciwko „bohaterskiemu narodowi koreańskiemu”. Premier Józef Cyrankiewicz i prezydent Bolesław Bierut publicznie wyrażali solidarność z Północą, powtarzając narrację narzuconą przez Kreml. Gazety, kroniki filmowe i wiece propagandowe w PRL wypełniły obrazy „okrucieństw Amerykanów”, a wojna koreańska stała się poręcznym narzędziem mobilizacji wewnętrznej: budowania atmosfery stałego zagrożenia i usprawiedliwiania terroru politycznego w kraju. Oficjalnie Polska Ludowa stanęła po stronie agresora – Kim Ir Sena, wspieranego przez Moskwę i Pekin.
Kapitan Edward C. Krzyzowski z Chicago, zginął 3 września 1951 r. od strzału snajpera. Pośmiertnie odznaczony Medalem Honoru.
Tyle że społeczeństwo polskie nie miało w tym żadnego wyboru: była to polityka narzucona z zewnątrz, a propaganda PRL mówiła jednym głosem z Kremlem. Po zakończeniu działań wojennych PRL aktywnie uczestniczyła w Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych (KNPN / NNSC), która od 27 lipca 1953 r. miała nadzorować przestrzeganie rozejmu. „Neutralność” była fasadowa: pod tym szyldem prowadzono działania informacyjne i wywiadowcze korzystne dla Północy. Ten dysonans – oficjalna „neutralność” przy faktycznym wspieraniu obozu komunistycznego – dobrze oddaje klimat tamtej epoki: pozory legalizmu przy pełnym podporządkowaniu ZSRR.
Kapral Thadeus Stanley Bobowiec z Illinois. Zginął 11 czerwca 1953 roku, gdy chińskie siły komunistyczne zaatakowały placówkę obsadzoną przez jego oddział.
Czy dziś, w oczach Korei Południowej, Polacy muszą się wstydzić postawy PRL? Niekoniecznie. Bo ta sama historia odsłania drugą, mniej znaną twarz narodu – twarz wolnej Polonii. Tysiące Amerykanów polskiego pochodzenia – synów i wnuków emigrantów z Galicji, zaboru rosyjskiego czy pruskiego – walczyło w szeregach US Army w czasie wojny koreańskiej. Wielu z nich oddało życie w kluczowych bitwach: pod Pusan, Incheon czy nad rzeką Ch’ongch’on. Ich nazwiska – Kucharczyk, Stefaniak, Nowicki, Lewandowski, Walczak – widnieją dziś na Wall of Remembrance w United Nations Memorial Cemetery in Korea (UNMCK) w Busan, jedynym na świecie cmentarzu ONZ, gdzie spoczywa około 2,3 tys. żołnierzy z kilkunastu państw sprzymierzonych. Ciała Amerykanów z reguły repatriowano do USA, dlatego ich nazwiska znalazły się na murze, a nie na grobach – ale to właśnie ten mur, pełen także polskich brzmień, najmocniej przemawia.
Cmentarz ONZ w Busan
Mur Pamięci w koreańskim Busan ma dla Polski znaczenie podwójne. Historyczne – bo upamiętnia Amerykanów polskiego pochodzenia, o których PRL milczała lub których piętnowała jako „zdrajców klasowych”. Symboliczne – bo pokazuje, że naród bywa większy niż zniewolone państwo. Gdy Warszawa musiała klaskać Kim Ir Senowi, Polacy z Chicago, Detroit i Buffalo walczyli i ginęli za wolność Korei Południowej. Ich krew, przelana w obronie wolnego świata, budowała dobre imię Polski, nawet jeśli w kraju nie wolno było o tym mówić. Wojna koreańska obnaża dwoistość polskich losów w zimnej wojnie: z jednej strony – zniewolone państwo, które usługowało agresorowi; z drugiej – wolna diaspora, która stanęła po stronie ofiar. Mur w Busan, z setkami polskich nazwisk, jest świadectwem tej drugiej, wolnej twarzy narodu. To przypomnienie, że nawet w najciemniejszych czasach Polacy potrafili dołożyć własną cegłę do obrony wolności – nie tylko swojej, ale i cudzej.
Polskie nazwiska na Murze Pamięci w BusanPolskie nazwiska na Murze Pamięci w BusanPolskie nazwiska na Murze Pamięci w Busan
W latach 60. XX wieku, w apogeum zimnej wojny, każda relacja prominentnej postaci z Zachodu z osobą powiązaną z Chinami budziła podejrzenia służb wywiadowczych. Jedną z takich historii jest znajomość Richarda Nixona, przyszłego prezydenta USA, z Marianną Liu, młodą hostessą z Hongkongu. Czy była to niewinna przyjaźń, romans, czy może próba szpiegowskiej gry? Niniejszy artykuł, oparty na biografiach Nixona, dokumentach FBI i relacjach prasowych, analizuje tę kontrowersyjną relację w kontekście epoki.
Marianna Liu i Richard Nixon
Spotkania w Hongkongu: Początek Kontrowersji
Richard Nixon, były wiceprezydent USA (1953–1961), w latach 1964–1967 podróżował do Hongkongu w celach biznesowych jako prawnik w prywatnej praktyce. To właśnie tam, w 1964 lub 1965 roku, w koktajlowym lounge „The Den” w hotelu Hongkong Hilton, poznał Mariannę Liu – hostessę młodszą od niego o około dwie dekady. Jak podają biografowie, m.in. Roger Stone (Nixon’s Secrets) i John A. Farrell (Richard Nixon: The Life), ich spotkania miały miejsce w 1964, 1965 i 1966 roku. W 1967 roku, gdy Liu była hospitalizowana, Nixon przesłał jej kwiaty – gest, który wzbudził zainteresowanie mediów.
Liu w różnych wywiadach przedstawiała sprzeczne wersje wydarzeń, raz określając się jako hostessę, innym razem jako przewodniczkę turystyczną. Twierdziła, że miała z Nixonem „wiele randek” i tańczyła z nim na jachcie, a on nalegał na prywatne spotkania pomimo jej ostrzeżeń. Te nieścisłości, opisane m.in. w „New York Times” (1976), stały się pożywką dla spekulacji.
13 listopada 1964 r. Richard Nixon w drodze do Japonii i Hongkongu
Plotki o Romansie: Fakty kontra Sensacja
W 1976 roku tabloid „National Enquirer” opublikował dwuczęściowy cykl artykułów, sugerując, że relacja Nixona i Liu miała charakter seksualny. Liu zaprzeczyła tym doniesieniom i pozwała gazetę, ale sprawa zakończyła się ugodą pozasądową.
