Książka profesora Marcina Jacoby’ego „Korea Południowa. Republika żywiołów” to jedna z najpopularniejszych, a zarazem najbardziej szkodliwych i destrukcyjnych publikacji o Azji na polskim rynku. W dzisiejszym materiale dokonuję jej bezlitosnej, psychologicznej dekonstrukcji, obnażając zjawisko epistemologicznej bezkarności w zachodniej akademii. Krok po kroku udowadniam, jak autor myli systemową przemoc z obywatelską asertywnością, romantyzuje kulturowe patologie i opiera swój warsztat badawczy na absurdalnym „argumencie do żony”. Omawiamy również twarde mechanizmy socjologiczne, tłumacząc m.in. dlaczego azjatycka bieda imploduje, jak działa konfucjański gorset i czym kończy się opieranie wiedzy na „syndromie K-dramy”. Zapraszam.
Tag: Psychologia Koreańczyków
„Ogromny wysiłek społeczeństwa” – dyplomatyczny eufemizm czy historyczny fałsz? Cena południowokoreańskiego cudu
Dyplomacja i geopolityka mają swoje własne reguły: słowa dobiera się tak, by nie raniły, a jednocześnie oddawały istotę sprawy. W tekście dr. Oskara Pietrewicza o południowokoreańskim modelu rozwoju widać to bardzo wyraźnie. Jednak poza tym językiem istnieje jeszcze inna perspektywa – historyczna i psychologiczna. Z niej „ogromny wysiłek społeczeństwa” jawi się jako mit ładnie opakowany, eufemizm, który w swej istocie przypomina dawne, równie gładkie określenia o „ogromnym wysiłku” czarnych „robotników” przy budowie gospodarki południowych stanów USA przed Proklamacją Emancypacji w roku 1863.

Dr. Oskar Pietrewicz z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM) w artykule „Korea Południowa wobec nowej odsłony polityki siły” trafia w sedno makroekonomicznej prawdy o południowokoreańskim cudzie gospodarczym. Cytuje on zmiany zapoczątkowane przez gen. Parka Chung-hee w latach 1963–1979 jako „podręcznikowy przykład centralnego sterowania gospodarką i protekcjonizmu handlowego”, którego „powodzenie było możliwe dzięki ogromnemu wysiłkowi społeczeństwa”. Brzmi to elegancko, dyplomatycznie, niemal poetycko. Jak przystało na eksperta geopolityki – peryfrazuje, złagadza, unika szorstkości.
Ale ja, jak zawsze, tłumaczę dyplomatyczny język na historyczną i psychologiczną prawdę. Ten „ogromny wysiłek społeczeństwa” to eufemizm równie gładki i fałszywy, jak historyczna fraza o „ogromnym wysiłku” czarnych „robotników”, na których barkach wzniesiono gospodarkę południowych stanów USA przed Proklamacją Emancypacji prezydenta Lincolna.
To nie był dobrowolny zapał patriotów. To był systemowy, brutalny wyzysk, gdzie państwo traktowało obywateli jak paliwo do maszyny eksportowej. Sukces nie narodził się z entuzjazmu, lecz z dekretu autorytarnego reżimu, opłaconego potem, krwią, złamanym zdrowiem i utratą wolności milionów bezimiennych Koreańczyków z pokolenia lat 60. i 70.
Z perspektywy dzisiejszego Seulu – neonów Gangnam, wieżowców Lotte i Samsunga, K-popu i technologii na światowym poziomie – łatwo zapomnieć o fundamentach. Kraj w jedno pokolenie wyskoczył z poziomu biedy porównywalnej z Afryką Subsaharyjską do grupy najbardziej uprzemysłowionych krajów świata. Ale ten skok miał krwawe podłoże. Przyjrzyjmy się faktom bez politycznej poprawności.

