Gen. Douglas MacArthur położył na stole pięć przyniesionych chwilę wcześniej piór.
Z pozoru błahy, ale w rzeczywistości głęboko symboliczny moment w trakcie uroczystości podpisywania aktu kapitulacji Cesarstwa Japonii na pokładzie pancernika USS Missouri w Zatoce Tokijskiej, 2 września 1945 roku. Amerykański generał Douglas MacArthur wyciąga z prawej kieszeni spodni pięć eleganckich i cenionych wówczas wiecznych piór Duofold marki Parker z roku 1928 z zamiarem użycia każdego z nich podczas składania podpisu na dokumencie. Pióra wieczne, szczególnie te z wyższej półki, były wówczas symbolem prestiżu, statusu i trwałości (często przechodziły z rąk ojca na syna).
Gen. Douglas MacArthur (siedzi), gen. Arthur Percival i gen. Jonathan M. Wainwright (stoją za nim).
Chwilę wcześniej, w innym symbolicznym akcie, MacArthur przywołał do siebie byłych i wciąż bardzo wychudzonych jeńców z japońskich obozów dla oficerów alianckich na Dalekim Wschodzie – generałów Arthura Percivala i Jonathana M. Wainwrighta, którzy jako pierwsi otrzymali na pamiątkę po jednym piórze. Obaj też elegancko, w spontanicznym geście wdzięczności, kłaniają się dowódcy sił zbrojnych na Pacyfiku. Być może na obu mimowolnie wpłynęły emocje i atmosfera tej wyjątkowej chwili. Wręczając im pióra, MacArthur podkreślił ich rolę w wojnie, dając w ten sposób do zrozumienia, że ich wcześniejsze porażki zostały zamienione w triumf.
Gen. Wainwright otrzymuje pierwsze pióro użyte przez gen. MacArthura.
Trzy kolejne pióra trafiły później do generała Courtneya Whitneya, Akademii Wojskowej w West Point oraz jego żony i syna (choć tu relacje się nieco różnią). Pióra użyte przez MacArthura stały się częścią historii, symbolizując triumf aliantów, formalne zakończenie wojny, koniec imperialnej Japonii i przejęcie władzy w tym kraju przez Aliantów, ale w całym tym akcie było też trochę przedstawienia, teatralności.
Nad dokumentem pochyla się japoński minister spraw zagranicznych Mamoru Shigemitsu
Amerykański generał był mistrzem w budowaniu symboliki wokół swojej osoby, co miało zarówno wymiar praktyczny (wygrana w wojnie), jak i propagandowy (utrwalenie swojej postaci jako bohatera), a uroczystość ta była tego pełna. W pewnym sensie pióro, przez sam akt jego użycia i wynikającą z tego zdolność zmiany rzeczywistości, może być uznane za potężny symbol władzy. Generał Eisenhower (📷👇), który 7 maja 1945 roku podpisał w Reims we Francji akt kapitulacji Trzeciej Rzeszy piórem Parker 51, nowym modelem z roku 1941 (trafiło do prezydenta Trumana), także rozumiał, jak potężnym symbolem jest takie pióro.
Materiał filmowy można zobaczyć na moim profilu na X.
Japończycy potrafią być bardzo wyrozumiali wobec osób zmagających się z chorobą alkoholową. Pewne aspekty kulturowe, zwłaszcza nacisk na zachowanie twarzy, unikanie konfrontacji, publicznego zawstydzania i upokorzenia, sprawiają, że takie osoby są traktowane z większą wyrozumiałością. Kiedy w 1955 r. do Japonii przybył jeden z najsłynniejszych amerykańskich pisarzy, laureat literackiej Nagrody Nobla William Faulkner, jego kłopotliwy nałóg stał się przyczyną zażenowania i złości amerykańskiego personelu dyplomatycznego. Jednak Japończycy, pomimo że na spotkania z nimi przychodził często pod muchą, generalnie nie przejęli się tym zbytnio.
Faulkner w Japonii
Faulkner, człowiek pełen sprzeczności, znany był z tego, że podczas publicznych wystąpień, jak na przykład przy okazji przyjęcia Nagrody Nobla w 1950 r., bywał pod wpływem alkoholu. Jego zachowanie w takich momentach często było nieprzewidywalne. W Japonii, gdzie jego wizyta wywołała ogromne zainteresowanie, z samolotu wyszedł w stanie wskazującym, co wzbudziło niepokój amerykańskiego komitetu powitalnego. W drodze do hotelu pisarz niemal się załamał i ze łzami w oczach przyznał asystentowi attaché kulturalnego Leonowi Piconowi, który miał się nim opiekować w Japonii, że ma problem z alkoholem. W hotelu okazało się, że przed wylotem do Tokio Faulkner do bagażu zapakował cały arsenał butelek swojego ulubionego trunku. Picon ułożył Falknera do snu, po czym wyszedł, zabierając ze sobą cały jego zapas ginu. Rano powrócił do hotelu, ale pisarz już zdążył opróżnić część ukrytej dzień wcześniej butelki alkoholu. W ambasadzie, gdzie miał udzielić wywiadu, na pytanie sekretarki ambasadora, czego by się napił, odpowiedział, że ginu. Kobieta przyniosła szklankę wody.