Dziennikarz śledczy Anthony Summers w The Arrogance of Power sugeruje, że Liu mogła wycofać pozew z obawy przed ujawnieniem szczegółów, choć nie potwierdza jednoznacznie intymnego charakteru ich relacji. John Sears, doradca Nixona, żartobliwie zauważył: „Widział ją za każdym razem, gdy przejeżdżał przez Hongkong, i przejeżdżał przez Hongkong za każdym razem, gdy przejeżdżał przez Azję” (Stone, 2014). Sam Nixon konsekwentnie zaprzeczał romansowi, podobnie jak Liu, która po jego śmierci w 1994 roku odwiedzała jego grób, co może wskazywać na osobistą więź. Jednak brak twardych dowodów pozostawia tę kwestię otwartą.
Artykuł o rzekomym romansie Nixona z Liu w National Enquirer
Nixon: Geniusz Polityczny z Cieniem Autodestrukcji
Nixon był postacią pełną sprzeczności: strategiczny geniusz, który otworzył USA na Chiny w 1972 roku, ale też człowiek skłonny do autodestrukcji, czego dowodem jest afera Watergate. Czy nie dostrzegał ryzyka spotkań z Liu? Jego wychowanie w konserwatywnym środowisku kwakrów i ponad 50-letnie małżeństwo z Pat Nixon bez poważnych skandali obyczajowych sugerują, że nie był typem „łowcy kobiet” w stylu Kennedy’ego czy Clintona. Jak zauważają biografowie, Nixon był sztywny i niezręczny w kontaktach osobistych, niezależnie od płci rozmówcy, co kontrastowało z jego politycznym błyskotliwością.
Richard i Pat Nixon
FBI i CIA: Zimnowojenna Paranoja
Relacja Nixona z Liu wzbudziła zainteresowanie FBI, które obawiało się, że młoda hostessa może być agentką chińskiego wywiadu. Jak podaje „New York Times” (1976), FBI prowadziło dochodzenie, ale nie znalazło dowodów na szpiegostwo, intymne relacje czy zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Na prośbę CIA brytyjskie MI6 prowadziło w Hongkongu całodobową obserwację Nixona, w tym tajne fotografowanie, z powodu podejrzeń wobec Liu (Stone, 2014).
Richard Nixon w Chinach
Dlaczego ta znajomość wzbudziła takie obawy? Klucz leży w kontekście zimnej wojny:
1. Hongkong jako Wywiadowcze Epicentrum: W latach 60. XX wieku ta multikulturowa kolonia brytyjska była miejscem intensywnej aktywności szpiegowskiej. Graniczące z komunistycznymi Chinami miasto przyciągało CIA, MI6, FBI oraz chiński MSS. Biznesmeni, hostessy czy dziennikarze często – świadomie lub nie – stawali się pośrednikami w przekazywaniu informacji.
2. „Honey Trap” jako Standard Wywiadu: Atrakcyjna kobieta pracująca w branży rozrywkowej była w oczach służb idealnym profilem do operacji typu „honey trap” – uwodzenia w celu zdobycia informacji lub materiałów kompromitujących. Nawet jeśli Liu nie była agentką, jej chińskie pochodzenie i kontakty z Nixonem wystarczały, by wzbudzić podejrzenia.
3. Nixon jako Cel Wywiadowczy: Choć w 1966 roku Nixon nie pełnił funkcji publicznych, jako były wiceprezydent i potencjalny kandydat na prezydenta był „aktywem wysokiej wartości”. Wywiady zakładały, że nawet przypadkowe rozmowy mogą ujawnić cenne informacje, np. o strategii Partii Republikańskiej lub wojnie w Wietnamie.
4. Logika „Braku Przypadków”: W zimnowojennej mentalności każde spotkanie było potencjalnie zaaranżowane. Wywiady zakładały, że przeciwnik planuje kilka kroków naprzód, a przypadkowe kontakty – zwłaszcza w miejscach takich jak Hongkong – mogły być elementem gry wywiadowczej.
Historia Nixona i Liu pozostaje enigmą. Bez dowodów na romans czy szpiegostwo, ich relacja mogła być jedynie niewinną przyjaźnią, która w realiach zimnej wojny nabrała podejrzanego charakteru. Pokazuje to, jak paranoja epoki wpływała na percepcję osobistych kontaktów i jak łatwo plotki mogły eskalować w atmosferze politycznej nieufności.
Hongkong w latach 60. XX wieku
Źródła i inspiracje:
John A. Farrell, Richard Nixon: The Life, 2017
Roger Stone, Nixon’s Secrets, 2014
Anthony Summers, The Arrogance of Power, 2000
New York Times, F.B.I. Investigated Hong Kong Woman Friend of Nixon in’60’s to Determine if She Was Foreign Agent, 1976
Dzieci łatwo stają się narzędziem cudzych ambicji. Mały Ernest Hemingway był przebierany przez matkę Grace w sukienki i czesany jak dziewczynka – miał być „bliźniaczką” siostry. To doświadczenie wielu badaczy wiąże z jego późniejszą obsesją męskością. Podobnie w dawnej Yoshiwarze: dziewczynki kamuro od siódmego roku życia kopiowały wygląd i zachowanie oiran, podnosząc prestiż swojej pani. W obu przypadkach dziecko traciło własną tożsamość na rzecz dorosłego. Ta paralela pomaga zrozumieć, jak dzieciństwo kształtuje dorosłe blizny.
Ernest Hemingway, ok. 1905 r.
Wystarczy spojrzeć na zdjęcia małego Hemingwaya – w sukienkach, z bujnymi lokami i powagą na twarzy – by zrozumieć, że jego dzieciństwo było sceną, na której matka odegrała własną sztukę. Zaskakująco blisko tej sceny znajduje się świat japońskich kamuro – dzieci przekształconych w ozdoby oiran, kurtyzan epoki Edo.
Kurtyzana Oiran z kamuro
W dzieciństwie Ernesta Hemingwaya, przyszłego giganta literatury, i kamuro, młodych dziewczynek szkolonych w japońskiej dzielnicy Yoshiwara, kryje się zaskakująca paralela. Oboje nie byli po prostu wychowywani – byli projektowani, kształtowani w zgodzie z cudzymi wizjami. Matka Hemingwaya, Grace, i oiran, gwiazdy Yoshiwary, traktowały dzieci jako narzędzia swoich ambicji, pozostawiając w ich psychice trwałe urazy. Choć pochodzili z dwóch różnych światów – amerykańskiej klasy średniej i japońskiej dzielnicy rozkoszy – Hemingway i kamuro mają wspólny mianownik: zostali stworzeni na cudzy obraz i podobieństwo. Jak wyglądały te procesy i co mówią o mechanizmach kontroli nad tożsamością?
