Czy przeszkadza Państwu siorbanie podczas posiłku? Mlaskanie? W niektórych krajach Azji takie zachowanie przy stole nie jest niczym niestosownym. U wielu obcokrajowców mieszkających w Korei i Japonii te i inne fizjologiczne dźwięki są jednak przyczyną nieprzyjemnych doznań, czasami na tyle poważnych, że muszą się przed nimi zabezpieczać, choćby zatyczkami do uszu. Jak je tłumaczą Azjaci? Dlaczego Japończycy i Koreańczycy tak wiele czasu poświęcają na oglądanie programów kulinarnych? Czym są traumy kolektywne, w jaki sposób manifestują się u Japończyków i Koreańczyków i czy mogą być u nich przyczyną zaburzeń odżywiania? Dlaczego wg niektórych cudzoziemców żyjących w Azji w kontaktach z Azjatami nie warto być szczerym? Na te i inne pytania odpowiadam w moim nowym filmie na YouTube. Zapraszam.
Kategoria: Japonia
Podróż Alberta Einsteina po Japonii

Kiedy 10 grudnia 1922 roku Akademia Szwedzka wręczała Nagrodę Nobla z dziedziny fizyki, jej laureat, Albert Einstein… zwiedzał Kioto. „Wewnętrzny dziedziniec pałacowy należy do najwspanialszych dzieł architektury, jakie kiedykolwiek widziałem” – napisał w swoim pamiętniku po wizycie w dawnej stolicy Japonii. Do Kraju Kwitnącej Wiśni wraz z małżonką zawitali kilka tygodni wcześniej i była to ich jedyna podróż do tego kraju. Wg biografów noblisty, ze zmiennym szczęściem próbował on przystosować się do lokalnych zwyczajów.

Zauroczyły go Japonki, „stworzenia podobne do kwiatu” (złośliwi dodają, że miał słabość do kobiet), narzekał za to na niewygody związane z siedzeniem na podłodze oraz japońskie jedzenie, które mu nie służyło. „Biedne stworzenia” napisał empatyczny fizyk o serwowanych w restauracji pieczonych homarach. W jego opiniach na temat Japończyków można doszukać się sprzeczności: „Japończycy przemawiają do mnie bardziej niż wszystkie inne narody, z którymi miałem dotychczas kontakt: cisi, skromni, inteligentni, doceniający sztukę i taktowni”, napisał w liście do synów, ale także „mają temperament podobny do Włochów” oraz, że „potrzeby intelektualne Japończyków wydają się mniejsze od artystycznych – naturalne usposobienie?” Tę ostatnią uwagę wypomina mu się po dziś dzień.

Zwrócił uwagę na liczne przesądy, które kierowały życiem Japończyków, ale dyplomatycznie opisał je jako „ujmujące”. Podczas pobytu w Imperial Hotel w Tokio (dzieło słynnego amerykańskiego architekta Franka Lloyda Wrighta) do drzwi zapukał chłopiec hotelowy z przesyłką w ręce. Zamiast napiwku, którego kurier nie przyjął, lub Einstein wręczył mu napisaną na papierze listowym w języku niemieckim swoją „krótką teorię o szczęśliwym życiu”: „Spokojne i skromne życie przynosi więcej szczęścia, niż pogoń za sukcesem i związany z tym ciągły niepokój”, wraz z uwagą, aby zachował tę notatkę, gdyż może okazać się cenna w przyszłości. Niemalże 100 lat później, w październiku 2017 roku, na aukcji w Jerozolimie notatka została sprzedana anonimowemu nabywcy z Europy za 1,56 miliona dolarów.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)



Dlaczego Japończycy spożywają niewiele surowych warzyw

Scena z filmu „Okiku and the World”, 🇯🇵 2023
Dlaczego Japończycy nie mają w zwyczaju jeść surowych warzyw, pomimo tego, że na ich stołach goszczą surowe ryby, jaja, a nawet surowe mięso drobiowe (torisashi) i wołowina (gyusashi)? Ma to związek z recyklingiem i transportem odchodów w okresie Edo (1603-1867), kiedy to kształtowała się współczesna japońska kuchnia. Społeczeństwo Edo było społeczeństwem recyklingu, a jednym z popularniejszych towarów, którym handlowano w tamtym czasie były ludzkie odchody używane przez rolników jako nawóz na pola (📷👇).

