Wraz ze zmianą pór roku zmienił się również asortyment produktów na naszym targowisku warzywno-owocowym. Najpopularniejsze owoce w okresie jesiennym w Korei to lokalne persymony w kilku odmianach, pochodzące z wyspy Czedżu mandarynki (z importowanych cytrusów mamy tylko cytryny, a pomarańcze zaledwie przez kilka tygodni w roku), okrągłe koreańskie gruszki (nigdy nie spotkałem się w Korei z gruszkami odmiany europejskiej), popularne tutaj ogromne, zielone japońskie winogrona zwane Shine Muscat, oraz jadalne kasztany.
Owoców w Korei nie kupujemy na wagę, a na tacki, miseczki, pęczki, kiście itd., co znacznie utrudnia porównywanie cen pomiędzy straganami. Przykładowe ceny: 3 duże lub 4 mniejsze jabłka 10 tys. won (30 zł), 6 twardych persymon w tej samej cenie, miseczka koreańskich mandarynek (ok. 13 sztuk) to wydatek o połowę mniejszy. Warzywa z wyjątkiem imbiru i kilku innych również sprzedawane są w ilościach już przygotowanych przez sprzedawcę. Stałym klientom niektórzy handlowcy dorzucą coś czasami za darmo do zakupionych towarów. Kilka tygodni temu wraz z epidemią grypy do łaski w Korei powróciły maseczki. Może i dobrze, gdyż niestety ponad 2-letnia pandemia nie zmieniła przyzwyczajeń Koreańczyków i w dalszym ciągu kaszlą nie zasłaniając ust rękoma.
Kimjang, czyli tradycyjny proces przygotowywania kimchi
Jesień to sezon zbiorów kapusty i przygotowywania w domach narodowej potrawy Korei – kimchi. Na targowiskach nie może więc zabraknąć tego warzywa, czosnku oraz rzepy, z której również wyrabia się kimchi. Koreańczycy w spożyciu czosnku ustępują tylko Chińczykom, którzy jedzą go najwięcej. Nie jest za to szczególnie popularny w kuchni japońskiej. Aż do drugiej wojny światowej czosnek był w Japonii kojarzony z nielubianymi tam Koreańczykami. Nazywano ich pogardliwie „czosnkojadami”. Do dziś w niektórych japońskich prowincjach warzywo to jest postrzegane negatywnie.
Również japoński buddyzm oraz wywodzący się z tradycji buddyjskiej zen zniechęcały do jedzenia czosnku i cebuli. Japończycy zawsze byli tolerancyjni wobec wszelkich dźwięków wytwarzanych przez nasze ciała – bekania, siorbania, mlaskania itd., ale ciało ludzkie musiało być czyste i pozbawione zapachów, czosnek więc odrzucali, a z Koreańczyków stroili sobie drwiny. Moi gospodarze w porównaniu z Japończykami jedzą również znacznie więcej zielonych warzyw, które łatwo tutaj przez cały rok zakupić na targowiskach. Zarówno zielenina, jak i tradycyjne koreańskie słodycze kupowane są najchętniej przez ludzi starszych.
Stoisko z zielonymi warzywamiTradycyjne koreańskie słodycze hangwa. „100% bez cukru”
Księżna Walii w trakcie wczorajszego (22.11.2023) spotkania króla Karola III z prezydentem Korei Południowej Yoon Suk Yeolem okazała szacunek władcy Wielkiej Brytanii tradycyjnym gestem powitania wraz z radosnym uśmiechem rozjaśniającym zazwyczaj jej twarz. Dyg to dosyć skomplikowana figura, która wymaga zachowania prostej sylwetki i równowagi, w przeciwnym razie powitanie może wypaść nieporadnie. Księżna zachowała także kontakt wzrokowy z królem. Zasady kłaniania się w rodzinie królewskiej są dość skomplikowane i zależą od kontekstu oraz tego, kto jest obecny w trakcie spotkania. Dygnięcie wywodzi się z europejskiej tradycji dworskiej i nie jest częścią etykiety w Japonii.
Księżniczka Mako z wizytą w Katmandu
Pomimo tego dwie japońskie księżniczki – Kako, a zwłaszcza niezależna Mako (córki księcia Akishino, młodszego brata cesarza Naruhito) – zamiast ukłonu wykonują dyg podczas swoich podróży zagranicznych. W trakcie wizyty w stolicy Bhutanu, była już dziś księżniczka Mako pięknie dygnęła przed obliczem królewskiego majestatu (📷☝️). Ponownie oddała w ten sposób honory przed królem Bhutanu w trakcie inauguracji 3. Królewskiej Wystawy Kwiatów Bhutanu (📷👇).