Ernest Hemingway z siostrą Marcelinne
Grace Hall Hemingway była kobietą o artystycznych ambicjach, które w wiktoriańskiej Ameryce rzadko znajdowały ujście. Nie mogąc w pełni realizować siebie, skupiła się na dzieciach, szczególnie na Erneście i jego siostrze Marcelline. Ubierała ich w identyczne sukienki, czesała tak samo, aranżowała ich publiczne występy jako bliźniąt. Ernest, choć chłopiec, był stylizowany na dziewczynkę – nie z przypadku, lecz z premedytacją. Dla Grace był rekwizytem w jej wizji idealnej rodziny, odzwierciedleniem niespełnionych marzeń o córce i artystycznym splendorze.
Jak pisze Josh Jones w artykule „Ernest Hemingway and His Sister Dressed as Twin Girls […]”: „Pomimo mniej sztywnych norm dotyczących płci w dzieciństwie (czyli typowego dla epoki wiktoriańskiej stylizowania małych chłopców na dziewczynki aż do tzw. „breeching” – przejście chłopca z sukienki w spodnie, zwykle ok. 5.–7. roku życia) – jak zauważa biograf Hemingwaya, Kenneth Schuyler Lynn – wymyślne udawanie Grace Hemingway, że mały Ernest i jego siostra byli bliźniakami tej samej płci, było bardzo nietypowe. Krytycy, tacy jak Moddelmog i Mark Spilka, przekonująco argumentowali, że Hemingway zbuntował się przeciwko tej narzuconej tożsamości, a bunt ten trwał całe życie.” Taka manipulacja płcią nie przeszła bez echa. W dzieciństwie Ernest doświadczał wstydu związanego z narzuconą rolą „Ernestine”. W dorosłości odpowiedział na to hipermęską postawą – polowania, boks, wojna, literatura pełna motywów siły i odwagi. Te wybory sugerują próbę zagłuszenia upokorzenia z dzieciństwa, gdy jego męskość była kwestionowana.
Oiran w towarzystwie kamuro
W XVII-wiecznej Japonii, w dzielnicy Yoshiwara – centrum ekskluzywnej rozrywki Edo (dzisiejsze Tokio) – oiran były elitarnymi kurtyzanami, łączącymi piękno, sztukę i wysoki status społeczny. Towarzyszyły im kamuro, dziewczynki w wieku od 7 do 15 lat, które pełniły rolę służących i uczennic. Oiran, jako gwiazdy Yoshiwary, szkoliły kamuro, by w przyszłości mogły stać się ich następczyniami, ale ich rola była także symboliczna. Kamuro, ubrane i uczesane jak miniaturowe kopie oiran, miały podkreślać prestiż swojej patronki. Ich ruchy, wygląd, a nawet sposób chodzenia były ściśle kontrolowane, by odzwierciedlać doskonałość oiran. Stanowiły żywe symbole jej sukcesu, a czasem przygotowywano je do przejęcia jej roli.
Ten proces miał jednak wysoką cenę. Kamuro uczono tłumienia emocji – płacz czy sprzeciw były niedopuszczalne. Ich tożsamość rozpływała się w rytuałach i oczekiwaniach systemu Yoshiwary. Nie znały siebie jako jednostek, a jedynie jako odbicia reakcji otoczenia, co prowadziło do dezintegracji osobowości.
Ernest Hemingway
W obu przypadkach dzieci były narzędziami cudzych ambicji. Grace Hemingway, kierowana narcystyczną potrzebą kontroli, używała Ernesta do stworzenia estetycznego obrazu rodziny. Oiran, działające w ramach hierarchii Yoshiwary, stylizowały kamuro, by wzmocnić swój status i zapewnić ciągłość systemu. Metody były podobne: kontrola wyglądu, narzucanie ról, eliminacja indywidualności. Ernest miał być „bliźniaczką” Marcelline, kamuro – cieniem oiran.
Różnice wynikają z kontekstu. Projekt Grace był osobisty, napędzany jej indywidualnymi pragnieniami. System Yoshiwary był instytucjonalny, oparty na ekonomii i tradycji. Ernest mógł w dorosłości zbuntować się przeciwko matczynym oczekiwaniom, budując własną tożsamość. Kamuro miały niewielkie szanse na autonomię – ich los był z góry zaplanowany, często prowadząc do roli oiran lub marginalizacji. Hemingway stał się mężczyzną, który uciekał przed matką do samego siebie. Kamuro nie miały dokąd uciec – były częścią systemu, który nie znał pojęcia indywidualnego buntu. Ernest miał czas i wolność, by się zbuntować. Kamuro miały tylko czasu tyle, by dorosnąć do roli oiran – czyli do przetwarzania własnego dzieciństwa na opresję kolejnego pokolenia.
Oiran
Skutki tych praktyk były głębokie, często tragiczne. Dla Ernesta narzucona rola płciowa wywołała wstyd i potrzebę udowadniania męskości, co odbiło się na jego życiu, zdrowiu, relacjach z ludźmi i twórczości. Kamuro, pozbawione prawa do wyrażania siebie, traciły poczucie indywidualności, stając się funkcją cudzych oczekiwań.
W obu przypadkach projektowanie tożsamości prowadziło do wewnętrznego konfliktu: Ernest uciekał w maskę hiper-męskości, kamuro – w rytualną uległość. Grace Hemingway widziała w synu swoją zabawkę, estetyczny duplikat starszej o rok od Ernesta córki. Oiran widziała w kamuro przyszłą siebie, swoją przedłużoną godność, pozycję, ikonę statusu.
W obu przypadkach dzieciństwo nie było filarową fazą rozwoju. Było pustym płótnem, na którym ktoś dorosły namalował to, co chciał widzieć. Historie Ernesta Hemingwaya i kamuro Yoshiwary pokazują, jak dorośli mogą traktować dzieci jako przedłużenie własnych ambicji. Niezależnie od epoki czy kultury, mechanizmy kontroli – od stylizacji wyglądu po narzucanie ról – pozostawiają ślady w psychice. Zarówno mały Ernest, jak i mała kamuro zostali odarci z dzieciństwa – nie przez przemoc fizyczną (choć i ta bywała), ale przez symboliczną kolonizację ich tożsamości. Ernest uciekał w wojnę, alkohol, śmierć. Kamuro uciekać nie mogły. Więc milczały – aż ich głos wyparował.