Drakońskie warunki pracy – półniewolnictwo w służbie eksportu
W latach 60. i 70. południowokoreańscy robotnicy pracowali po 12-14 godzin dziennie, sześć, a często siedem dni w tygodniu. Kobiety z prowincji masowo migrowały do Seulu i przemysłowych stref (np. w Busan czy Incheon), mieszkając w slumsach lub fabrycznych dormitoriach. Pensje sztucznie utrzymywano na głodowym poziomie, by koreański eksport był konkurencyjny na rynkach USA i Europy.
Warunki były toksyczne: brak norm BHP, chemikalia, hałas, brak wentylacji. Fabryki przypominały obozy pracy. Ludzie tracili zdrowie, a państwo traktowało to jako „koszt rozwoju”.
Bezwzględne tłumienie praw pracowniczych – państwo kontra robotnik
Reżim Parka nie tolerował najmniejszego oporu. Niezależne inicjatywy pracownicze albo były zinfiltrowane i kontrolowane przez państwo, albo de facto nielegalne i likwidowane siłą. Strajki pacyfikowano policją i wojskiem. Liderów aresztowano, torturowano w siedzibach KCIA (koreańskiej CIA) lub „znikali w tajemniczych okolicznościach”. Park i jego następcy (w tym po zamachu w 1979) konsekwentnie traktowali niezależne organizacje jako zagrożenie dla „stabilności narodowej”.

Kolektywizm napędzany terrorem i konfucjańską tradycją
Reżim genialnie wykorzystał konfucjańskie dziedzictwo: posłuszeństwo wobec władzy, starszeństwa i narodu. Zbudowano narrację, w której praca ponad siły to patriotyczny obowiązek wobec kraju w stanie „permanentnej wojny” z komunistyczną Północą. Sprzeciw nie był lenistwem, był zdradą stanu, „sympatyzowaniem z Kim Ir-senem”.
Kampania Saemaul Undong (Ruch Nowej Wsi) mobilizowała wieś i fabryki pod hasłami dyscypliny, produktywności. Psychologicznie to było mistrzostwo: państwo zamieniło głód, strach i dumę narodową w paliwo dla machiny. Jednostka została podporządkowana kolektywowi – państwu i chaebolom (konglomeratom jak Hyundai, Samsung). Bunt przeciwko opresyjnemu systemowi traktowano jako sabotaż.
Protekcjonizm handlowy – społeczeństwo finansuje chaeboly z własnej kieszeni
Cytowany przez Pietrewicza „protekcjonizm handlowy” uderzał bezpośrednio w portfele zwykłych Koreańczyków. Rząd zakazywał lub mocno ograniczał import towarów konsumpcyjnych (samochody, elektronika, nawet niektóre artykuły codziennego użytku). Koreańczycy musieli kupować drogie, początkowo niskiej jakości produkty krajowe.
W ten sposób społeczeństwo – z bardzo chudych kieszeni – subsydiowało rozwój przemysłu ciężkiego i chemicznego. Tanie kredyty bankowe, licencje importowe i ochrona przed konkurencją zagraniczną szły do wybranych chaeboli. To oni stali się beneficjentami, a nie zwykli obywatele.