Faulkner w Japonii
Wywiad okazał się totalną klapą, gdyż nietrzeźwy noblista nie był w stanie odpowiadać na pytania. Nie zdołał również wytrzeźwieć na spotkanie z dziennikarzami o 12:30 w Klubie Prasowym. Przygotowano dla niego materac, żeby się przespał, ale zdołał go tylko zabrudzić zawartością swojego żołądka. Wpływ na to miał wypity alkohol, ale najprawdopodobniej także silny lęk przed wystąpieniami publicznymi, z którym pisarz zawsze się zmagał. Odwieziono go do hotelu, gdzie przespał się do godziny 16:00. Pijany ciągle sprawiał problemy, ale trzeźwy był niezrównanie życzliwy, czarujący i uprzejmy – prawdziwy południowy dżentelmen. O godzinie 18:30 w rezydencji amerykańskiego ambasadora w Tokio organizowano specjalne przyjęcie powitalne. Pomimo tego, że kelnerom zabroniono podawania mu alkoholu, zdołał ich przekonać, że szklaneczka ginu mu nie zaszkodzi. Wkrótce jednak zaczął poruszać się na chwiejnych nogach i znów zaczął sprawiać problemy. Przybywających do ambasadora gości witał głębokim i wyszukanym ukłonem, a chwilę później zniszczył nową suknię żony ambasadora, przypadkowo rozlewając szklankę z ginem. Amerykański ambasador miał już po dziurki w nosie wybryków noblisty i zamierzał wysłać go najbliższym samolotem z powrotem do USA. Japończycy jednak czekali na spotkanie z uwielbianym przez nich pisarzem, więc Leon Picon zignorował rozkaz swojego szefa, a Faulkner pozostał w Japonii przez niemalże cały miesiąc. Tourne pisarza okazało się sukcesem, również dlatego, że Japończycy z większą wyrozumiałością podeszli do jego kłopotów z alkoholem. Picon zadbał też, aby słynny pisarz nie pozostawał na moment sam, a żeby pomóc mu w koncentracji, podczas każdego wystąpienia publicznego sadzano obok niego atrakcyjne Japonki.
Stare filmy mają swój urok, ale niektóre role potrafią dziś zaskoczyć. Azjatyccy bohaterowie grani przez białych aktorów w mocnym makijażu? To była codzienność Hollywood przez wiele dekad. Ówczesne decyzje obsadowe, zrozumiałe w kontekście tamtej epoki, ograniczały różnorodność na ekranie. Dziś oceniamy je inaczej niż kiedyś, bo branża filmowa ewoluuje razem ze społeczeństwem.
Marlon Brando w filmie Herbaciarnia „Pod Księżycem”
W 1956 roku Marlon Brando wystąpił w filmie Herbaciarnia „Pod Księżycem” w roli Okinawczyka o imieniu Sakini. Każdego dnia przed zdjęciami spędzał niemal dwie godziny w charakteryzacji: zmieniano kolor skóry, modelowano usta i brwi, stylizowano włosy, a najbardziej kontrowersyjnym elementem były protezy powiek mające nadać jego oczom „azjatycki wygląd”.
Dziś taka charakteryzacja budzi oczywiste kontrowersje. Warto jednak pamiętać, że nie była ona wyjątkiem, lecz normą w klasycznym Hollywood. Co ciekawe, w tym samym filmie rolę Kwiatu Lotosu zagrała japońska aktorka Michiko Kyō, nominowana za tę kreację do Złotego Globu. Hollywood potrafiło więc zatrudniać azjatyckich aktorów — byle nie na pierwszym planie.
Marlon Brando (L) i Michiko Kyo
Tradycja „żółtej maski”
Praktyka obsadzania białych aktorów w rolach Azjatów sięga początków amerykańskiego kina. Już od lat 1910. Europejczycy wcielali się w postacie Chińczyków i Japończyków, niemal zawsze w sposób stereotypowy: przesadna mimika, karykaturalna mowa ciała, „egzotyczna” obcość.
W 1944 roku Katharine Hepburn zagrała Chinkę — przywódczynię lokalnego ruchu oporu — w filmie Dragon Seed, opowiadającym o japońskiej okupacji Chin. Aktorka starała się naśladować maniery i gesty Chinek, jednak efekt został powszechnie uznany za sztuczny i nieprzekonujący.
Problemem nie był brak talentu Hepburn. Problemem było przekonanie Hollywood, że „prawdziwa” Azjatka nie jest w stanie unieść ciężaru głównej roli dla zachodniej widowni.
Katharine Hepburn w filmie „Dragon Seed”
Jednym z najbardziej znanych przykładów tej logiki była obsada serialu Kung Fu. W rolę mnicha Shaolin — pół Chińczyka, pół Amerykanina — wcielił się David Carradine. Pierwotnie to Bruce Lee był autorem pomysłu i naturalnym kandydatem do tej roli. Ostatecznie jednak uznano, że jego akcent jest „zbyt azjatycki”, wcześniejsze role były zbyt dynamiczne, a przede wszystkim, że amerykańska publiczność nie zaakceptuje Azjaty jako głównego bohatera serialu. Carradine stał się ikoną, a Bruce Lee musiał czekać jeszcze kilka lat, by przebić się na własnych warunkach.