Dziesięciomiesięczny Ernest w ramionach mamy
Źródła:
Farah, Andrew (2025). Hemingway’s Brain: With a New Preface. Wyd. University of South Carolina Press
Cecilia Segawa Seigle (1993). Yoshiwara: The Glittering World of the Japanese Courtesan. Wyd. University of Hawaii Press
„Śmierć matki była dla mnie ogromnym ciosem i mam ogromne trudności z przystosowaniem się do zmienionych warunków. […] Moja strata częściowo mnie oszołomiła i czuję się, jakbym desperacko, ale bezskutecznie, próbował się odnaleźć.” Gen. Douglas MacArthur, jeden z najwybitniejszych dowódców amerykańskich w historii i naczelny dowódca sił alianckich na południowo-zachodnim Pacyfiku podczas II wojny światowej, zareagował na śmierć matki w 1935 roku głębokim żalem, który wyraził w liście do przyjaciela. Czuł się zagubiony i potrzebował pomocy w uporządkowaniu swojego życia. Jego matka, kobieta o surowym południowym charakterze, znana jako „Pinky”, miała znaczący wpływ na jego życie, złożoną osobowość, sukcesy i porażki. Opisywana była jako „przewodnik i kotwica”.
„Pinky” z portretem syna.
Mary Pinkney Hardy pochodziła z rodziny z Wirginii i wychowała się w kulturze o silnym poczuciu honoru, dumy i tradycji. Wychowanie na Południu często stawiało matki w roli strażniczek moralności i rodzinnego prestiżu – i Pinky wcielała to w życie do granic możliwości. Jej mąż, gen. Arthur MacArthur, był bohaterem wojny secesyjnej po stronie Unii (czyli Północy), co było nietypowym wyborem dla kobiety z Południa – ich małżeństwo już na starcie było niekonwencjonalne. Wielu członków jej rodziny było tym związkiem oburzonych. Ślub z kimś z „wrogiego obozu” wciąż traktowano jak zdradę ideałów – pamięć o wojnie była nadal żywa i bolesna. Jak pisze Arthur Herman, autor biografii amerykańskiego generała, dwóch braci Pinky nie pojawiło się na jej ślubie właśnie z tego powodu, a jej matka wpadła w jeszcze głębszą depresję, która przyspieszyła jej śmierć. To nie był tylko rodzinny dramat – to było zderzenie światów, wartości, emocji narodowych.
Rodzina MacArthurów. Pięcioletni Douglas stoi pierwszy od lewej.
Pinky nie tylko nie ugięła się pod presją rodziny, ale później przeniosła tę nieustępliwość na swoje macierzyństwo. Całe życie ingerowała w wychowanie i karierę syna, budując w nim przekonanie o jego wyjątkowości. Jej ambicje wobec niego były ogromne – wręcz obsesyjne. Wychowała Douglasa z niemal religijną czcią dla idei honoru, odwagi i wyjątkowości. Można wręcz powiedzieć, że uczyniła z niego narzędzie realizacji własnych ambicji i ideałów, które – być może – nie mogły się w pełni zrealizować w jej życiu jako kobiety XIX wieku. Chyba wszyscy biografowie MacArthura podkreślają, że ta relacja miała fundamentalne znaczenie dla ukształtowania osobowości Douga – niemal jakby to Pinky była główną siłą napędową jego życia. William Manchester pisze: „MacArthur był do końca życia pod wpływem matki. Jej głos był jego wewnętrznym głosem.” Geoffrey Perret dodaje: „To nie ojciec, ale matka była jego punktem odniesienia. Jego moralność, jego styl, jego niechęć do kompromisu – wszystko to miało źródło w niej.”
Douglas MacArthur w słynnym ujęciu z japońskim cesarzem Hirohito
Wiele osób uważało, że MacArthur był emocjonalnie uzależniony od swojej matki. Jego ego, duma i poczucie wyjątkowej misji były w znacznej mierze odzwierciedleniem jej ambicji. W czasie studiów w West Point Pinky przeprowadziła się do hotelu niedaleko akademii wojskowej, by być blisko syna i „czuwać” nad jego edukacją. To było coś więcej niż troska – to jawne współuczestnictwo w jego karierze. Pinky budowała w Douglasie przekonanie, że ma boską misję w życiu. Taka matczyna narracja potrafi zniekształcić poczucie rzeczywistości, co – jak zauważył ppłk Gerald Wilkinson – było jedną z wad Douga: „Jest przebiegły, samolubny, pełen pychy, nieprzystępny, nerwowy i niezwykle próżny. Wyróżnia go wyobraźnia, pewność siebie, fizyczna odwaga i urok, zarazem jednak jest pozbawiony poczucia humoru, szacunku dla prawdy i jest nieświadomy tych wad.” MacArthur – mimo że był mężczyzną o żelaznym charakterze w dowodzeniu – był też bardzo wrażliwy na krytykę, niemal dziecinnie. Manchester zauważa, że może to wynikać z wychowania w aureoli perfekcji, w której błąd był nie do przyjęcia. Pinky nie pozwalała mu wątpić w siebie – ale też nie dopuszczała autorefleksji. Nie tolerował krytyki ani sprzeciwu, bo nigdy nie nauczył się konstruktywnego dystansu do samego siebie.
Letycja Bonaparte
Popularne powiedzenie „za sukcesem każdego mężczyzny stoi kobieta” sugeruje, że wsparcie i wpływ kobiety są często kluczowe dla sukcesu mężczyzny. Choć można je uznać za banał lub seksistowskie uogólnienie, nabiera ono ciekawej głębi, gdy zaczniemy je reinterpretować: czy za jego sukcesem nie stała też presja, nadopiekuńczość, niespełnione oczekiwania kobiety? I czy za jego upadkiem nie kryje się ta sama kobieta – albo inna, która wstrząsnęła jego światem? Wiele słynnych postaci historycznych zostało ukształtowanych przez swoje matki – by wspomnieć chociażby Napoleona Bonaparte i prezydenta Richarda Nixona. Letycja, matka Napoleona, była kobietą surową, zdyscyplinowaną, twardą jak skała – typową korsykańską matriarchinią. Miała głęboki i trwały wpływ na swojego syna. Jej stanowcza dyscyplina i silna wola ukształtowały jego charakter i dały podwaliny pod jego późniejsze ambicje. Richard Nixon z kolei w listach wspominał, że jego matka była „świętą”, ale jednocześnie emocjonalnie chłodną kobietą – nieustannie chwalącą jego brata, a jego ignorującą. Jego głęboka potrzeba aprobaty i paranoja były – według biografów 37. prezydenta Stanów Zjednoczonych – z tą relacją silnie powiązane. „Los dziecka leży w rękach jego matki” miał powiedział Napoleon. W przypadku MacArthura – te dłonie nigdy go nie puściły.