Sukces za cenę praw człowieka
Makroekonomicznie Pietrewicz ma rację w 100%. „Cud nad rzeką Han” to fakt: PKB per capita z poziomu kilkuset dolarów w 1960 r. do kilku tysięcy w 1980 r., eksport eksplodował, infrastruktura powstała z niczego. Ale ten sukces nie był spontanicznym „wysiłkiem społeczeństwa”. Został zadekretowany z góry i opłacony dosłownie krwią, potem i złamanymi kręgosłupami. To była brutalna transakcja: prawa człowieka i godność jednostki na rzecz wzrostu PKB.
Dzisiejsza Korea Południowa – demokratyczna, bogata, innowacyjna – stoi na tych fundamentach. Dziedziczy też cienie: kulturę nadmiernej pracy (choć godziny skrócono), potęgę chaeboli, które wciąż dominują, i pokoleniową pamięć o wyzysku. Niektórzy historycy argumentują, że bez autorytaryzmu nie byłoby tak szybkiego skoku. Inni widzą w tym dowód, że demokracja i prawa pracownicze są luksusem, na który biedne kraje nie mogą sobie pozwolić.
W geopolityce eufemizmy są narzędziem. W refleksji historycznej i psychologicznej już nie. „Ogromny wysiłek społeczeństwa” to mit ładnie opakowany. Prawda brzmi: brutalny wyzysk milionów dla wizji jednego generała.
Gen. Park Chung-hee zbudował autostrady i stocznie, ale także zrekonstruował koreańską psychikę. Blizny i owoce tego procesu są widoczne do dziś w mentalności Koreańczyków – w dysfunkcyjnym pośpiechu zwanym ppalli-ppalli, w patologii hierarchii znanej jako gapjil (aroganckie, a czasem wręcz sadystyczne nadużywanie władzy), w chronicznym lęku o status oraz w głębszych lękach egzystencjalnych.
Dzisiejsza Korea Południowa – bogata, innowacyjna i wolna – wciąż nosi w sobie ślady tej brutalnej, ale skutecznej transakcji: prawa człowieka i godność jednostki wymieniono na spektakularny wzrost. To cena, o której dyplomatyczne eufemizmy milczą.
Źródła i inspiracje:
- Byung-Kook Kim, Ezra F. Vogel, The Park Chung Hee Era. The Transformation of South Korea, 2011
- Dr Oskar Pietrewicz, Kształtowanie współzależności. Korea Południowa wobec nowej odsłony polityki siły, 2026
Od 2024 roku prowadzę kameralne wycieczki po Seulu, Gyeongju, Busanie i Hongkongu, łącząc wiedzę historyczno-kulturową z psychologicznym spojrzeniem. Szczegóły i kontakt: http://www.seulzprzewodnikiem.art
Cygaro kontra gwanbok – koreański konfucjanizm w zderzeniu z zachodnim indywidualizmem
Dlaczego ciało na zdjęciu z 1903 roku mówi więcej o kolizji kultur niż traktaty dyplomatyczne? W konfucjańskim Joseon koreańscy urzędnicy w gwanbokach uosabiali dyscyplinę – symetria, maska roli, brak spontaniczności – podczas gdy amerykański doradca z cygarem w dłoni i asymetryczną postawą reprezentował zachodnią sprawczość i indywidualizm. To zderzenie konfucjanizmu z autonomią ciała nie skończyło się wraz z modernizacją Korei w drugiej połowie XX wieku – trwa w dzisiejszej Korei, gdzie K-pop i garnitury maskują konfucjański gorset.

Fotografia wykonana w 1903 roku przed siedzibą Cesarskiego Departamentu Komunikacji w Seulu przedstawia około trzydziestu koreańskich urzędników w tradycyjnym gwanbok oraz jednego białego doradcę technicznego (najprawdopodobniej członka amerykańskiej misji pocztowo-telegraficznej). Jedno ujęcie, i cały dramat zderzenia dwóch odmiennych, niekompatybilnych porządków antropologicznych staje się widoczny gołym okiem. To nie jest zwykłe zdjęcie grupowe. To wykład z niewerbalnej antropologii w jednej klatce.
Konfucjański habitus Joseon: ciało jako urząd
Koreańscy urzędnicy tworzą formację o charakterze niemal architektonicznym:
• stopy równoległe, rozstaw identyczny, żadna nie wysunięta przed oś szeregu – ciało nie sygnalizuje indywidualnego kierunku ani inicjatywy
• kolana sztywne, biodra zablokowane – brak jakiegokolwiek „żywego” napięcia mięśniowego; ciało wrośnięte w hierarchiczną strukturę
• dłonie schowane w rękawach lub ułożone w kanonicznej, symetrycznej pozycji – gest nie należy do osoby, lecz do rytuału
• spojrzenie puste, maska – twarz nie jest nośnikiem indywidualności, lecz urzędowej powagi
• perfekcyjna synchronizacja kątów ciała i odległości – każdy urzędnik wygląda jak replika poprzedniego
W późnym Joseon jednostka nie posiadała ciała w sensie zachodnim. Posiadała urząd. Ciało było przedłużeniem roli społecznej, a nie osobowości. Wszelkie odchylenia od kanonicznej postawy odczytywano jako zagrożenie dla harmonii hierarchicznej.