Księżniczka Mako z wizytą w Katmandu
Podczas wizyty w Japonii, Maria, księżna koronna Dani, dygnęła przed cesarzową Masako, czym wyraźnie ją zaskoczyła, nieco skonfundowała, ale też rozbawiła, co jak widać pozytywnie wpłynęło na całą interakcję. Sama zresztą dwukrotnie pocałowała obu gości z Europy i to bez śladu dyskomfortu. Całowanie w policzek nie jest tradycyjnym przywitaniem w Japonii, ale jest już powszechnie stosowane podczas spotkań głów państw i pierwszych dam oraz członków rodzin cesarskich i królewskich.
Księżniczka Maria dygnęła przed cesarzową Masako Zakłopotana i rozbawiona cesarzowa Masako potrząsnęła głową, wyraźnie dając księżnej Marii do zrozumienia, że jej gest był zbyteczny.Chwilę wcześniej cesarzowa Masako złożyła pocalunki na policzkach księcia duńskiego Fryderyka oraz księżnej Marii
Materiał filmowy można obejrzeć na moim koncie na X.
Księżna Kate w trakcie wczorajszego spotkania króla Karola III z prezydentem Korei Południowej Yoon Suk Yeolem okazała szacunek władcy Wielkiej Brytanii tradycyjnym gestem powitania wraz z radosnym uśmiechem zazwyczaj rozjaśniającym jej twarz. Dyg to dosyć skomplikowana 1/6 pic.twitter.com/CyjwuDF0P1
Czy przeszkadza Państwu siorbanie podczas posiłku? Mlaskanie? W niektórych krajach Azji takie zachowanie przy stole nie jest niczym niestosownym. U wielu obcokrajowców mieszkających w Korei i Japonii te i inne fizjologiczne dźwięki są jednak przyczyną nieprzyjemnych doznań, czasami na tyle poważnych, że muszą się przed nimi zabezpieczać, choćby zatyczkami do uszu. Jak je tłumaczą Azjaci? Dlaczego Japończycy i Koreańczycy tak wiele czasu poświęcają na oglądanie programów kulinarnych? Czym są traumy kolektywne, w jaki sposób manifestują się u Japończyków i Koreańczyków i czy mogą być u nich przyczyną zaburzeń odżywiania? Dlaczego wg niektórych cudzoziemców żyjących w Azji w kontaktach z Azjatami nie warto być szczerym? Na te i inne pytania odpowiadam w moim nowym filmie na YouTube. Zapraszam.
Kiedy 10 grudnia 1922 roku Akademia Szwedzka wręczała Nagrodę Nobla z dziedziny fizyki, jej laureat, Albert Einstein… zwiedzał Kioto. „Wewnętrzny dziedziniec pałacowy należy do najwspanialszych dzieł architektury, jakie kiedykolwiek widziałem” – napisał w swoim pamiętniku po wizycie w dawnej stolicy Japonii. Do Kraju Kwitnącej Wiśni wraz z małżonką zawitali kilka tygodni wcześniej i była to ich jedyna podróż do tego kraju. Wg biografów noblisty, ze zmiennym szczęściem próbował on przystosować się do lokalnych zwyczajów.
Kobe. Pierwsze zdjęcie zaraz po zejściu na ląd.
Zauroczyły go Japonki, „stworzenia podobne do kwiatu” (złośliwi dodają, że miał słabość do kobiet), narzekał za to na niewygody związane z siedzeniem na podłodze oraz japońskie jedzenie, które mu nie służyło. „Biedne stworzenia” napisał empatyczny fizyk o serwowanych w restauracji pieczonych homarach. W jego opiniach na temat Japończyków można doszukać się sprzeczności: „Japończycy przemawiają do mnie bardziej niż wszystkie inne narody, z którymi miałem dotychczas kontakt: cisi, skromni, inteligentni, doceniający sztukę i taktowni”, napisał w liście do synów, ale także „mają temperament podobny do Włochów” oraz, że „potrzeby intelektualne Japończyków wydają się mniejsze od artystycznych – naturalne usposobienie?” Tę ostatnią uwagę wypomina mu się po dziś dzień.