David Carradine w „Kung Fu”
Szczególnie jaskrawym przykładem była rola pana Yunioshiego w filmie Śniadanie u Tiffany’ego. Mickey Rooney stworzył postać japońskiego fotografa jako zbiór krzykliwej karykatury: przerysowany akcent, niezdarność, groteskowe gesty. Dziś ta rola uchodzi za jeden z najbardziej kompromitujących przykładów stereotypizacji Azjatów w historii kina. Wówczas jednak była traktowana jako „niewinna komedia”.
Mickey Ronney w filmie „Śniadanie u Tiffany’ego”
Z dzisiejszej perspektywy łatwo ulec pokusie moralizowania. Tymczasem problem Hollywood nie polegał wyłącznie na rasizmie, lecz na czymś bardziej subtelnym — lęku przed obcością, która mogłaby przemówić własnym głosem.
Azjata mógł być egzotycznym tłem, postacią drugoplanową, komicznym dodatkiem lub mentorem bez erotyki. Nie mógł być natomiast pełnoprawnym nośnikiem emocji, pożądania i identyfikacji widza. Dlatego łatwiej było założyć „maskę” białemu aktorowi, niż oddać centrum narracji komuś naprawdę innemu.
Źródła i inspiracje:
Matthew Polly, Bruce Lee. Życie, Wyd. Znak Literanova, 2019
Jak ukształtować zbuntowaną, dumną i upartą dziewczynę na dobrze wychowaną damę? Najlepiej wysyłając ją z oficjalną rządową misją do Japonii, Chin i Korei. Tak przynajmniej uważał amerykański prezydent Theodore Roosevelt. Wychowywana bez mamy, ale pod czujnym okiem oziębłej macochy Alice Roosevelt stałą się niezależna i niesforna i szybko zaczęła sprawiać ojcu kłopoty. Kiedy Roosevelt i jego druga żona Edith zaproponowali Alice wysłanie jej do konserwatywnej szkoły z internatem, sugestia ta nie spotkała się z jej uznaniem. Zagroziła ojcu, że jeśli zdecyduje się na tak nikczemny krok ona znajdzie sposób, żeby głęboko go upokorzyć.
Dwudziesty szósty prezydent Stanów Zjednoczonych Theodore Roosevelt z drugą żoną Edith Kermit Carow.
Dziewczyna miała siedemnaście lat, gdy jej ojciec w roku 1901 wprowadził się do Białego Domu po zabójstwie przez Amerykanina polskiego pochodzenia Leona Czołgosza prezydenta Williama McKinleya. Niewzruszona ogólnonarodowym szokiem i panującą w kraju żałobą rzekomo głośno wyraziła swoją z tego powodu radość. W następnym, 1902 roku, Alice oficjalnie została zaprezentowana Amerykanom i stała się sensacją niemalże z dnia na dzień. Opinia publiczna tak bardzo była zauroczona atrakcyjną, prostolinijną i prowokatorską nastolatką, że nadano jej przydomek „Księżniczka Alice”, który został później utrwalony przez królewskie traktowanie, jakiego doświadczyła podczas swojej podróży po Azji, gdzie spotykała się z władcami Japonii, Filipin, Chin i Korei.
Zabójca prezydenta McKinleya, Leon Czołgosz
W nosie miała surowe zasady, które urzędnicy w Białym Domu próbowali jej narzucić. Jej liczne wybryki opisywała prasa całego świata, również japońska. Publicznie odrzuciła chrześcijaństwo, a swoje wierzenia określiła jako pogańskie. Paliła papierosy w miejscach publicznych, co w owym czasie nie wypadało czynić kobiecie, imprezowała do wczesnych godzin porannych, obstawiała wyścigi konne i brawurowo prowadziła samochody w towarzystwie młodych mężczyzn. Na pytanie, dlaczego nie poskromi wybryków swojej beztroskiej córki, prezydent Roosevelt odpowiedział: „Mogę albo rządzić krajem, albo opiekować się Alice, ale nie mogę robić obu tych rzeczy naraz”.
Japończycy witają amerykańską delegację.
Postanowił jednak, że wyśle niesforną 21-latkę w towarzystwie sekretarza wojny i przyszłego 27. prezydenta Stanów Zjednoczonych Williama Tafta do Azji Wschodniej jako ambasadorkę dobrej woli. Liczył na to, że w towarzystwie amerykańskich kongresmanów i ich żon oraz azjatyckich władców córka wydorośleje i dojrzeje. Japończycy byli zachwyceni jej przybyciem i traktowali ją niczym królową pojawiając się tłumnie wszędzie tam, gdzie ona zawitała.
Została obdarowana tak wieloma prezentami, że od jednego z kongresmanów otrzymała przydomek „Alicja w krainie grabieży” (Alice in Plunderland). Oprócz tańca i śpiewu gejsz, tradycyjnego łucznictwa Kyudo oraz przedstawienia kabuki miała także możliwość zobaczyć walki zapaśników sumo, ale te nieszczególnie jej się spodobały, być może dlatego, jak sugerują niektórzy, że musiała spędzić tak dużo czasu w podróży z nie mniej od sumitów otyłym Williamem Taftem.