Habitus zachodni: ciało jako podmiot autonomiczny
Postawa białego doradcy łamie każdy z powyższych kodów:
• jedna noga wyraźnie wysunięta do przodu – klasyczny sygnał osobistej sprawczości i gotowości do ruchu; w Joseon taki gest oznaczałby arogancję lub chęć „wyrwania się” z kolektywu
• tors i głowa obrócone w bok – odmowa kolektywnego kierunku spojrzenia; „nie muszę patrzeć tam, gdzie wy”
• cygaro w dłoni – w konfucjańskim protokole oficjalnym akt nie do pomyślenia; ręce winny być puste lub schowane, gest zajęty przedmiotem to symbol nieformalnej dominacji i swobody
• asymetria dłoni – jedna luźna, druga zajęta; zerwanie z zasadą ceremonialnej symetrii
• kolana lekko ugięte, sylwetka „na miękkich nogach” – ciało żywe, elastyczne, gotowe do gestu i zmiany pozycji
Doradca nie zajmuje centralnego miejsca (rezerwowanego dla koreańskiej hierarchii), lecz zapewne świadomie lokuje się na skraju pierwszego rzędu – wystarczająco blisko, by być częścią kadru, wystarczająco daleko, by nie zostać wciągniętym w porządek rytualny. To pozycja„jestem z wami, ale nie jednym z w was”.
Cygaro jako kondensacja epoki: w Joseon palenie w obecności wyższych rangą – zwłaszcza na zdjęciu oficjalnym – było aktem profanacji. Trzymanie czegokolwiek w dłoni podczas fotografii naruszało zasadę całkowitej kontroli gestu. Cygaro pełni tu funkcję rekwizytu tożsamości: znaku nowoczesności, męskości, klasowego luzu i kolonialno-technokratycznej pewności siebie. Jeden mały przedmiot kondensuje cały habitus zachodniego mężczyzny przełomu wieków.
Dwa wszechświaty
Koreańczycy: ciało podporządkowane rytuałowi, brak spontaniczności, minimalizacja indywidualnego ruchu, twarz jako maska roli, sens nadaje kolektyw i hierarchia moralna. Zachodni doradca: ciało jako przedłużenie osobowości, swoboda mięśniowa, ekspresja autonomii i statusu, sens tworzy jednostka.

W klasycznej komunikacji niewerbalnej (i w badaniach nad orientacją ciała) jednokierunkowość spojrzenia + wysuniętej stopy + lekkiego skrętu tułowia jest jednym z najsilniejszych sygnałów „chcę się stąd wydostać” albo przynajmniej „moja uwaga i intencja są gdzie indziej”. Kiedy wszystkie trzy elementy są zgodne (oczy, głowa, tułów, stopa, a w tym przypadku również lewa ręka), czytelność tego sygnału rośnie niemal do 100 %. W kontekście zachodnim lat 1900–1910 taki sygnał był zupełnie naturalny: „OK, zrobię wam to zdjęcie, ale nie udaję, że to moje miejsce i mój czas”. Dla Koreańczyków, którzy przez wieki szkolili się w całkowitym maskowaniu takich sygnałów (ciało ma być „zamknięte” i skierowane wyłącznie tam, gdzie wymaga rytuał), ten jeden szczegół musiał być szokujący. On nie tylko nie podporządkował się formie – on otwarcie sygnalizował, że jego umysł i wola są już poza tą formacją.
Fotografia z 1903 roku jest czystym zapisem zderzenia habitusu konfucjańskiego (kultura wstydu, kolektywna dyscyplina) z habitusem zachodniego indywidualizmu (kultura autonomii, osobista sprawczość). W ciągu kilku lat ten porządek konfucjański zostanie zmieciony – w 1910 roku Korea utraci niepodległość. Zdjęcie pozostaje jednym z najdoskonalszych wizualnych świadectw tej krótkiej, dramatycznej chwili, gdy dwa światy stanęły obok siebie – i nie potrafiły się nawzajem zrozumieć.
Podobne artykuły:
Społeczeństwo gniewu: Korea Południowa i jej trudna relacja z emocjami

Rywalizacja, traumy kolektywne, rozczarowujący liderzy, presja społeczna, historia pisana w cierpieniu. Koreańczycy wpadli w pułapkę własnych emocji. Dziś rano stanąłem na czerwonym świetle przy niewielkim, niemal pustym wyjeździe z osiedla. Kierowca jedynego samochodu stojącego przed pasami nie ruszył mimo zielonego światła, postanowiłem więc przejść na drugą stronę ulicy. W tym samym czasie ruszył również on. Prawdopodobnie był zajęty telefonem i nie zwracał uwagi na sygnalizację. Większość koreańskich samochodów ma przyciemniane szyby, co sprawia, że kontakt wzrokowy między pieszym a kierowcą jest niemalże niemożliwy (👇).