Z gejszami w Kioto
Zwrócił uwagę na liczne przesądy, które kierowały życiem Japończyków, ale dyplomatycznie opisał je jako „ujmujące”. Podczas pobytu w Imperial Hotel w Tokio (dzieło słynnego amerykańskiego architekta Franka Lloyda Wrighta) do drzwi zapukał chłopiec hotelowy z przesyłką w ręce. Zamiast napiwku, którego kurier nie przyjął, lub Einstein wręczył mu napisaną na papierze listowym w języku niemieckim swoją „krótką teorię o szczęśliwym życiu”: „Spokojne i skromne życie przynosi więcej szczęścia, niż pogoń za sukcesem i związany z tym ciągły niepokój”, wraz z uwagą, aby zachował tę notatkę, gdyż może okazać się cenna w przyszłości. Niemalże 100 lat później, w październiku 2017 roku, na aukcji w Jerozolimie notatka została sprzedana anonimowemu nabywcy z Europy za 1,56 miliona dolarów.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Notatka Einsteina sprzedana na aukcji w Jerozolimie Imperial HotelEinstein w Kioto
Wywóz nieczystości z miasta. Scena z filmu „Okiku and the World”, 🇯🇵 2023
Dlaczego Japończycy nie mają w zwyczaju jeść surowych warzyw, pomimo tego, że na ich stołach goszczą surowe ryby, jaja, a nawet surowe mięso drobiowe (torisashi) i wołowina (gyusashi)? Ma to związek z recyklingiem i transportem odchodów w okresie Edo (1603-1867), kiedy to kształtowała się współczesna japońska kuchnia. Społeczeństwo Edo było społeczeństwem recyklingu, a jednym z popularniejszych towarów, którym handlowano w tamtym czasie były ludzkie odchody używane przez rolników jako nawóz na pola (📷👇).
„Okiku and the World”
Nieczystości klasyfikowano wg ówczesnych standardów na lepsze i gorsze. Do tej pierwszej grupy zaliczano kinban, czyli odchody należące do strażników szogunatu i panów feudalnych daimyo. Ich wysoka cena znajdowała odzwierciedlenie w wysokim statusie samurajów wyższej klasy. Popularne były również tsujihi – ekskrementy zbierane z toalet publicznych tsuji na rogach ulicy (📷👇).
„Okiku and the World”
Te pobierane od mieszczan zwane machihi odpowiadały zaledwie średniej klasie. Klasa najniższa to oyashiki, ekskrementy odbierane z więzień i aresztów śledczych, gdyż odchody przestępców – ludzi o niskim statusie społecznym – uważano powszechnie za mało wartościowe. Wysokiej klasy były też nieczystości pochodzące z zamku Edo (dziś część cesarskiego kompleksu pałacowego w Tokio) – siedziby siogunów. Ze względu na najwyższy status mieszkańców tego zamku, były sprzedawane po wysokiej cenie, pomimo tego, że ich jakość była raczej niska. Przyczyną tego była wysoka zawartość rtęci i ołowiu, dwóch składników obecnych w popularnych kosmetykach. Dlaczego więc społeczeństwo Edo nie spożywało surowych warzyw? Do transportu odchodów i warzyw używano tych samych łodzi, co nie zachęcało mieszkańców miast do spożywania jarzyn. Przewoźnicy dostarczali rolnikom obornik z miast, odbierali natomiast od nich warzywa przed wypłynięciem w drogę powrotną (📷👇).
„Okiku and the World”
Nie było więc w Edo tradycji spożywania surowych warzyw, na popularności natomiast zyskały m.in. dania smażone na głębokim oleju, jak choćby podpatrzona od katolickich misjonarzy w Nagasaki tempura. Obróbka termiczna warzyw zapewniała pewien komfort psychiczny oraz zabezpieczała przed zatruciem pokarmowym. (📷👇).
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Około XIX wieku mieszkańcy Edo (dzisiejsze Tokio) zaczęli masowo cierpieć na nieznaną chorobę nazwaną „kłopotem Edo” (Edo wazurai). Ci, którzy przenieśli się do miasta ze wsi, wkrótce również zachorowali. Początkowo dotykała głównie samurajów, tak jakby ktoś rzucił na nich klątwę. W okresie Edo (1603-1867) obowiązywała zasada, że samuraje mieszkający poza stolicą, co drugi rok mieli obowiązek w niej przebywać. W ten sposób rządzący Japonią reżim Tokugawów trzymał wojowniczych panów feudalnych w ryzach.