Bitwa o Los Angeles – jedna z najdziwniejszych, najbardziej tajemniczych i intrygujących bitew całego okresu Wojny na Pacyfiku. Japońskie samoloty, UFO czy zbiorowe złudzenie? W latach 1941-1942, po ataku na Pearl Harbor, Stany Zjednoczone doświadczyły fali antyjapońskiej histerii oraz obaw przed kolejnymi atakami armii japońskiej. Jednym z objawów tej histerii było internowanie około 120 tysięcy Amerykanów pochodzenia japońskiego i japońskich imigrantów pod pretekstem bezpieczeństwa narodowego i zagrożenia sabotażem z ich strony.
Internowani Amerykanie japońskiego pochodzenia
Amerykanie żyli w ciągłym strachu przed możliwością kolejnych ataków, zwłaszcza na miasta znajdujące się na Zachodnim Wybrzeżu. Pogłoski o japońskich okrętach podwodnych, balonach z ładunkami wybuchowymi i inwazjach Japończyków były powszechne, co jedynie zwiększało napięcie i strach w amerykańskim społeczeństwie. 24 lutego 1942 r., zaledwie dzień po ataku japońskiego okrętu podwodnego I-17 na pole naftowe w Ellwood w pobliżu Santa Barbara Marynarka Wojenna wydała ostrzeżenie, że przed świtem można spodziewać się kolejnego ataku na Kalifornię.
Internowani Amerykanie japońskiego pochodzenia
Chcąc zachować czujność, miasto Los Angeles ogłosiło wczesnym wieczorem alarm przeciwlotniczy, który odwołano o 22:23. Jednak potem czujność przerodziła się w obłęd. O godzinie 2:25 w nocy w całym hrabstwie LA zawyły syreny alarmowe, zarządzono przerwę w dostawie prądu do miasta, a wojska obrony przeciwlotniczej zostały postawione w stan gotowości. O 3:16 rano armia otworzyła ogień, celując do samolotów wroga, które rzekomo przelatywały nad ich głowami. Na niebie jednak nie było żadnych japońskich samolotów, z wyjątkiem jakiegoś niezidentyfikowanego obiektu lub obiektów, prawdopodobnie balonu meteorologicznego, który przemieszczał się nad miastem. Ostrzeliwanie nieba trwało blisko godzinę, w trakcie której wystrzelono ponad 1400 pocisków. Kilka z nich spadło na miasto, uszkadzając kilka budynków oraz pojazdów. Na skutek zawału serca zmarły trzy osoby, kilka innych zostało rannych.
Uszkodzony odłamkami samochód w LA
Nie odnaleziono żadnych szczątków samolotów czy innych dowodów wskazujących na obecność wroga. Władze uznały więc, że wydarzenie było wynikiem fałszywego alarmu wywołanego wojenną histerią, lękami i wojną nerwów, jednakże entuzjaści latających spodków do dziś utrzymują, że na niebie pojawili się goście z kosmosu. Dlaczego jednak tak wiele osób, zarówno wojskowych, jak i mieszkańców miasta, zgłaszało, że widzieli przelatujące samoloty? Aby wyjaśnić to zjawisko, możemy posłużyć się historią, która wydarzyła się w Rotterdamie 36 lat później. W grudniu 1978 r. z ogrodu zoologicznego Blijdorp w tym holenderskim mieście uciekła sympatyczna pandka ruda. Aby ją odnaleźć, media zaangażowały mieszkańców miasta, i wkrótce policja, zoo oraz media otrzymały wiele telefonów od sympatyków zwierzątka, którzy twierdzili, że widzieli ją w różnych miejscach całego miasta. Rzecz w tym, że jakiś czas później biedne zwierzątko zostało znalezione martwe na jednej z ulic w pobliżu Blijdorp. Straciła życie pod kołami samochodu wkrótce po ucieczce, więc nikt nie mógł widzieć jej żywej hasającej po trawnikach Rotterdamu. Wpływ sugestii, emocjonalne zaangażowanie, złudzenia optyczne oraz błędy poznawcze spowodowały, że rude koty, psy i inne zwierzęta, a także różne zjawiska przyrodnicze zaczęto mylić z pandką rudą. Podobnie stało się w LA w roku 1942, choć w tym przypadku dodatkowo nocne ciemności, taniec świateł reflektorów przeciwlotniczych oraz eksplozje pocisków na niebie przyczyniły się do „materializacji” maszyn latających.
Gen. Douglas MacArthur położył na stole pięć przyniesionych chwilę wcześniej piór.
Z pozoru błahy, ale w rzeczywistości głęboko symboliczny moment w trakcie uroczystości podpisywania aktu kapitulacji Cesarstwa Japonii na pokładzie pancernika USS Missouri w Zatoce Tokijskiej, 2 września 1945 roku. Amerykański generał Douglas MacArthur wyciąga z prawej kieszeni spodni pięć eleganckich i cenionych wówczas wiecznych piór Duofold marki Parker z roku 1928 z zamiarem użycia każdego z nich podczas składania podpisu na dokumencie. Pióra wieczne, szczególnie te z wyższej półki, były wówczas symbolem prestiżu, statusu i trwałości (często przechodziły z rąk ojca na syna).
Gen. Douglas MacArthur (siedzi), gen. Arthur Percival i gen. Jonathan M. Wainwright (stoją za nim).
Chwilę wcześniej, w innym symbolicznym akcie, MacArthur przywołał do siebie byłych i wciąż bardzo wychudzonych jeńców z japońskich obozów dla oficerów alianckich na Dalekim Wschodzie – generałów Arthura Percivala i Jonathana M. Wainwrighta, którzy jako pierwsi otrzymali na pamiątkę po jednym piórze. Obaj też elegancko, w spontanicznym geście wdzięczności, kłaniają się dowódcy sił zbrojnych na Pacyfiku. Być może na obu mimowolnie wpłynęły emocje i atmosfera tej wyjątkowej chwili. Wręczając im pióra, MacArthur podkreślił ich rolę w wojnie, dając w ten sposób do zrozumienia, że ich wcześniejsze porażki zostały zamienione w triumf.
Gen. Wainwright otrzymuje pierwsze pióro użyte przez gen. MacArthura.
Trzy kolejne pióra trafiły później do generała Courtneya Whitneya, Akademii Wojskowej w West Point oraz jego żony i syna (choć tu relacje się nieco różnią). Pióra użyte przez MacArthura stały się częścią historii, symbolizując triumf aliantów, formalne zakończenie wojny, koniec imperialnej Japonii i przejęcie władzy w tym kraju przez Aliantów, ale w całym tym akcie było też trochę przedstawienia, teatralności.