Mężczyzna natychmiast wielokrotnie nacisnął klakson, otworzył okno i czerwony na twarzy, z grymasem złości, wyrzucił w moim kierunku stek przekleństw. Moje przewinienie nie było warte aż tak gwałtownej reakcji. Pozwoliłem mu się jednak wykrzyczeć, a następnie w ciągu trzech sekund rozładowałem jego złość. W jaki sposób? O tym za chwilę. Koreańscy psychologowie zwracają uwagę, że mieszkańcy tego kraju są niezwykle sfrustrowani i pełni gniewu. Od dziecka są wychowywani w systemie, który uczy ich tłumienia emocji – nie powinni okazywać niezadowolenia wobec przełożonych, starszych, klientów, nauczycieli itd.. Problem w tym, że tłumione emocje nie znikają – w końcu gdzieś muszą znaleźć ujście. Ludzie nie okazują ich tam, gdzie „nie wypada”, ale pozwalają sobie na wybuchy w sytuacjach, gdzie nie ma bezpośrednich konsekwencji – np. wobec nieznajomych na ulicy, kelnerów, kasjerów, podwładnych czy w internecie. Koreańczycy żyją w społeczeństwie pełnym kontroli i oczekiwań – muszą być idealni w pracy, mieć dobre wykształcenie, dobrze wyglądać, odnosić sukcesy. Nawet na poziomie języka muszą dobierać każde słowo do wieku, statusu i relacji z rozmówcą. Nie mogą swobodnie mówić, co myślą, bo zbyt szczera wypowiedź może mieć dla nich poważne konsekwencje – np. w pracy może ich kosztować awans. Skoro nie mogą wyrazić swoich frustracji wprost, gromadzą je w sobie, aż w końcu znajdują pretekst do wybuchu. Kolejny powód to rywalizacja. Korea to społeczeństwo nastawione na współzawodnictwo – od dzieciństwa mieszkańcy kraju rywalizują o oceny, najlepsze uczelnie, pracę, pozycję społeczną. Rywalizacja w szkole. Rywalizacja w pracy. Nikt nie chce być tym, który odpada, więc ludzie żyją w ciągłym stresie. To prowadzi do chronicznego zmęczenia, wypalenia i frustracji, która musi znaleźć ujście. Koreańczycy są też chronicznie niezadowoleni z pracy polityków. Żyją w ciągłym rozczarowaniu – zazwyczaj nie znoszą obecnej władzy, a kiedy, często pod naciskiem opinii publicznej, ją zmieniają, po roku lub dwóch nie znoszą nowej. Ten cykl złości i rozczarowań wobec polityków nakręcają jeszcze media, które podsycają podziały.

Koreańscy badacze społeczni nie pomijają też kwestii traum narodowych. Pamięć historycznych krzywd – od japońskiej okupacji, przez podział Korei, po wojny i dyktatury – jest wciąż żywa i pielęgnowana przez edukację oraz media.
A wracając do gniewnego kierowcy. Nie dałem się wciągnąć w wymianę zdań, lecz pozwoliłem mu się wykrzyczeć, a następnie przekierowałem jego uwagę na samą złość. W najbardziej przyjazny sposób, na jaki mogłem się zdobyć, zapytałem, skąd w Koreańczykach tyle gniewu i frustracji. To pytanie wystarczyło, by zyskać jego uwagę. Jego rysy twarzy błyskawicznie złagodniały, a surowość ustąpiła miejsca zaciekawieniu. Kiedy powtórzyłem pytanie, dodając kilka przykładów agresji znanych z mediów, spojrzał przed siebie, machnął ręką i bez słowa odjechał. To nie pierwszy raz, gdy w ten sposób rozładowałem czyjąś złość. Koreańczycy są tak przyzwyczajeni do gniewu i frustracji, że często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo są nimi przepełnieni.

Teorie spiskowe i nazwa kraju „Korea”

Korea czy Corea? Teorie spiskowe mają głębokie korzenie w ludzkiej psychologii i historii, nie są więc od nich wolni Koreańczycy i Japończycy. Są często specyficzne dla danego kraju, odzwierciedlając jego historię, kulturę, wierzenia religijne, politykę i aktualne wydarzenia. W Stanach Zjednoczonych wciąż żywa jest teoria, wg której lądowania na Księżycu w latach 60. i 70. były sfingowane przez NASA w studiu filmowym, a za zamachami na Kennedy’ego i Marylin Monroe stało CIA. Niektóre, wciąż żywe teorie spiskowe mają już wielosetletnią historię. Na Bliskim Wschodzie wśród muzułmanów i żydów krąży ich wiele w temacie ukrzyżowania i zmartwychwstania Chrystusa: 1. Ciało Chrystusa zostało wykradzione przez kilku wyznawców Jezusa. 2. Maria Magdalena pomyliła groby. 3. Jezus przeżył ukrzyżowanie. 4. Uczniowie Chrystusa byli ofiarami zbiorowej halucynacji. 5. Na krzyżu zmarł brat bliźniak Chrystusa itd..