Japonia. William Taft i Alice Roosevelt
Podczas gdy sekretarz wojny prowadził rozmowy z Japończykami, Alice udała się na zakupy i imprezowała z japońskimi księżniczkami. Na przyjęciach pojawiała się w tradycyjnym kimonie. 26 lipca 1905 roku Taft i Alice Roosevelt zostali przyjęci przez cesarza Mutsuhito (Meiji), który zaprowadził ich, ponoć pierwszych obcokrajowców, do prywatnego cesarskiego ogrodu.
Prasa koreańska rozpisywała się o wizycie amerykańskiej delegacjiw Cesarstwie Korei.
W Korei została przyjęta na audiencji u cesarza Gojonga w jego tymczasowej rezydencji (ogień strawił rok wcześniej Pałac Deoksugung), ale Koreańczycy jej nie zachwycili. W porównaniu z pełnymi entuzjazmu Japończykami, a wkrótce później żywiołowymi Filipińczykami i przyjaznymi Hongkończykami Koreańczycy wydali jej się apatyczni: „Ludzie wyglądają na smutnych i przygnębionych, tak jakby ktoś wyssał z nich całą energię. Wszędzie było widać japońskich oficerów i żołnierzy, którzy w przeciwieństwie do nędznych Koreańczyków byli bojowi i pracowici”, napisała w autobiografii.
Zawody sumo zorganizowane dla gości z Ameryki.
Po powrocie do Japonii delegacja amerykańska mogła się przekonać, jak gwałtownie potrafią zmieniać się nastroje społeczne w tym kraju. Ponieważ w międzyczasie Japończycy obwinili prezydenta Roosevelta o niewystarczająco sprzyjający im traktat pokojowy pomiędzy Japonią a Rosją, na ulicach Tokio co rusz wybuchały antyamerykańskie zamieszki, podkładano ogień pod chrześcijańskie kościoły. „Nigdy nie widziałam większej zmiany” – wspominała Alice. „Sugerowano nam, że jeśli ktoś zapyta, wskazane jest, abyśmy powiedzieli, że jesteśmy Anglikami”. Tym razem nie było wiwatów, a Alice i amerykańską ekspedycję ochraniali policjanci w cywilu.
Japonia. Alice Roosevelt w towarzystwie kilku żon amerykańskich kongresmanów.
Czy podróż do Azji złagodziła obyczaje Księżniczki Alice? Gdy cztery lata później rodzina Rooseveltów przygotowywała się do wyprowadzki z Białego Domu, Alice dokonała jednego z najbardziej zuchwałych ze swoich wygłupów. W ogródku przed rezydencją prezydencką zakopała lalkę voodoo nowej Pierwszej Damy Nellie Taft. Za ten wybryk została pozbawiona prawa wchodzenia na teren Białego Domu.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Alice Roosevelt przemierza Pacyfik Alice Roosevelt i William Taft na Filipinach
Gen. Douglas MacArthur i cesarz Hirohito (📷 Gaetano Faillace)
Równe 79 lat temu, 29 września 1945 roku w japońskich gazetach ukazała się jedna z najsłynniejszych fotografii XX wieku. Dumny potomek bogini słońca Amaterasu, Syn Niebios, ustawił się, niekoniecznie z własnej woli, do fotografii ze swoim wrogiem, a zarazem głównodowodzącym sojuszniczymi wojskami okupacyjnymi w Japonii. W porównaniu z górującym nad nim i pewnym siebie gen. MacArthurem, wystrojony Hirohito wyglądał jak kelner serwujący posiłki w pięciogwiazdkowej restauracji. Do pierwszego spotkania pomiędzy nimi doszło dwa dni wcześniej, kilka tygodni po kapitulacji Japonii. Zarówno japoński rząd jak i dziennikarze byli oburzeni; fotografię uznano za obraźliwą dla cesarza. MacArthur nie bardzo przejął się ich uczuciami i nakazał opublikować zdjęcie we wszystkich dziennikach.
Mainichi Shimbun z 29 września 1945 r. Asahi Shimbun z 29 września 1945 r.
Jednym z warunków kapitulacji było wyrzeczenie się przez Japończyków wiary w boskość cesarza. Fotografia ta była tylko jednym z wielu niewerbalnych sygnałów wysłanych na przestrzeni kilku dni przez MacArthura, które miały uświadomić Hirohito, że idea boskości japońskiego cesarza straciła już swój blask. 27 września w drodze na spotkanie z amerykańskim generałem kolumna trzech rządowych pojazdów, którymi poruszał się Hirohito i jego świta, została na krótką chwilę zatrzymana przez amerykańskiego żołnierza kierującego ruchem ulicznym na jednym z tokijskich skrzyżowań. Zostali potraktowani jak zwykli uczestnicy ruchu kołowego. Gdy cesarz w swojej limuzynie zajechał pod siedzibę MacArthura, ten nie pojawił się, żeby go powitać. W jego zastępstwie przywitał się z nim gen. Bonner Fellers, jeden z głównych doradców MacArthura.
Faubion Bowers, „człowiek, który uratował kabuki”
Nakrycie głowy cesarza odebrał mjr Faubion Bowers, wielki miłośnik teatru kabuki, który zauważył, że gość wyglądał na przerażonego i trzęsły się jego ręce. Odprowadził Hirohito na górę, wcześniej jednak płynną japońszczyzną nakazał zdumionej jego rozkazem dziewięcioosobowej świcie cesarza pozostać na parterze. „Tam, w progu salonu, stał MacArthur. Miał na sobie swoje zwykłe spodnie khaki, pięć gwiazdek na kołnierzyku i nie miał krawata. Ten swobodny, nieformalny wygląd był kolejnym naruszeniem protokołu cesarskiego, a nawet zniewagą, i MacArthur o tym wiedział”, napisał Arthur Herman w biografii generała pt.”Douglas MacArthur. American Warrior”.