Nad dokumentem pochyla się japoński minister spraw zagranicznych Mamoru Shigemitsu
Amerykański generał był mistrzem w budowaniu symboliki wokół swojej osoby, co miało zarówno wymiar praktyczny (wygrana w wojnie), jak i propagandowy (utrwalenie swojej postaci jako bohatera), a uroczystość ta była tego pełna. W pewnym sensie pióro, przez sam akt jego użycia i wynikającą z tego zdolność zmiany rzeczywistości, może być uznane za potężny symbol władzy. Generał Eisenhower (📷👇), który 7 maja 1945 roku podpisał w Reims we Francji akt kapitulacji Trzeciej Rzeszy piórem Parker 51, nowym modelem z roku 1941 (trafiło do prezydenta Trumana), także rozumiał, jak potężnym symbolem jest takie pióro.
Materiał filmowy można zobaczyć na moim profilu na X.
Japończycy potrafią być bardzo wyrozumiali wobec osób zmagających się z chorobą alkoholową. Pewne aspekty kulturowe, zwłaszcza nacisk na zachowanie twarzy, unikanie konfrontacji, publicznego zawstydzania i upokorzenia, sprawiają, że takie osoby są traktowane z większą wyrozumiałością. Kiedy w 1955 r. do Japonii przybył jeden z najsłynniejszych amerykańskich pisarzy, laureat literackiej Nagrody Nobla William Faulkner, jego kłopotliwy nałóg stał się przyczyną zażenowania i złości amerykańskiego personelu dyplomatycznego. Jednak Japończycy, pomimo że na spotkania z nimi przychodził często pod muchą, generalnie nie przejęli się tym zbytnio.
Faulkner w Japonii
Faulkner, człowiek pełen sprzeczności, znany był z tego, że podczas publicznych wystąpień, jak na przykład przy okazji przyjęcia Nagrody Nobla w 1950 r., bywał pod wpływem alkoholu. Jego zachowanie w takich momentach często było nieprzewidywalne. W Japonii, gdzie jego wizyta wywołała ogromne zainteresowanie, z samolotu wyszedł w stanie wskazującym, co wzbudziło niepokój amerykańskiego komitetu powitalnego. W drodze do hotelu pisarz niemal się załamał i ze łzami w oczach przyznał asystentowi attaché kulturalnego Leonowi Piconowi, który miał się nim opiekować w Japonii, że ma problem z alkoholem. W hotelu okazało się, że przed wylotem do Tokio Faulkner do bagażu zapakował cały arsenał butelek swojego ulubionego trunku. Picon ułożył Falknera do snu, po czym wyszedł, zabierając ze sobą cały jego zapas ginu. Rano powrócił do hotelu, ale pisarz już zdążył opróżnić część ukrytej dzień wcześniej butelki alkoholu. W ambasadzie, gdzie miał udzielić wywiadu, na pytanie sekretarki ambasadora, czego by się napił, odpowiedział, że ginu. Kobieta przyniosła szklankę wody.
Faulkner w Japonii
Wywiad okazał się totalną klapą, gdyż nietrzeźwy noblista nie był w stanie odpowiadać na pytania. Nie zdołał również wytrzeźwieć na spotkanie z dziennikarzami o 12:30 w Klubie Prasowym. Przygotowano dla niego materac, żeby się przespał, ale zdołał go tylko zabrudzić zawartością swojego żołądka. Wpływ na to miał wypity alkohol, ale najprawdopodobniej także silny lęk przed wystąpieniami publicznymi, z którym pisarz zawsze się zmagał. Odwieziono go do hotelu, gdzie przespał się do godziny 16:00. Pijany ciągle sprawiał problemy, ale trzeźwy był niezrównanie życzliwy, czarujący i uprzejmy – prawdziwy południowy dżentelmen. O godzinie 18:30 w rezydencji amerykańskiego ambasadora w Tokio organizowano specjalne przyjęcie powitalne. Pomimo tego, że kelnerom zabroniono podawania mu alkoholu, zdołał ich przekonać, że szklaneczka ginu mu nie zaszkodzi. Wkrótce jednak zaczął poruszać się na chwiejnych nogach i znów zaczął sprawiać problemy. Przybywających do ambasadora gości witał głębokim i wyszukanym ukłonem, a chwilę później zniszczył nową suknię żony ambasadora, przypadkowo rozlewając szklankę z ginem. Amerykański ambasador miał już po dziurki w nosie wybryków noblisty i zamierzał wysłać go najbliższym samolotem z powrotem do USA. Japończycy jednak czekali na spotkanie z uwielbianym przez nich pisarzem, więc Leon Picon zignorował rozkaz swojego szefa, a Faulkner pozostał w Japonii przez niemalże cały miesiąc. Tourne pisarza okazało się sukcesem, również dlatego, że Japończycy z większą wyrozumiałością podeszli do jego kłopotów z alkoholem. Picon zadbał też, aby słynny pisarz nie pozostawał na moment sam, a żeby pomóc mu w koncentracji, podczas każdego wystąpienia publicznego sadzano obok niego atrakcyjne Japonki.
Stare filmy mają swój urok, ale niektóre role potrafią dziś zaskoczyć. Azjatyccy bohaterowie grani przez białych aktorów w mocnym makijażu? To była codzienność Hollywood przez wiele dekad. Ówczesne decyzje obsadowe, zrozumiałe w kontekście tamtej epoki, ograniczały różnorodność na ekranie. Dziś oceniamy je inaczej niż kiedyś, bo branża filmowa ewoluuje razem ze społeczeństwem.
Marlon Brando w filmie Herbaciarnia „Pod Księżycem”
W 1956 roku Marlon Brando wystąpił w filmie Herbaciarnia „Pod Księżycem” w roli Okinawczyka o imieniu Sakini. Każdego dnia przed zdjęciami spędzał niemal dwie godziny w charakteryzacji: zmieniano kolor skóry, modelowano usta i brwi, stylizowano włosy, a najbardziej kontrowersyjnym elementem były protezy powiek mające nadać jego oczom „azjatycki wygląd”.
Dziś taka charakteryzacja budzi oczywiste kontrowersje. Warto jednak pamiętać, że nie była ona wyjątkiem, lecz normą w klasycznym Hollywood. Co ciekawe, w tym samym filmie rolę Kwiatu Lotosu zagrała japońska aktorka Michiko Kyō, nominowana za tę kreację do Złotego Globu. Hollywood potrafiło więc zatrudniać azjatyckich aktorów — byle nie na pierwszym planie.
Marlon Brando (L) i Michiko Kyo
Tradycja „żółtej maski”
Praktyka obsadzania białych aktorów w rolach Azjatów sięga początków amerykańskiego kina. Już od lat 1910. Europejczycy wcielali się w postacie Chińczyków i Japończyków, niemal zawsze w sposób stereotypowy: przesadna mimika, karykaturalna mowa ciała, „egzotyczna” obcość.