W Japonii część mieszkańców w dalszym ciągu wierzy, że za atakami gazowymi z użyciem sarinu przeprowadzonymi w tokijskim metrze przez sektę Aum Shinrikyo w roku 1995 mogły stać rząd japoński lub nawet organizacje międzynarodowe. Jedna z popularnych teorii spiskowych w Korei dotyczy miejsca ich kraju w alfabecie. Wg części Koreańczyków Japonia w okresie formowania się koreańskiej państwowości po drugiej wojnie światowej miała rzekomo celowo wpłynąć na pisownię nazwy kraju „Korea” zamiast „Corea” W ten sposób, kosztem Korei, „Japonia” zajęła lepsze, gdyż bliżej litery A, znaczy się bardziej uprzywilejowane miejsce w alfabecie i na liście państw świata.

W krajach nieodparcie skupionych na hierarchii może mieć to niemałe znaczenie. Wg większości badaczy problemu brak jednak dowodów historycznych i lingwistycznych, które potwierdzałyby roszczenia Koreańczyków, tym bardziej, że Japonia do końca 2 wojny światowej korzystała z różnych nazw dla Korei, a jedną z bardziej powszechnych było Chōsen. Nazwa „Korea” pochodzi od nazwy dynastii „Goryeo,” która rządziła Półwyspem Koreańskim w latach 918-1392. Pierwsi podróżnicy z Europy, którzy docierali do Azji Wschodniej opowieści o Koreańczykach słyszeli od Chińczyków. Zapisywali nazwę tego kraju w dowolny sposób, przez co przybierała ona różne formy. Anglicy początkowo zapisywali ją przez C, jednakże przejście z „C” na „K” w pisowni Korei badacze uznają za część naturalnej ewolucji językowej, a nie za celowe działanie manipulacyjne Japończyków i ich współsprawców, czyli zachodnie mocarstwa, tym bardziej, że Francuzi (Coree) i Hiszpanie (Corea) do dziś piszą nazwę kraju moich gospodarzy przez „C”. Angielski ma wg nich tendencję do używania „K” dla twardych dźwięków „C”, co może wyjaśniać preferencję dla „Korea” zamiast „Corea”. Wg badaczy ta teoria odzwierciedla raczej sentymenty historyczne i nacjonalistyczne Koreańczyków, gdzie trwałe urazy wobec Japonii są wyrażane również poprzez narracje o rzekomym imperializmie lingwistycznym ich sąsiadów.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Problem z niską asertywnością Japończyków i Koreańczyków
Człowiek zaczyna dopiero wtedy zauważać u siebie i doceniać umiejętności asertywne, kiedy spędzi trochę czasu w Azji Wschodniej. Niska asertywność jest w Japonii i Korei często przyczyną psychicznego dyskomfortu, stresu i złości, a nawet zachowań agresywnych i aspołecznych Azjatów.

Młoda Japonka nie potrafi poprosić pasażera (📷👆) zajmującego jedno z miejsc przeznaczonych dla osób uprzywilejowanych o usunięcie siatki z wolnego miejsca i zamiast tego, licząc na to, że zauważy, wymachuje znaczkiem, który ma go poinformować, że jest w ciąży (📷👇).

Co ciekawe, takie odznaki ostatnio również mocno promuje seulskie metro, choć ich skuteczność jest nikła, zwłaszcza w porównaniu z prośbą wyrażaną werbalnie.
Nierzadko napotykam takie sytuacje w koreańskim metrze i wtedy proszę właściciela pakunku o usunięcie go z siedzenia, zarazem motywując swoją prośbę chęcią skorzystania z miejsca. Niby nic szczególnego, nic skomplikowanego, ale Koreańczycy i Japończycy mają bardzo często kłopot z wyrażaniem próśb.