Cesarz Hirohito w swojej limuzynie, r. 1946
Być może Hirohito faktycznie bał się o swoją przyszłość, gdyż „skłonił się nisko, bardzo nisko, skłonił się jak sługa,” pisał później Bowers. Skłonił się tak nisko, że jego dłoń ściskana w ręce MacArthura znalazła się ponad jego własną głową. Chwilę później odmówił uchwycenia filiżanki z herbatą. Być może obawiał się, że jego rozdygotana ręka jej nie utrzyma i wyleje jej zawartość. Nie odmówił za to, on, abstynent, papierosa, którego podał mu MacArthur. Chwilkę wcześniej Gaetano Faillace, osobisty fotograf MacArthura, zrobił trzy zdjęcia, w tym dwa nieudane. Na jednym MacArthur miał przymknięte oczy, na kolejnym usta cesarza były szeroko otwarte, na ostatnim, tym które przesłano prasie, obaj zaprezentowali się poprawnie.
Gen. Douglas MacArthur ląduje w Tokio. 30 sierpnia 1945 roku Gaetano Faillace jest również autorem innej słynnej fotografii MacArthura. 20 października 1944 roku MacArthur wylądował na filipińskiej wyspie Leyte i tym samym spełnił swoją obietnicę powrotu na Filipiny.
Wojna w Wietnamie to nie tylko polityka, protesty i Woodstock. Dla tysięcy zwykłych chłopaków to była przede wszystkim walka z wrogiem, którego nie pokazywali w telewizji – z dżunglą.
Wietnam. Żołnierze amerykańscy z upolowanym wężem.
Dla większości młodych Amerykanów, którzy w latach 60. i 70. trafiali do Wietnamu prosto z przedmieść Detroit, Chicago czy Los Angeles, prawdziwym wrogiem numer jeden nie był zawsze Viet Cong czy NVA, tylko sama dżungla. Gęstwina, wilgoć, pijawki wysysające krew litrami, jadowite węże (krajta, kobra królewska, żmija łańcuszkowa), komary, tygrysy, mrówki siejące panikę w całym plutonie, trujące rośliny powodujące oparzenia trzeciego stopnia albo nagłe zatrzymanie krążenia… a do tego te cholerne, zwisające z drzew pnącza „wait-a-minute” („poczekaj chwilę”), których kolce potrafiły wyrwać żołnierza z jadącego trucka czy nawet z helikoptera na niskim pułapie.
Ale spośród wszystkich stworzeń dżungli południowo-wschodniej Azji najbardziej znienawidzona przez GI’s była ogromna azjatycka skolopendra – przede wszystkim gatunek Scolopendra subspinipes. Miejscowi nazywali ją „con rít”.
Te pareczniki dorastały do 20–25 cm długości, miały jaskrawe pomarańczowo-czerwono-czarne ubarwienie i wyglądały jak coś, co uciekło z planu filmu science-fiction. Żyły w ściółce, pod korą gnijących pni, w butach zostawionych na noc przed namiotem i w śpiworach. Żołnierze budzili się czasem z krzykiem, gdy w środku nocy coś twardego i bardzo szybkiego zaczynało biegało im po klatce piersiowej pod koszulką.
Skolopendry są drapieżne i agresywne – polują na wszystko, co się rusza i mieści im się w paszczy: owady, pająki, jaszczurki, myszy, a nawet małe węże czy pisklęta.
Scolopendra subspinipes, azjatycka skolopendra
Ukąszenie? Legenda głosi, że boli gorzej niż kobra i trwa dłużej. Żołnierze porównywali je do „żaru papierosa przyciśniętego do skóry przez kilka godzin z rzędu” albo do „młotka pneumatycznego wbijanego w ciało”. Ból jest natychmiastowy, pulsujący, promieniuje wzdłuż kończyny i potrafi utrzymywać się od 6 do nawet 48 godzin. Do tego miejscowy obrzęk wielki jak piłka tenisowa, gorączka, nudności, zawroty głowy, a w skrajnych przypadkach (głównie u alergików) duszności i zagrożenie życia.
W amerykańskich raportach medycznych z Wietnamu ukąszenia skolopendry były na tyle częste, że znalazły się w oficjalnych podręcznikach przetrwania i instrukcjach dla lekarzy polowych. Żołnierze szybko nauczyli się kilku zasad: nigdy nie wkładać butów bez potrząsania nimi do góry nogami, spać w hamaku (o ile to było możliwe), a nie na ziemi, nigdy nie zostawiać plecaka otwartego na noc.