Yoshinobu Tokugawa – statni szogun Japonii (ok. 1900)
Przyjeżdżali do stolicy zdrowi, ale wkrótce zapadali na tajemniczą i poważną chorobę, która objawiała się m.in.. ogólnym zmęczeniem i osłabieniem organizmu, utratą apetytu, obrzękiem stóp, drętwieniem kończyn i trudnościami w chodzeniu. W najcięższych przypadkach kończyła się śmiercią. Po powrocie do domu objawy zazwyczaj ustępowały, zwłaszcza wśród biedniejszych samurajów. Początkowo lekarze doszukiwali się jej przyczyn w specyficznym klimacie Edo oraz w szybko postępującej industrializacji stolicy. Z czasem zaczęła dotykać również rosnących w bogactwo mieszczan, a na przełomie XIX i XX rozprzestrzeniła się na cały kraj. Co gorsza, zaczęła dziesiątkować Cesarską Armię i Marynarkę Wojenną.
Wojna rosyjsko-japońska, 1904-1905. Szpital polowy japońskiej armii.
Epidemię tajemniczej choroby rząd Meiji uznał za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Pojawiły się też nowe hipotezy – wirus, pasożyty lub niekorzystne zmiany dietetyczne. Znalezienie przyczyny zajęło wiele lat. Zamiast patogenów i klątwy odpowiedzialna za chorobę, dziś znaną jako beri beri, była awitaminoza, a konkretnie niedobór tiaminy, czyli witaminy B1 (w Polsce za odkrywcę tiaminy uważa się Kazimierza Funka, w Japonii Umetaro Suzuki) spowodowana dietą bogatą w biały ryż oraz zbyt małą ilością roślin strączkowych i warzyw lub mięsa.
Medycyna tradycyjna nie potrafiła pomóc chorym na beri. 📷 Palenie bylicy na skórze.
Rację mieli więc ci, którzy jej przyczyn doszukiwali się w industrializacji kraju oraz sposobie odżywiania się. Podstawowymi produktami żywnościowymi do wieku XIX były brązowy ryż, proso i jęczmień z niewielką ilością warzyw (do dziś Japończycy w porównaniu z Koreańczykami spożywają ich niewiele), tofu i ryb. Mankamentem pełnych ziaren była jednak podatność na pleśń oraz większe zainteresowanie szkodników.
Prosta maszyna do polerowania ryżu
Biały, odporny na gnicie (co nie jest bez znaczenia podczas wilgotnego japońskiego lata) i plagi ryż był spożywany już pod koniec XVII wieku, jednak pracochłonny proces usuwania jego zewnętrznych warstw (F) sprawił, że na ten luksus mogli pozwolić sobie tylko najbogatsi samuraje. Industrializacja obniżyła koszty polerowania ryżu, a biały zaczął być pożądany jako smaczniejszy, o lepszej konsystencji i bardziej prestiżowy, z czasem więc zawsze skore do naśladowania zwyczajów klas wyższych niziny społeczne również zaczęły odrzucać tradycyjną dietę i w ten sposób choroba rozprzestrzeniła się na cały kraj. Badania opublikowane w 1910 roku wykazały niedobór tiaminy spowodowany przez polerowany, biały ryż.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Beri-beri powróciła podczas wojny na Pacyfiku. 📷 Singapur 1945. Wyswobodzeni z niewoli brytyjscy żołnierze 1945. Japońscy żołnierze na Wyspach Marshala
W 1872 roku cesarz Meiji zjadł wołowinę – gest, który wywołał protest mnichów i zakończył trwający ponad tysiąc lat zakaz spożywania mięsa w Japonii. To wydarzenie było symbolem szerszych przemian: od izolacji do szybkiej modernizacji i przyjęcia zachodnich zwyczajów.