Tego typu sytuacje wskazują także jak bardzo Japończycy i Koreańczycy mylą się w kwestii swoich kompetencji komunikacyjnych. Otóż obie te nacje przekonane są o swojej komunikacyjnej wyższości nad resztą świata w kwestii umiejętności i ważności przekazywania informacji w sposób pozawerbalny. Jak bardzo komunikacja pozawerbalna potrafi być niepotrzebnie skomplikowana, nieskuteczna i frustrująca, jak trudno często dostrzec sygnały niewerbalne i właściwie je zinterpretować w powodzi bodźców, które docierają w każdej chwili do naszych zmysłów (dźwięki, zapachy, smak, bodźce wzrokowe i informacje odbierane przez naszą skórę), a z drugiej strony często celowo je zignorować (np.. udawanie w komunikacji miejskiej, że nie dostrzegamy osoby starszej szukającej miejsca siedzącego) niech świadczy sytuacja, która przydarzyła mi się jakiś czas temu w seulskim metrze. Starszy mężczyzna usiadł na wprost mnie na jednym z wielu wolnych miejsc, a na sąsiednim siedzeniu położył niewielki pakunek. Kilka stacji dalej w wagonie zrobiło się tłoczniej i wszystkie miejsca były już zajęte, ale nikt z wchodzących do metra nie odważył się poprosić mężczyznę o zdjęcie tobołka. Pierwszy odważny stanął na wprost siedzenia z pakunkiem i poprawnie domyślając się, kto był jego właścicielem przekręcał głowę to w jego kierunku, to siedzenia na którym spoczywał bagaż. Trwało to co najmniej pół minuty i w końcu usiadł przyciskając tobołek plecami do oparcia siedzenia. Starszy człowiek zajęty swoim telefonem nie usunął tobołka. Młodszy mężczyzna zauważył w tym momencie, że uważnie przyglądałem się jego poczynaniom, wykorzystałem więc ten moment, by dowiedzieć się więcej i spytałem uprzejmie, czy nie łatwiej byłoby po prostu poprosić o zabranie tobołka. Być może zawstydzony moim pytaniem mężczyzna wstał i przeszedł do innego wagonu metra. Takie zdarzenia nie są czymś wyjątkowym w codziennych interakcjach Koreańczyków i Japończyków, ale ich nieodłącznym elementem.

Dlaczego Koreanki zdominowały żeński golf

Czy sesje treningowe na cmentarzu i inne kontrowersyjne metody treningowe mogą być jedną z tajemnic sukcesu koreańskich sportowców? Pod koniec lat 90. ubiegłego wieku niewielu Koreańczyków praktykowało golf, ale nagły i niespodziewany sukces szerzej nieznanej Pak Sori przyczynił się do ogromnej popularności tej dyscypliny sportu w Korei. Azjatki, a zwłaszcza Koreanki i Japonki zdominowały dziś żeński golf. W pierwszej setce światowego rankingu aż 25% zawodniczek pochodzi z Korei, spora część reszty z Japonii, Tajlandii i Chin.

Nawet zawodniczki reprezentujące Stany Zjednoczone, Australię i Nową Zelandię mają azjatyckie korzenie i nazwiska – Alison Lee (USA.), Minjee Lee (Aus), Lydia Ko (NZ), Angel Yin (USA), Rose Zhang (USA), Danielle Kang (USA), czy Grace Kim (Aus). Pierwszą koreańską zawodniczką golfa, która wspięła się na szczyt sławy i rankingów była Pak Seri. W wieku zaledwie 20 lat została najmłodszą w historii zwyciężczynią US Women’s Open.

Jej ojciec, trener i mentor (ale też były gangster w mieście Daejeon, który uciekł wraz z rodziną przed policją na Hawaje, gdzie jego nastoletnia córka zaczęła stawiać pierwsze kroki w golfie) wprowadził do reżimu treningowego kontrowersyjne i etycznie wątpliwe praktyki, które jednak okazały się na tyle skuteczne, że zaledwie po roku treningów dziewczyna zaczęła zwyciężać w turniejach dla młodzieży. Pobudka przed 5.30 rano, a chwilę później już wspinała się po schodach – przodem na 15 piętro, tyłem z powrotem na parter. Następnie 1-2 godziny w siłowni. Po szkole 7 godzin treningu na strzelnicy golfowej. Do domu często wracała po północy.