Nieczystości klasyfikowano wg ówczesnych standardów na lepsze i gorsze. Do tej pierwszej grupy zaliczano kinban, czyli odchody należące do strażników szogunatu i panów feudalnych daimyo. Ich wysoka cena znajdowała odzwierciedlenie w wysokim statusie samurajów wyższej klasy. Popularne były również tsujihi – ekskrementy zbierane z toalet publicznych tsuji na rogach ulicy (📷👇).

Te pobierane od mieszczan zwane machihi odpowiadały zaledwie średniej klasie. Klasa najniższa to oyashiki, ekskrementy odbierane z więzień i aresztów śledczych, gdyż odchody przestępców – ludzi o niskim statusie społecznym – uważano powszechnie za mało wartościowe. Wysokiej klasy były też nieczystości pochodzące z zamku Edo (dziś część cesarskiego kompleksu pałacowego w Tokio) – siedziby siogunów. Ze względu na najwyższy status mieszkańców tego zamku, były sprzedawane po wysokiej cenie, pomimo tego, że ich jakość była raczej niska. Przyczyną tego była wysoka zawartość rtęci i ołowiu, dwóch składników obecnych w popularnych kosmetykach. Dlaczego więc społeczeństwo Edo nie spożywało surowych warzyw? Do transportu odchodów i warzyw używano tych samych łodzi, co nie zachęcało mieszkańców miast do spożywania jarzyn. Przewoźnicy dostarczali rolnikom obornik z miast, odbierali natomiast od nich warzywa przed wypłynięciem w drogę powrotną (📷👇).

Nie było więc w Edo tradycji spożywania surowych warzyw, na popularności natomiast zyskały m.in. dania smażone na głębokim oleju, jak choćby podpatrzona od katolickich misjonarzy w Nagasaki tempura. Obróbka termiczna warzyw zapewniała pewien komfort psychiczny oraz zabezpieczała przed zatruciem pokarmowym. (📷👇).
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)

Tajemnicza choroba samurajów w XIX-wiecznym Edo (Tokio)

Około XIX wieku mieszkańcy Edo (dzisiejsze Tokio) zaczęli masowo cierpieć na nieznaną chorobę nazwaną „kłopotem Edo” (Edo wazurai). Ci, którzy przenieśli się do miasta ze wsi, wkrótce również zachorowali. Początkowo dotykała głównie samurajów, tak jakby ktoś rzucił na nich klątwę. W okresie Edo (1603-1867) obowiązywała zasada, że samuraje mieszkający poza stolicą, co drugi rok mieli obowiązek w niej przebywać. W ten sposób rządzący Japonią reżim Tokugawów trzymał wojowniczych panów feudalnych w ryzach.

Przyjeżdżali do stolicy zdrowi, ale wkrótce zapadali na tajemniczą i poważną chorobę, która objawiała się m.in.. ogólnym zmęczeniem i osłabieniem organizmu, utratą apetytu, obrzękiem stóp, drętwieniem kończyn i trudnościami w chodzeniu. W najcięższych przypadkach kończyła się śmiercią. Po powrocie do domu objawy zazwyczaj ustępowały, zwłaszcza wśród biedniejszych samurajów. Początkowo lekarze doszukiwali się jej przyczyn w specyficznym klimacie Edo oraz w szybko postępującej industrializacji stolicy. Z czasem zaczęła dotykać również rosnących w bogactwo mieszczan, a na przełomie XIX i XX rozprzestrzeniła się na cały kraj. Co gorsza, zaczęła dziesiątkować Cesarską Armię i Marynarkę Wojenną.

Epidemię tajemniczej choroby rząd Meiji uznał za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Pojawiły się też nowe hipotezy – wirus, pasożyty lub niekorzystne zmiany dietetyczne. Znalezienie przyczyny zajęło wiele lat. Zamiast patogenów i klątwy odpowiedzialna za chorobę, dziś znaną jako beri beri, była awitaminoza, a konkretnie niedobór tiaminy, czyli witaminy B1 (w Polsce za odkrywcę tiaminy uważa się Kazimierza Funka, w Japonii Umetaro Suzuki) spowodowana dietą bogatą w biały ryż oraz zbyt małą ilością roślin strączkowych i warzyw lub mięsa.