A jak radzili sobie z tym Viet Cong i NVA? Oni też nienawidzili „con rít” i bali się jej nie mniej niż Amerykanie, ale żyli w dżungli od pokoleń, więc mieli wypracowane własne, proste i skuteczne metody:
buty i ubranie zawsze wieszało się na night na sznurku pod dachem z liści palmowych, nigdy na ziemi,
przed snem do środka butów wrzucano garść liści tytoniu albo suszonej papryczki chili – skolopendry nienawidzą ostrego zapachu,
popularne było smarowanie kostek i nadgarstków pastą z czosnku i soli (działało też na pijawki),
w bazach i tunelach Cu Chi regularnie palono w ogniskach suszone liście eukaliptusa i trawy cytronelowej – dym odstraszał wszystko, co pełza,
jeśli już doszło do ukąszenia, najczęstszym „lekarstwem polowym” było nacięcie miejsca ukąszenia nożem, wyssanie jadu ustami (z dodatkowym przepłukaniem ryżówką albo alkoholem) i okład z liści tytoniu albo rozgniecionych korzeni imbiru.
To słynne zdjęcie z Wietnamu jest w rzeczywistości fałszerstwem. Skolopendry rzadko przekraczają długość 30 cm. Na powyższej fotografii stawonóg zwisa z żyłki wędkarskiej zawieszonej blisko fotografa, podczas gdy znajdujący się dalej żołnierz trzyma uniesioną w górze pustą rekę.
Co ciekawe – niektórzy starsi partyzanci z plemion górskich (Montagnards / Degarowie walczący po stronie Vietcongu) po prostu… piekli skolopendry na ogniu i jedli. Twierdzili, że po usunięciu głowy i jelit są smaczne i danie wysokobiałkowe, a jad całkowicie się neutralizuje w wysokiej temperaturze.
Współcześnie najbardziej znaną „ofiarą” azjatyckiej skolopendry jest Coyote Peterson z kanału Brave Wilderness. W 2018 roku pozwolił się specjalnie ugryźć przez Scolopendra subspinipes w ramię. Po kilku sekundach zaczął krzyczeć, płakać i dosłownie tarzać się po ziemi – po raz pierwszy w karierze „króla bólu” sięgnął po ekstraktor jadu i poprosił o interwencję medyczną.
SpiętyCoyote Peterson ze skolopendrą na kilka chwil przed wprowadzeniem przez nią w jego przedramię jadu
Od ponad 80 lat Pearl Harbor kojarzy się z niespodziewanym nalotem Japończyków na amerykańskie bazy wojskowe i związanych z nim spustoszeniem, śmiercią ponad 2400 osób, szokiem opinii publicznej oraz niekończącymi się debatami na temat jego przyczyn. Do 7 grudnia 1941 r. port zwany przez rdzennych mieszkańców Hawajów Wai Momi kojarzył się z jednak najczęściej z obfitością pereł i rafą koralową (do XIX w.) oraz raczej beztroskim życiem amerykańskich żołnierzy i ich rodzin.
📷 Carl Mydans, Pearl Harbor, Hawaje 1940 r.
W roku 1940, Carl Mydans, fotoreporter pracujący dla tygodnika „Life” i jeden z najsłynniejszych fotografów wojennych XX wieku, który kilka lat później okrucieństwa japońskich żołnierzy doświadczył na własnej skórze, wybrał się na Hawaje, wtedy jeszcze terytorium zależne Stanów Zjednoczonych (1898-1959), celem sfotografowania amerykańskich marynarzy. Kilka miesięcy temu stacja telewizyjna „History” przeprowadziła wywiad z ostatnimi życzącymi marynarzami i pilotami, którzy pod koniec 1941 roku stacjonowali w porcie Wai Momi: „Leżenie na plaży i zażywanie kąpieli słonecznych.
📷 Carl Mydans, Pearl Harbor, Hawaje 1940 r.
Każdy musiał wylegiwać się na słońcu i uzyskać lekką opaleniznę.” – Jack Holder, mechanik lotniczy. „Chodziliśmy do kościoła, a po kościele wybieraliśmy się na piknik lub przejażdżkę samochodem po wyspie.” – Ray Chavez, marynarz. „Lubiłem iść potańczyć i wypić z chłopakami kilka piw.” – Bob Fernandez, marynarz. „Atak na Pearl Harbor był czymś, co nikomu nie przyszło nawet do głowy. Nikt o czymś takim nie myślał.” – Jim Garner, łącznościowiec. Japoński nalot zmienił wszystko. „Nawiązujesz całkiem niezłe przyjaźnie, a potem nagle z dnia na dzień żyjesz w innym świecie.” – Aaron Cook, mechanik lotniczy.
📷 Carl Mydans, Pearl Harbor, Hawaje 1940 r.
Zaledwie kilkanaście godzin po ataku na Pearl Harbor Japonia przypuściła atak na Filipiny. Magazyn „Life” wysłał Mydana oraz jego żonę Shelley do Manili celem zrobienia reportażu na temat wojny w tym kraju. Już 2 stycznia 1942 Japończycy wkroczyli do stolicy Filipin i para fotografów dostała się do niewoli, w której spędzili prawie dwa lata. Zostali wypuszczeni w ramach wymiany więźniów pod koniec 1943 roku.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
📷 Carl Mydans, Pearl Harbor, Hawaje 1940 r.📷 Carl Mydans, Pearl Harbor, Hawaje 1940 r.W roku 1945 Mydans powrócił na Filipiny i pracował m.in. u boku gen. Douglasa MacArthura
Ernest Hemingway – łowca wielkich przygód: od marlinów i byków po wojenne fronty – miał w Paryżu lat 20. jedną zaskakującą słabość: długie, czarne włosy japońskich malarzy. Ich sztuka go nie ruszała, ale fryzury? Te zrobiły na nim wrażenie nie mniejsze niż afrykańskie safari.