Japoński rolnik, ok. 1945
Wołowina, mnisi i cesarz. Jak mięso stało się w Japonii aktem cywilizacyjnym
Przez ponad tysiąc lat jedzenie mięsa w Japonii było czymś więcej niż kwestią kulinarną — było problemem moralnym, religijnym i symbolicznym. Dlatego gdy w lutym 1872 roku grupa buddyjskich mnichów wtargnęła do Pałacu Cesarskiego w Tokio, gotowa oddać życie w starciu ze strażnikami, nie chodziło wyłącznie o dietę. Chodziło o naruszenie porządku świata. Bezpośrednią przyczyną ich gniewu było zachowanie cesarza Meiji (Mutsuhito), który kilka tygodni wcześniej publicznie zjadł wołowinę, łamiąc wielowiekowe tabu. Dla dworu był to gest polityczny i modernizacyjny. Dla mnichów — znak duchowego kryzysu kraju.
Cesarz Meiji
Skąd wziął się zakaz mięsa?
Pierwsze formalne ograniczenia pojawiły się już w 675 roku, gdy cesarz Tenmu zakazał spożywania wołowiny, koniny, mięsa psów, małp i drobiu w kluczowym okresie rolniczym. Z czasem zakazy te zaczęły funkcjonować nie tylko jako regulacje administracyjne, lecz jako trwały element kultury i moralności.
Religijne uzasadnienia — buddyjskie i shintō — były ważne, ale nie wyczerpywały tematu. Jak pokazuje Mięsoholicy Marta Zaraska, średniowieczna Japonia była krajem o bardzo ograniczonych zasobach. Brakowało gruntów ornych, wycinano lasy, a zwierzęta pociągowe miały kluczowe znaczenie dla gospodarki rolnej. W tym sensie tabu mięsa było nie tylko wyborem duchowym, lecz także racjonalną strategią przetrwania w gęsto zaludnionym kraju wyspiarskim.
Lekarz sprawdza tętno pacjentki. 1890 r.
Zakaz z wyjątkami
Jak zwykle, praktyka była bardziej elastyczna niż oficjalne normy. Mięso ssaków traktowano jako pokarm „nieczysty”, ale jednocześnie leczniczy — możliwy do spożycia na zalecenie lekarza. Ta furtka bywała szczególnie wygodna dla arystokracji. Spożywano natomiast ryby i owoce morza, w tym wieloryby i delfiny, które klasyfikowano jako ryby. Dla Europejczyków, którzy pojawili się w Japonii w XVI wieku, szokujące było zwłaszcza to, że picie mleka postrzegano niemal jak spożywanie krwi zwierzęcia.
Mięso jako ideologia nowoczesności
Prawdziwy przełom nastąpił dopiero wraz z restauracją Meiji. Japonia, otwierając się na Zachód, zaczęła postrzegać mięso jako symbol postępu, siły i zdrowia. Dieta mięsna miała zerwać z feudalnym porządkiem i pomóc stworzyć nowoczesne społeczeństwo, a także nowoczesną armię.
W XIX wieku przeciętny poborowy był niski i wątły; znaczna część kandydatów nie spełniała nawet minimalnych wymogów wzrostu. W tym kontekście mięso przestało być kwestią smaku czy tradycji, a stało się narzędziem państwowej pedagogiki. Decyzja dworu cesarskiego o wprowadzeniu wołowiny do kuchni pałacowej była więc nie tyle reformą dietetyczną, co manifestem cywilizacyjnym.
Biesiadujący samuraje. Okres Edo (1603-1867)
Dlaczego Japończycy przekonali się do mięsa dopiero po wojnie?
Choć zakaz zniesiono formalnie w XIX wieku, mentalna bariera pozostała. Dopiero po II wojnie światowej, pod wpływem amerykańskiej okupacji i nowego stylu życia, mięso stało się elementem codziennej diety. Japończycy obserwowali zwycięzców jedzących hamburgery, steki i boczek, a wraz z nimi nowy model siły i sukcesu. Den Fujita, twórca japońskiej sieci McDonald’s, ujął to z rozbrajającą szczerością:
„Jeśli przez tysiąc lat będziemy jeść hamburgery, staniemy się blondynami i damy radę podbić świat.”
Źródła i inspiracje:
Marta Zaraska, Mięsoholicy. 2,5 miliona lat mięsożerczej obsesji człowieka, Wyd. Czarna Owca, 2017
W kulturze, która od wieków traktowała wodę jako źródło oczyszczenia i życie, Tokio dokonało paradoksu: zakopało swoje rzeki pod asfaltem i autostradami. A mosty – te same, które kiedyś prowadziły pielgrzymów do świątyń – stały się świadkami największej pożogi w dziejach miasta. Kototoi-bashi z czarnymi smugami i ukryte nurty pod ulicami przypominają, że nawet beton nie jest w stanie zagłuszyć przeszłości ani natury na zawsze.