Rację mieli więc ci, którzy jej przyczyn doszukiwali się w industrializacji kraju oraz sposobie odżywiania się. Podstawowymi produktami żywnościowymi do wieku XIX były brązowy ryż, proso i jęczmień z niewielką ilością warzyw (do dziś Japończycy w porównaniu z Koreańczykami spożywają ich niewiele), tofu i ryb. Mankamentem pełnych ziaren była jednak podatność na pleśń oraz większe zainteresowanie szkodników.

Biały, odporny na gnicie (co nie jest bez znaczenia podczas wilgotnego japońskiego lata) i plagi ryż był spożywany już pod koniec XVII wieku, jednak pracochłonny proces usuwania jego zewnętrznych warstw (F) sprawił, że na ten luksus mogli pozwolić sobie tylko najbogatsi samuraje. Industrializacja obniżyła koszty polerowania ryżu, a biały zaczął być pożądany jako smaczniejszy, o lepszej konsystencji i bardziej prestiżowy, z czasem więc zawsze skore do naśladowania zwyczajów klas wyższych niziny społeczne również zaczęły odrzucać tradycyjną dietę i w ten sposób choroba rozprzestrzeniła się na cały kraj. Badania opublikowane w 1910 roku wykazały niedobór tiaminy spowodowany przez polerowany, biały ryż.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)


1200 lat bez mięsa: japońska historia zakazu i jego dramatycznego końca
W 1872 roku cesarz Meiji zjadł wołowinę – gest, który wywołał protest mnichów i zakończył trwający ponad tysiąc lat zakaz spożywania mięsa w Japonii. To wydarzenie było symbolem szerszych przemian: od izolacji do szybkiej modernizacji i przyjęcia zachodnich zwyczajów.

Wołowina, mnisi i cesarz. Jak mięso stało się w Japonii aktem cywilizacyjnym
Przez ponad tysiąc lat jedzenie mięsa w Japonii było czymś więcej niż kwestią kulinarną — było problemem moralnym, religijnym i symbolicznym. Dlatego gdy w lutym 1872 roku grupa buddyjskich mnichów wtargnęła do Pałacu Cesarskiego w Tokio, gotowa oddać życie w starciu ze strażnikami, nie chodziło wyłącznie o dietę. Chodziło o naruszenie porządku świata. Bezpośrednią przyczyną ich gniewu było zachowanie cesarza Meiji (Mutsuhito), który kilka tygodni wcześniej publicznie zjadł wołowinę, łamiąc wielowiekowe tabu. Dla dworu był to gest polityczny i modernizacyjny. Dla mnichów — znak duchowego kryzysu kraju.

Skąd wziął się zakaz mięsa?
Pierwsze formalne ograniczenia pojawiły się już w 675 roku, gdy cesarz Tenmu zakazał spożywania wołowiny, koniny, mięsa psów, małp i drobiu w kluczowym okresie rolniczym. Z czasem zakazy te zaczęły funkcjonować nie tylko jako regulacje administracyjne, lecz jako trwały element kultury i moralności.
Religijne uzasadnienia — buddyjskie i shintō — były ważne, ale nie wyczerpywały tematu. Jak pokazuje Mięsoholicy Marta Zaraska, średniowieczna Japonia była krajem o bardzo ograniczonych zasobach. Brakowało gruntów ornych, wycinano lasy, a zwierzęta pociągowe miały kluczowe znaczenie dla gospodarki rolnej. W tym sensie tabu mięsa było nie tylko wyborem duchowym, lecz także racjonalną strategią przetrwania w gęsto zaludnionym kraju wyspiarskim.

Zakaz z wyjątkami
Jak zwykle, praktyka była bardziej elastyczna niż oficjalne normy. Mięso ssaków traktowano jako pokarm „nieczysty”, ale jednocześnie leczniczy — możliwy do spożycia na zalecenie lekarza. Ta furtka bywała szczególnie wygodna dla arystokracji. Spożywano natomiast ryby i owoce morza, w tym wieloryby i delfiny, które klasyfikowano jako ryby. Dla Europejczyków, którzy pojawili się w Japonii w XVI wieku, szokujące było zwłaszcza to, że picie mleka postrzegano niemal jak spożywanie krwi zwierzęcia.
Mięso jako ideologia nowoczesności
Prawdziwy przełom nastąpił dopiero wraz z restauracją Meiji. Japonia, otwierając się na Zachód, zaczęła postrzegać mięso jako symbol postępu, siły i zdrowia. Dieta mięsna miała zerwać z feudalnym porządkiem i pomóc stworzyć nowoczesne społeczeństwo, a także nowoczesną armię.
W XIX wieku przeciętny poborowy był niski i wątły; znaczna część kandydatów nie spełniała nawet minimalnych wymogów wzrostu. W tym kontekście mięso przestało być kwestią smaku czy tradycji, a stało się narzędziem państwowej pedagogiki. Decyzja dworu cesarskiego o wprowadzeniu wołowiny do kuchni pałacowej była więc nie tyle reformą dietetyczną, co manifestem cywilizacyjnym.