W 1944 roku Katharine Hepburn zagrała Chinkę — przywódczynię lokalnego ruchu oporu — w filmie Dragon Seed, opowiadającym o japońskiej okupacji Chin. Aktorka starała się naśladować maniery i gesty Chinek, jednak efekt został powszechnie uznany za sztuczny i nieprzekonujący.
Problemem nie był brak talentu Hepburn. Problemem było przekonanie Hollywood, że „prawdziwa” Azjatka nie jest w stanie unieść ciężaru głównej roli dla zachodniej widowni.
Katharine Hepburn w filmie „Dragon Seed”
Jednym z najbardziej znanych przykładów tej logiki była obsada serialu Kung Fu. W rolę mnicha Shaolin — pół Chińczyka, pół Amerykanina — wcielił się David Carradine. Pierwotnie to Bruce Lee był autorem pomysłu i naturalnym kandydatem do tej roli. Ostatecznie jednak uznano, że jego akcent jest „zbyt azjatycki”, wcześniejsze role były zbyt dynamiczne, a przede wszystkim, że amerykańska publiczność nie zaakceptuje Azjaty jako głównego bohatera serialu. Carradine stał się ikoną, a Bruce Lee musiał czekać jeszcze kilka lat, by przebić się na własnych warunkach.
David Carradine w „Kung Fu”
Szczególnie jaskrawym przykładem była rola pana Yunioshiego w filmie Śniadanie u Tiffany’ego. Mickey Rooney stworzył postać japońskiego fotografa jako zbiór krzykliwej karykatury: przerysowany akcent, niezdarność, groteskowe gesty. Dziś ta rola uchodzi za jeden z najbardziej kompromitujących przykładów stereotypizacji Azjatów w historii kina. Wówczas jednak była traktowana jako „niewinna komedia”.
Mickey Ronney w filmie „Śniadanie u Tiffany’ego”
Z dzisiejszej perspektywy łatwo ulec pokusie moralizowania. Tymczasem problem Hollywood nie polegał wyłącznie na rasizmie, lecz na czymś bardziej subtelnym — lęku przed obcością, która mogłaby przemówić własnym głosem.
Azjata mógł być egzotycznym tłem, postacią drugoplanową, komicznym dodatkiem lub mentorem bez erotyki. Nie mógł być natomiast pełnoprawnym nośnikiem emocji, pożądania i identyfikacji widza. Dlatego łatwiej było założyć „maskę” białemu aktorowi, niż oddać centrum narracji komuś naprawdę innemu.
Źródła i inspiracje:
Matthew Polly, Bruce Lee. Życie, Wyd. Znak Literanova, 2019
Jak ukształtować zbuntowaną, dumną i upartą dziewczynę na dobrze wychowaną damę? Najlepiej wysyłając ją z oficjalną rządową misją do Japonii, Chin i Korei. Tak przynajmniej uważał amerykański prezydent Theodore Roosevelt. Wychowywana bez mamy, ale pod czujnym okiem oziębłej macochy Alice Roosevelt stałą się niezależna i niesforna i szybko zaczęła sprawiać ojcu kłopoty. Kiedy Roosevelt i jego druga żona Edith zaproponowali Alice wysłanie jej do konserwatywnej szkoły z internatem, sugestia ta nie spotkała się z jej uznaniem. Zagroziła ojcu, że jeśli zdecyduje się na tak nikczemny krok ona znajdzie sposób, żeby głęboko go upokorzyć.
Dwudziesty szósty prezydent Stanów Zjednoczonych Theodore Roosevelt z drugą żoną Edith Kermit Carow.
Dziewczyna miała siedemnaście lat, gdy jej ojciec w roku 1901 wprowadził się do Białego Domu po zabójstwie przez Amerykanina polskiego pochodzenia Leona Czołgosza prezydenta Williama McKinleya. Niewzruszona ogólnonarodowym szokiem i panującą w kraju żałobą rzekomo głośno wyraziła swoją z tego powodu radość. W następnym, 1902 roku, Alice oficjalnie została zaprezentowana Amerykanom i stała się sensacją niemalże z dnia na dzień. Opinia publiczna tak bardzo była zauroczona atrakcyjną, prostolinijną i prowokatorską nastolatką, że nadano jej przydomek „Księżniczka Alice”, który został później utrwalony przez królewskie traktowanie, jakiego doświadczyła podczas swojej podróży po Azji, gdzie spotykała się z władcami Japonii, Filipin, Chin i Korei.
Zabójca prezydenta McKinleya, Leon Czołgosz
W nosie miała surowe zasady, które urzędnicy w Białym Domu próbowali jej narzucić. Jej liczne wybryki opisywała prasa całego świata, również japońska. Publicznie odrzuciła chrześcijaństwo, a swoje wierzenia określiła jako pogańskie. Paliła papierosy w miejscach publicznych, co w owym czasie nie wypadało czynić kobiecie, imprezowała do wczesnych godzin porannych, obstawiała wyścigi konne i brawurowo prowadziła samochody w towarzystwie młodych mężczyzn. Na pytanie, dlaczego nie poskromi wybryków swojej beztroskiej córki, prezydent Roosevelt odpowiedział: „Mogę albo rządzić krajem, albo opiekować się Alice, ale nie mogę robić obu tych rzeczy naraz”.
Japończycy witają amerykańską delegację.
Postanowił jednak, że wyśle niesforną 21-latkę w towarzystwie sekretarza wojny i przyszłego 27. prezydenta Stanów Zjednoczonych Williama Tafta do Azji Wschodniej jako ambasadorkę dobrej woli. Liczył na to, że w towarzystwie amerykańskich kongresmanów i ich żon oraz azjatyckich władców córka wydorośleje i dojrzeje. Japończycy byli zachwyceni jej przybyciem i traktowali ją niczym królową pojawiając się tłumnie wszędzie tam, gdzie ona zawitała.
Została obdarowana tak wieloma prezentami, że od jednego z kongresmanów otrzymała przydomek „Alicja w krainie grabieży” (Alice in Plunderland). Oprócz tańca i śpiewu gejsz, tradycyjnego łucznictwa Kyudo oraz przedstawienia kabuki miała także możliwość zobaczyć walki zapaśników sumo, ale te nieszczególnie jej się spodobały, być może dlatego, jak sugerują niektórzy, że musiała spędzić tak dużo czasu w podróży z nie mniej od sumitów otyłym Williamem Taftem.
Japonia. William Taft i Alice Roosevelt
Podczas gdy sekretarz wojny prowadził rozmowy z Japończykami, Alice udała się na zakupy i imprezowała z japońskimi księżniczkami. Na przyjęciach pojawiała się w tradycyjnym kimonie. 26 lipca 1905 roku Taft i Alice Roosevelt zostali przyjęci przez cesarza Mutsuhito (Meiji), który zaprowadził ich, ponoć pierwszych obcokrajowców, do prywatnego cesarskiego ogrodu.