Kototoi-bashi
Tokijskie mosty – kamienne świadectwa tragedii i zapomnianej wody
Tokijskie mosty skrywają w sobie więcej niż tylko stal i beton – niosą ślady historii, która wciąż nie chce całkiem zamilknąć. Jedne opowiadają o ogniu i śmierci, inne o wodzie, która kiedyś płynęła swobodnie, a dziś ukrywa się pod asfaltem i ulicami.
Wycieczka szkolna na tle Kototoi-bashi. Rok 1931.
Ślady ognia – Kototoi-bashi i noc 10 marca 1945
Najbardziej przejmującym przykładem jest Kototoi-bashi nad rzeką Sumidą – jedyna zachowana do dziś część oryginalnej konstrukcji z 1927 roku. Na kamieniach balustrady, zwłaszcza po stronie Asakusy, widać ciemne, tłuste smugi i czarne zacieki. To nie graffiti ani osad z rzeki, to ślad po największym nalocie ogniowym w historii ludzkości: operacji Meetinghouse, czyli bombardowaniu Tokio w nocy z 9 na 10 marca 1945 roku.
Wtedy 334 superfortece B-29 zrzuciły na miasto ok. 1665 ton bomb zapalających M-69 (napalmowych ładunków kasetowych). Drewniana, gęsto zabudowana Shitamachi (dolne miasto) – w tym Asakusa i okolice – stanęła w płomieniach w ciągu kilkunastu minut. Temperatura na ulicach sięgała 800–1000 °C, wiatr osiągał siłę huraganu. Ludzie uciekali w stronę rzeki Sumidy i mostów, wierząc, że woda ich ocali.
Bombardowanie Tokio, 1945 r.
Kototoi-bashi stał się pułapką. Z Asakusy tysiące spanikowanych mieszkańców biegło na wschód, na drugi brzeg, do Mukojimy. Z Mukojimy – tysiące inne uciekały w przeciwną stronę, przed ogniem pożerającym ich dzielnicę. Na wąskim moście i w jego okolicach utknęły dziesiątki tysięcy ludzi. Niektórzy skakali do lodowatej wody Sumidy (w marcu ma ok. 8–10 °C), ale bomby zapalające spadały też na rzekę – napalm palił się na powierzchni, tworząc płonące dywany. Inni ginęli na moście, przygnieceni tłumem lub strawieni ogniem. Szacuje się, że tylko w rejonie Kototoi zginęło od kilkuset do nawet 1000–2000 osób w ciągu jednej nocy.
Następnego ranka brzegi Sumidy i okolice mostu pokrywały tysiące zwłok – wiele zwęglonych do niepoznania. Te czarne ślady na kamieniach to w dużej mierze efekt ludzkiego tłuszczu, który topił się w temperaturze pożaru i wsiąkał w porowaty granit. Dziś most Kototoi (przebudowany po wojnie, ale z zachowaną fragmentem starej balustrady) jest cichym pomnikiem, jednym z nielicznych materialnych śladów tamtej nocy, która pochłonęła od 80 do ponad 100 tysięcy ofiar (najczęściej podaje się ok. 100 tys.).
Ukryta woda pod asfaltem Tokio
Ale nie wszystkie tajemnice tokijskich mostów są mroczne – niektóre są po prostu mokre i zapomniane. Tokio powstało na wodzie. W czasach Edo (1603–1868) miasto przecinało ponad 100 rzek, strumieni i kanałów – stąd przydomek „wschodnia Wenecja”. Woda była święta: shinto i buddyzm wymagały rytualnego oczyszczania (misogi, harae), więc świątynie, ogrody i cmentarze budowano wzdłuż cieków wodnych. Tam, gdzie dziś stoi np. Sensō-ji w Asakusie, kiedyś płynęły swobodne strumienie. Nawet bujna zieleń w nietypowych miejscach – na przykład w szczelinach między budynkami czy wzdłuż torów – często zdradza ukryty pod ziemią nurt.