Ernest Hemingway, 1957 r.
W paryskich latach 20. XX wieku Ernest Hemingway, świeżo przybyły do miasta światła, szybko zanurzył się w bohemie artystycznej. Spotkania z modernistami – od Gertrude Stein po Picassa – kształtowały jego styl, ale jedna „inspiracja” okazała się zaskakująco… powierzchowna. Hemingway nie ukrywał swojej fascynacji włosami – ich kolorem, fakturą i długością. W Paryżu, gdzie japońscy artyści stanowili barwny element sceny Montparnasse, to właśnie ich fryzury, a nie twórczość, zrobiły na nim największe wrażenie.
W okresie modernizacji Japonii (era Meiji i Taishō) wielu Japończyków emigrowało za chlebem na Hawaje, do Ameryki Południowej czy USA. Artyści zaś często wybierali odwrotną drogę – do Europy, zwłaszcza do Paryża, ówczesnego centrum awangardy. Wśród nich wyróżniał się Tsuguharu Foujita (Léonard Foujita), malarz o arystokratycznych korzeniach, znany w młodości z charakterystycznej grzywki a la Kleopatra i długich, czarnych włosów. Foujita, wraz z innymi Japończykami, obracał się w kręgach Ezry Pounda i „Straconego Pokolenia” („Lost Generation” – określenie grupy pisarzy i artystów – Hemingway, Fitzgerald, Pound i inni – którzy po traumie I wojny światowej stracili wiarę w tradycyjne wartości i w paryskiej bohemie lat 20. XX wieku poszukiwali nowego sensu w sztuce i życiu.)
Hemingway w Paryżu, rue Notre-Dame-des-Champs, r. 1924
Ezra Pound, amerykański poeta i mecenas modernizmu, przeniósł się do Paryża w 1920 r. Tam zaprzyjaźnił się z japońskimi malarzami – zapraszał ich do swojej pracowni przy rue Notre-Dame-des-Champs, kupował ich obrazy i eksponował je na ścianach. Hemingway przybył do Paryża z żoną Hadley w grudniu 1921 r. Kilka miesięcy później, w księgarni Shakespeare and Company, przypadkowo spotkał Pounda. Szybko się zaprzyjaźnili, a pisarz stał się stałym gościem w studio poety.
Krakowska malarka Olga Boznańska przeprowadziła się do Paryża w r. 1898.
Tam właśnie poznał japońskich artystów. Ich sztuka jednak go rozczarowała. W Ruchomym święcie (1964) wspominał: „Ich obrazy mi się nie podobały. Nie rozumiałem ich, ale nie miały w sobie żadnej tajemnicy, i kiedy je zrozumiałem, straciły dla mnie wszelkie znaczenie. Przykro mi było z tego powodu, ale nie mogłem nic na to poradzić.”
Japońskie malarstwo nie wpłynęło na Hemingwaya tak jak na van Gogha, Moneta czy polską malarkę Olgę Boznańską – nie stało się źródłem inspiracji stylistycznej czy tematycznej. Co innego sami artyści. „Wszyscy oni należeli do szlachty w swoim kraju i nosili długie włosy. Włosy połyskiwały im czarno i opadały w przód, gdy się kłaniali, i wywarli na mnie duże wrażenie” – pisał Hemingway w „Ruchomym święcie”.
Leonard Tsuguharu Foujita, jeden z najważniejszych japońskich artystów XX wieku w swoim paryskim atelier
W latach 1924–1928, podczas drugiego pobytu w Paryżu, Hemingway czuł się wreszcie wolny od dziennikarskich obowiązków i konwencjonalnych norm. „Byliśmy teraz w Paryżu wolnymi ludźmi i nie musiałem wykonywać pracy dziennikarza” – wspominał. Zerwał z regularnym strzyżeniem, garniturami i establishmentem prasowym.
W kawiarni Closerie des Lilas (istniejącej do dziś ikonie cyganerii) oświadczył: „I nigdy nie zamierzam się ostrzyc […] Czy pamiętasz trzech japońskich malarzy u Ezry? […] Właśnie tak chciałem zawsze wyglądać.”
Te słowa oddają esencję tej anegdoty: japońscy artyści, których spotkał dzięki Poundowi (prawdopodobnie m.in. Foujita i Tamijūrō Kume), stali się dla Hemingwaya symbolem buntu i artystycznej swobody. Nie ich pędzle, lecz długie, czarne włosy – znak arystokratycznej nonszalancji – zainspirowały go do własnego, drobnego aktu rebellii.
W świecie, gdzie Hemingway gloryfikował męskość i dyscyplinę, ta fryzurowa „obsesja” pokazuje jego bardziej kapryśną, bohemijną stronę – tę, która w Paryżu lat 20. pozwoliła mu stać się legendą.