Prasa koreańska rozpisywała się o wizycie amerykańskiej delegacjiw Cesarstwie Korei.
W Korei została przyjęta na audiencji u cesarza Gojonga w jego tymczasowej rezydencji (ogień strawił rok wcześniej Pałac Deoksugung), ale Koreańczycy jej nie zachwycili. W porównaniu z pełnymi entuzjazmu Japończykami, a wkrótce później żywiołowymi Filipińczykami i przyjaznymi Hongkończykami Koreańczycy wydali jej się apatyczni: „Ludzie wyglądają na smutnych i przygnębionych, tak jakby ktoś wyssał z nich całą energię. Wszędzie było widać japońskich oficerów i żołnierzy, którzy w przeciwieństwie do nędznych Koreańczyków byli bojowi i pracowici”, napisała w autobiografii.
Zawody sumo zorganizowane dla gości z Ameryki.
Po powrocie do Japonii delegacja amerykańska mogła się przekonać, jak gwałtownie potrafią zmieniać się nastroje społeczne w tym kraju. Ponieważ w międzyczasie Japończycy obwinili prezydenta Roosevelta o niewystarczająco sprzyjający im traktat pokojowy pomiędzy Japonią a Rosją, na ulicach Tokio co rusz wybuchały antyamerykańskie zamieszki, podkładano ogień pod chrześcijańskie kościoły. „Nigdy nie widziałam większej zmiany” – wspominała Alice. „Sugerowano nam, że jeśli ktoś zapyta, wskazane jest, abyśmy powiedzieli, że jesteśmy Anglikami”. Tym razem nie było wiwatów, a Alice i amerykańską ekspedycję ochraniali policjanci w cywilu.
Japonia. Alice Roosevelt w towarzystwie kilku żon amerykańskich kongresmanów.
Czy podróż do Azji złagodziła obyczaje Księżniczki Alice? Gdy cztery lata później rodzina Rooseveltów przygotowywała się do wyprowadzki z Białego Domu, Alice dokonała jednego z najbardziej zuchwałych ze swoich wygłupów. W ogródku przed rezydencją prezydencką zakopała lalkę voodoo nowej Pierwszej Damy Nellie Taft. Za ten wybryk została pozbawiona prawa wchodzenia na teren Białego Domu.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Alice Roosevelt przemierza Pacyfik Alice Roosevelt i William Taft na Filipinach
Gen. Douglas MacArthur i cesarz Hirohito (📷 Gaetano Faillace)
Równe 79 lat temu, 29 września 1945 roku w japońskich gazetach ukazała się jedna z najsłynniejszych fotografii XX wieku. Dumny potomek bogini słońca Amaterasu, Syn Niebios, ustawił się, niekoniecznie z własnej woli, do fotografii ze swoim wrogiem, a zarazem głównodowodzącym sojuszniczymi wojskami okupacyjnymi w Japonii. W porównaniu z górującym nad nim i pewnym siebie gen. MacArthurem, wystrojony Hirohito wyglądał jak kelner serwujący posiłki w pięciogwiazdkowej restauracji. Do pierwszego spotkania pomiędzy nimi doszło dwa dni wcześniej, kilka tygodni po kapitulacji Japonii. Zarówno japoński rząd jak i dziennikarze byli oburzeni; fotografię uznano za obraźliwą dla cesarza. MacArthur nie bardzo przejął się ich uczuciami i nakazał opublikować zdjęcie we wszystkich dziennikach.
Mainichi Shimbun z 29 września 1945 r. Asahi Shimbun z 29 września 1945 r.
Jednym z warunków kapitulacji było wyrzeczenie się przez Japończyków wiary w boskość cesarza. Fotografia ta była tylko jednym z wielu niewerbalnych sygnałów wysłanych na przestrzeni kilku dni przez MacArthura, które miały uświadomić Hirohito, że idea boskości japońskiego cesarza straciła już swój blask. 27 września w drodze na spotkanie z amerykańskim generałem kolumna trzech rządowych pojazdów, którymi poruszał się Hirohito i jego świta, została na krótką chwilę zatrzymana przez amerykańskiego żołnierza kierującego ruchem ulicznym na jednym z tokijskich skrzyżowań. Zostali potraktowani jak zwykli uczestnicy ruchu kołowego. Gdy cesarz w swojej limuzynie zajechał pod siedzibę MacArthura, ten nie pojawił się, żeby go powitać. W jego zastępstwie przywitał się z nim gen. Bonner Fellers, jeden z głównych doradców MacArthura.
Faubion Bowers, „człowiek, który uratował kabuki”
Nakrycie głowy cesarza odebrał mjr Faubion Bowers, wielki miłośnik teatru kabuki, który zauważył, że gość wyglądał na przerażonego i trzęsły się jego ręce. Odprowadził Hirohito na górę, wcześniej jednak płynną japońszczyzną nakazał zdumionej jego rozkazem dziewięcioosobowej świcie cesarza pozostać na parterze. „Tam, w progu salonu, stał MacArthur. Miał na sobie swoje zwykłe spodnie khaki, pięć gwiazdek na kołnierzyku i nie miał krawata. Ten swobodny, nieformalny wygląd był kolejnym naruszeniem protokołu cesarskiego, a nawet zniewagą, i MacArthur o tym wiedział”, napisał Arthur Herman w biografii generała pt.”Douglas MacArthur. American Warrior”.
Cesarz Hirohito w swojej limuzynie, r. 1946
Być może Hirohito faktycznie bał się o swoją przyszłość, gdyż „skłonił się nisko, bardzo nisko, skłonił się jak sługa,” pisał później Bowers. Skłonił się tak nisko, że jego dłoń ściskana w ręce MacArthura znalazła się ponad jego własną głową. Chwilę później odmówił uchwycenia filiżanki z herbatą. Być może obawiał się, że jego rozdygotana ręka jej nie utrzyma i wyleje jej zawartość. Nie odmówił za to, on, abstynent, papierosa, którego podał mu MacArthur. Chwilkę wcześniej Gaetano Faillace, osobisty fotograf MacArthura, zrobił trzy zdjęcia, w tym dwa nieudane. Na jednym MacArthur miał przymknięte oczy, na kolejnym usta cesarza były szeroko otwarte, na ostatnim, tym które przesłano prasie, obaj zaprezentowali się poprawnie.
Gen. Douglas MacArthur ląduje w Tokio. 30 sierpnia 1945 roku Gaetano Faillace jest również autorem innej słynnej fotografii MacArthura. 20 października 1944 roku MacArthur wylądował na filipińskiej wyspie Leyte i tym samym spełnił swoją obietnicę powrotu na Filipiny.