Gęsta zieleń wzdluż chodnika pokrywającego strumień w jednej z tokijskich dzielnic
Po Wielkim Trzęsieniu Kantō z 1 września 1923 roku (ok. 140 tys. ofiar, ogrom zniszczeń) władze postanowiły „zmodernizować” miasto. Zaczęto betonować i przykrywać kanały, by zapobiec pożarom (drewniane mosty i domy płonęły jak zapałki) i ułatwić odbudowę szerokich ulic. Proces przyspieszył po wojnie, a ostateczny gwóźdź do trumny wbito w latach 60. XX wieku w związku z przygotowaniami do Igrzysk Olimpijskich 1964.
Tokio musiało pokazać światu nowoczesność: czyste, szybkie autostrady, szerokie arterie, brak „chaotycznych” kanałów. Wiele rzek (m.in. Shibuya-gawa, Meguro-gawa, Kanda-gawa w odcinkach) zamieniono w podziemne kolektory lub po prostu przykryto betonowymi płytami. Dziś płyną pod ulicami, parkingami i ekspresówkami – słychać je czasem w studzienkach kanalizacyjnych po ulewnym deszczu.
Wiele wąskich dróg to dawne strumyki lub rowy melioracyjne
To „odwrócenie się od wody” ma też głębszy wymiar: po wojnie i kataklizmach Japonia postawiła na kontrolę natury, beton i postęp. Woda, kiedyś źródło życia i rytuału, stała się problemem hydrologicznym do rozwiązania.
A jednak nie wszystko da się ukryć. Wystarczy spojrzeć na mapy dawnego Edo, posłuchać szumu w kratkach ulicznych po deszczu albo wybrać się na spacer wzdłuż pozostałych fragmentów Sumidy – i nagle okazuje się, że Tokio wciąż jest miastem zbudowanym na wodzie.
Źródła i inspiracje:
Edward Seidensticker, History of Tokyo 1867-1989, 2019
Freddie Mercury zajada się ekiben w pociągu relacji Osaka – Nagoja podczas trasy koncertowej Queen Hot Space Japan, 25 października 1982 r. Ekiben (eki – stacja kolejowa, ben – bento, posiłek na wynos) to regionalne specjały pakowane w pudełka i sprzedawane podróżnym na stacjach kolejowych. Dziś najłatwiej jest kupić je w licznych punktach gastronomicznych rozstawionych na peronach, ale chyba najprzyjemniej bezpośrednio od handlarza.
Sprzedawca ekiben
Zawód to już jednak ginący, co raz więc trudniej napotkać sprzedawcę ekiben. Pierwsze lunchboxy sprzedawane były podróżnym przez okna pociągów. Dziś, ze względu na krótki czas postoju pociągów na stacjach oraz zablokowane okna handlarze ustawiają się w pobliżu przejść. Historia ekiben ma już ponad 130 lat. W roku 1872 pomiędzy Jokohamą a Shimbashi w Tokio otwarto pierwszą w Japonii linię kolejową, a 13 lat później na stacji w miejscowości Utsunomiya pojawił się pierwszy sprzedawca onigiri (kulki ryżowe) i marynowanej rzodkiewki daikon dając początek tej unikalnej kulturze kulinarnej.
Pierwsze pociągi poruszały się wolno, a podróż trwała czasami nawet ponad 20 godzin. Menedżer zajazdu Shirakiya w Utsunomiya zwietrzył w tym dobry interes i zaczął zgłodniałym pasażerom oferować za 5 senów zawinięte w bambusową skórkę i pokryte czarnym sezamem onigiri. Do rozwoju ekiben w znacznej mierze przyczyniły się wojny rosyjsko-japońska (1904-1905) i chińsko-japońska (1937-1945). Największym klientem firm zajmujących się sprzedażą ekiben stało się wojsko. W czasie drugiej wojny światowej opakowania pudełek wykorzystywane były do szerzenia patriotycznych lub ultra-nacjonalistycznych treści mających podnosić morale Japończyków lub tchnąć w nich ducha bojowego. A zawartość pudełek? Czasami to prawdziwe dzieła sztuki.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube i X (d. Twitterze)
EkibenBrian May, legendarny gitarzysta grupy QueenOpakowanie ekiben, koniec lat 30. XX wieku Opakowanie ekiben, 1942 r.
W 1957 roku, na korcie tenisowym w Karuizawa, rozpoczęła się niezwykła historia miłości księcia koronnego Akihito i Michiko Shōdy. Ich spotkanie zapoczątkowało związek, który złamał wielowiekowe tradycje japońskiej rodziny cesarskiej i wzbudził w społeczeństwie zarówno fascynację, jak i kontrowersje.