Ojciec postanowił przygotować ją wszechstronnie – do zawodów, rywalizacji sportowej oraz presji wewnętrznej i zewnętrznej. W tym celu przeprowadzał również sesje treningowe na cmentarzu, a od czasu do czasu nawet nakazywał córce spać w nocy pomiędzy grobowcami. Wierzył, że w ten sposób oswoi ją z lękiem. Te anegdoty z życia Pak Seri i innych Koreanek przyczyniły się później do tworzenia stereotypów na temat azjatyckich zawodniczek. Koreanki słynęły z niekończących się sesji ćwiczeń na strzelnicy i w każdych warunkach pogodowych. Nie były w stanie powstrzymać je wyczerpanie fizyczne i psychiczne oraz rany na dłoniach. Najważniejsze było dążenie do doskonałości i sukcesu oraz prestiż z tym związany, a tak bardzo pożądany przez Koreańczyków. Z czasem inne zawodniczki zaczęły postrzegać je jako zdystansowane i pozbawione ludzkich cech i emocji roboty. Sukces często rodzi się w trudzie i znoju.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)



Skłonności masochistyczne Japończyków
W Japonii można natrafić na wiele nietypowych placówek gastronomicznych, a wśród nich i takie, w których oprócz posiłku lub napoju można zamówić policzek. Dlaczego niektórzy Japończycy są skłonni przyjąć uderzenie otwartą dłonią w twarz i jeszcze za tą „przyjemność” zapłacić? Czy skłonności masochistyczne (w szerszym tego pojęcia znaczeniu – czerpania przyjemności z cierpienia) są wśród ludzi rzadkie, czy może są czymś powszechnym i niekoniecznie zawsze złym? O tym opowiadam w moim nowych filmie na YT. Zapraszam.
Zachowania jedzeniowe Japończyków i Koreańczyków
Czy przeszkadza Państwu siorbanie podczas posiłku? Mlaskanie? W niektórych krajach Azji takie zachowanie przy stole nie jest niczym niestosownym. U wielu obcokrajowców mieszkających w Korei i Japonii te i inne fizjologiczne dźwięki są jednak przyczyną nieprzyjemnych doznań, czasami na tyle poważnych, że muszą się przed nimi zabezpieczać, choćby zatyczkami do uszu. Jak je tłumaczą Azjaci? Dlaczego Japończycy i Koreańczycy tak wiele czasu poświęcają na oglądanie programów kulinarnych? Czym są traumy kolektywne, w jaki sposób manifestują się u Japończyków i Koreańczyków i czy mogą być u nich przyczyną zaburzeń odżywiania? Dlaczego wg niektórych cudzoziemców żyjących w Azji w kontaktach z Azjatami nie warto być szczerym? Na te i inne pytania odpowiadam w moim nowym filmie na YouTube. Zapraszam.
Fizjonomika i operacje plastyczne w Korei

„Jego czoło szerokie i gładkie przyjmuje niebiańską energię, ale skroń jest pusta jak kałuża, przybrała kształt bagna. Otrzymał doskonałą energię nieba i doskonałe błogosławieństwa swoich rodziców i przodków. Przestrzeń pomiędzy brwiami jest gładka i czysta, co należy uznać za oznakę szczęścia.” To jedynie część analizy twarzy prezydenta Moon Jae-ina dokonanej przez zawodowego fizjonomika.
Czytanie twarzy (fizjonomika) jest jedną z najbardziej rozpowszechnionych w Korei technik wróżbiarskich. I można by machnąć ręką na to zjawisko, gdyż wróżbiarstwo ze względu na swój charakter tajemniczości i niedostępności jest w szczególności otwarte na wszelkie pseudonaukowe teorie i praktyki, rzecz jednak w tym, ze w Korei (a w pewnym stopniu również w Japonii) fizjonomicy zatrudniani są również przez firmy i wiodące korporacje pod kątem sprawdzania przydatności kandydatów do pracy. Może wydawać się zastanawiające, że w kraju ogarniętym szałem edukacji pseudonaukowe teorie wciąż znajdują posłuch wśród wykształconej elity kraju, wynika to jednakże z roli twarzy w kulturach konfucjańskich. Termin „twarz” i sama twarz odgrywają istotną rolę w Azji Wschodniej, zwłaszcza w Korei. Jak pisze koreańska psycholożka kulturowa K.O.Kim Koreańczycy wierzą, że wszystko, co dotyczy urodzenia, wykształcenia i losu, ma związek z twarzą. Zmieniając twarz można więc poprawić swój los, a to już pozwala nam zrozumieć fenomen operacji plastycznych w Korei.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)