Źródła i inspiracje:
Ernest Hemingway, Ruchome święto, Wyd. Marginesy, 2022
Mary V. Dearborn, Ernest Hemingway. A Biography, 2017
Angelika Kuźniak, Boznańska. Non finito, Wyd. Wydawnictwo Literackie, 2019
Robiąc zakupy w Japonii zazwyczaj nie podajemy pieniędzy bezpośrednio do ręki sprzedawcy, lecz kładziemy je na specjalnej tacce zwanej karyton – od francuskiego słowa „carton” oznaczającego pudełko tekturowe. W identyczny sposób zwróci nam resztę sprzedawca. Wg japońskich historyków bankowości karyton został po raz pierwszy użyty ponad 100 lat temu i wbrew temu co sądzi większość Japończyków (i w identyczny sposób tłumaczy większość społecznych zachowań Japończyków) nie był związany z okazywaniem szacunku klientom, lecz niechęcią wobec kontaktu fizycznego z obcymi ludźmi. Niektórzy Japończycy utrzymują, że zwyczaj ten obowiązuje wyłącznie w Kraju Kwitnącej Wiśni, jednakże i w Polsce korzysta się często z podstawków do wydawania reszty, a jak pisze amerykański historyk William J. Cooper w książce „The American South” („Amerykańskie Południe”) zwyczaj kładzenia pieniędzy na ladzie obowiązywał przez wiele lat na Południu USA.
Nawet najdrobniejszy kontakt fizyczny pomiędzy białymi a czarnymi był tabu. Jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku kiedy czarny płacił za zakupiony towar miał obowiązek pieniądze kłaść na ladzie, a nie przekazywać je białemu sprzedawcy z ręki do ręki, jak czyni się dzisiaj, zwłaszcza, jeśli za ladą stała biała kobieta. W ten sam sposób sprzedawcy zwracali resztę czarnym.
Możemy dostrzec również inne analogie w zwyczajach i zachowaniach obowiązujących pomiędzy grupami uprzywilejowanymi, a uciskanymi w przednowoczesnej Japonii i na amerykańskim Południu. Podobnie jak Japończycy niżej urodzeni w kontaktach z przedstawicielami arystokracji, czyli samurajami, czarni na Południu mieli obowiązek zniżania wzroku podczas rozmowy z białymi, stosować zwroty grzecznościowe typu „Mister,” „Missus,” czy „Miss” czy okazywać specjalny szacunek przy przywitaniu. Japończycy odrzucili podział klasowy w roku 1871, choć jego pozostałości utrzymują się do dzisiaj, m.in. w dyskryminacji mniejszości społecznej Burakumin oraz niechęci do mieszkańców Okinawy. Prawa Jima Crowa ograniczające kontakty białych z czarnymi zostały zniesione w roku 1964.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Nowy Jork, lata 20. XX w. Chiński marynarz zostaje aresztowany za próbę przemytu opium (👆). Od końca XIX wieku do połowy lat 20. wieku XX chińska dzielnica w Nowym Jorku była areną gangsterskiej aktywności, przemocy, handlu narkotykami, hazardu i przemytu chińskich migrantów. W roku 1870 w Wielkim Jabłku mieszkało prawdopodobnie nie więcej niż 100 Chińczyków. 20 lat później było już ich kilkanaście tysięcy. Większość z nich znajdowała zatrudnienie w pralniach lub na targowiskach prowadzonych przez chińskich imigrantów, z których tylko garstka posiadała amerykańskie obywatelstwo i sprawnie posługiwała się językiem angielskim. Z czasem, podobnie jak w innych amerykańskich miastach zamieszkałych przez chińską diasporę, zaczęły organizować się tam nieoficjalne struktury samorządowe silnie powiązane z półświatkiem. Rywalizacja pomiędzy dwoma gangami stała się przyczyną rozlewu krwi, z którym nie potrafiła sobie poradzić skorumpowana nowojorska policja.
Tom Lee
Na czele grupy On Leong stał Tom Lee, imigrant z Chin, nieoficjalny burmistrz kształtującego się Chinatown, który prowadził nielegalne jaskinie hazardu, palarnie opium i skutecznie przemawiał do kieszeni policjantów i dziennikarzy. Jego rywalem był trzydzieści lat młodszy i bezwzględny Young Mock Duck, przywódca gangu Hip Sing Tong.
Young Mock Duck
Do pierwszego morderstwa doszło w roku 1900 na ulicy Pell, co doprowadziło do eskalacji przemocy. W roku 1905 w trakcie przedstawienia w Chińskim Teatrze przy ulicy Doyers siepacze Hip Sing otworzyli ogień do członków konkurencyjnego gangu zabijając czterech z nich, a przy okazji dwóch przypadkowych widzów, jednakże dopiero inne morderstwo wywołało w NYC gwałtowną falę niechęci mieszkańców miasta do Chińczyków.
Skrzyżowanie ulic Pell i Doyers, ok 1910 r.
W roku 1909 w mieszkaniu pracownika chińskiej restauracji znaleziono zwłoki Elsie Sigel, zaledwie 19-letniej białej misjonarki i wnuczki znanego weterana wojny secesyjnej, generała Franka Sigela. Rząd federalny wkroczył jednak do akcji dopiero w roku 1925 po zamordowaniu dwójki gangsterów z grupy On Leong zmarłego 7 lat wcześniej Toma Lee. Agenci federalni nie przejmowali się takimi „błahostkami” jak prawa człowieka czy nakaz aresztowania i przymykali każdego Chińczyka, który mógł mieć cokolwiek wspólnego z wojną gangów. Taktyka ta okazała się skuteczna i wkrótce w Chinatown zapanował spokój.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)