Michiko, urodzona w 1934 roku, pochodziła z zamożnej rodziny przemysłowców. Jej ojciec, Hidesaburo Shōda, był prezesem przedsiębiorstwa zbożowo-młynarskiego. Choć nie była związana z arystokracją, jej wykształcenie w katolickich szkołach oraz powiązania rodzinne z Kościołem katolickim budziły niepokój wśród tradycjonalistów. Po raz pierwszy od ponad 2000 lat następca tronu postanowił poślubić kobietę spoza kręgów cesarskich, co wywołało sprzeciw wielu członków arystokracji, w tym matki Akihito, cesarzowej Kojun. Słynny pisarz Yukio Mishima również publicznie krytykował tę decyzję, widząc w niej zagrożenie dla świętej natury rodziny cesarskiej.
Cesarzowa Kojun, oddana tradycji, otwarcie okazywała niechęć wobec Michiko. W latach 60. młoda księżna koronna zmagała się z ogromną presją, która doprowadziła ją do co najmniej dwóch załamań nerwowych. Kulminacją tych napięć była scena z 1975 roku, gdy w transmitowanej przez telewizję relacji z pożegnania pary cesarskiej przed wizytą w Stanach Zjednoczonych cesarzowa Kojun demonstracyjnie zignorowała Michiko, przechodząc obok niej bez spojrzenia.
Cesarzowa Nagako, po śmierci zwana Kojun, żona cesarza Hirohito, przez 40 lat miała uprzykrzać życie Michiko
Mimo oporu części rodziny cesarskiej i społeczeństwa, miłość Akihito i Michiko zwyciężyła. 27 listopada 1958 roku Agencja Domu Cesarskiego formalnie zatwierdziła ich zaręczyny. Wsparcie dla przyszłej cesarzowej przyszło również z nieoczekiwanej strony – popkultury. Michiko była porównywana do księżniczki Anny z filmu Rzymskie wakacje, granej przez uwielbianą w Japonii Audrey Hepburn. Ten romantyczny wizerunek zyskał sympatię wielu Japończyków, pomagając budować pozytywny obraz przyszłej cesarzowej.
10 kwietnia 1959 roku odbył się ich ślub, który przyciągnął tłumy. Ponad pół miliona ludzi ustawiło się wzdłuż trasy parady, a około 15 milionów oglądało uroczystość w telewizji. Wydarzenie to stało się symbolem nowego rozdziału w historii japońskiej monarchii.
Audrey Hepburn i Gregory Peck w filmie „Rzymskie Wakacje”
Po śmierci cesarza Hirohito, 7 stycznia 1989 roku, Akihito i Michiko zasiedli na tronie. Ich związek, mimo licznych trudności, okazał się trwały i harmonijny. Ich miłość przejawia się nie tylko w oczywistych gestach, takich jak trzymanie się za ręce czy wspólne spożywanie posiłków, ale także w subtelnych sygnałach dojrzałego uczucia. Na wielu fotografiach widać, jak ich ciała są zwrócone ku sobie pod kątem, ramiona lekko cofnięte, a ruchy zsynchronizowane. Częsty kontakt wzrokowy, zgodność emocji na twarzach oraz wspólne kierowanie spojrzeń w tę samą stronę świadczą o głębokiej więzi, komforcie i wzajemnym szacunku.
Doskonale zsynchronizowane ciała małżonków i wspólne spoglądanie w tym samym kierunku
Historia Akihito i Michiko to opowieść o odwadze, wytrwałości i miłości, która przezwyciężyła społeczne i kulturowe bariery. Ich związek nie tylko zmienił oblicze japońskiej monarchii, ale także stał się inspiracją dla milionów ludzi, pokazując, że prawdziwe uczucie może przetrwać nawet najtrudniejsze próby.
Małżonkowie delikatnie przechylają ciała do środka. Pary, (lub jedna z osób w związku) których miłość wystygła maja często tendencję do odchylania ciał „od siebie”.„Love is all around.” Zrelaksowane twarze, komfort dotyku, bliskości, intymności i kontaktu wzrokowego. Para ustawiła się pod kątem 120-150°. Tę wyjątkową synchronizację ruchów ich ciał możemy zobaczyć na wielu fotografiach pary cesarskiej