Dlaczego Japończycy przekonali się do mięsa dopiero po wojnie?
Choć zakaz zniesiono formalnie w XIX wieku, mentalna bariera pozostała. Dopiero po II wojnie światowej, pod wpływem amerykańskiej okupacji i nowego stylu życia, mięso stało się elementem codziennej diety. Japończycy obserwowali zwycięzców jedzących hamburgery, steki i boczek, a wraz z nimi nowy model siły i sukcesu. Den Fujita, twórca japońskiej sieci McDonald’s, ujął to z rozbrajającą szczerością:
„Jeśli przez tysiąc lat będziemy jeść hamburgery, staniemy się blondynami i damy radę podbić świat.”
Źródła i inspiracje:
- Marta Zaraska, Mięsoholicy. 2,5 miliona lat mięsożerczej obsesji człowieka, Wyd. Czarna Owca, 2017
Tokio na wodzie i w ogniu – tajemnice tokijskich mostów
W kulturze, która od wieków traktowała wodę jako źródło oczyszczenia i życie, Tokio dokonało paradoksu: zakopało swoje rzeki pod asfaltem i autostradami. A mosty – te same, które kiedyś prowadziły pielgrzymów do świątyń – stały się świadkami największej pożogi w dziejach miasta. Kototoi-bashi z czarnymi smugami i ukryte nurty pod ulicami przypominają, że nawet beton nie jest w stanie zagłuszyć przeszłości ani natury na zawsze.

Tokijskie mosty – kamienne świadectwa tragedii i zapomnianej wody
Tokijskie mosty skrywają w sobie więcej niż tylko stal i beton – niosą ślady historii, która wciąż nie chce całkiem zamilknąć. Jedne opowiadają o ogniu i śmierci, inne o wodzie, która kiedyś płynęła swobodnie, a dziś ukrywa się pod asfaltem i ulicami.

Ślady ognia – Kototoi-bashi i noc 10 marca 1945
Najbardziej przejmującym przykładem jest Kototoi-bashi nad rzeką Sumidą – jedyna zachowana do dziś część oryginalnej konstrukcji z 1927 roku. Na kamieniach balustrady, zwłaszcza po stronie Asakusy, widać ciemne, tłuste smugi i czarne zacieki. To nie graffiti ani osad z rzeki, to ślad po największym nalocie ogniowym w historii ludzkości: operacji Meetinghouse, czyli bombardowaniu Tokio w nocy z 9 na 10 marca 1945 roku.
Wtedy 334 superfortece B-29 zrzuciły na miasto ok. 1665 ton bomb zapalających M-69 (napalmowych ładunków kasetowych). Drewniana, gęsto zabudowana Shitamachi (dolne miasto) – w tym Asakusa i okolice – stanęła w płomieniach w ciągu kilkunastu minut. Temperatura na ulicach sięgała 800–1000 °C, wiatr osiągał siłę huraganu. Ludzie uciekali w stronę rzeki Sumidy i mostów, wierząc, że woda ich ocali.

Kototoi-bashi stał się pułapką. Z Asakusy tysiące spanikowanych mieszkańców biegło na wschód, na drugi brzeg, do Mukojimy. Z Mukojimy – tysiące inne uciekały w przeciwną stronę, przed ogniem pożerającym ich dzielnicę. Na wąskim moście i w jego okolicach utknęły dziesiątki tysięcy ludzi. Niektórzy skakali do lodowatej wody Sumidy (w marcu ma ok. 8–10 °C), ale bomby zapalające spadały też na rzekę – napalm palił się na powierzchni, tworząc płonące dywany. Inni ginęli na moście, przygnieceni tłumem lub strawieni ogniem. Szacuje się, że tylko w rejonie Kototoi zginęło od kilkuset do nawet 1000–2000 osób w ciągu jednej nocy.
Następnego ranka brzegi Sumidy i okolice mostu pokrywały tysiące zwłok – wiele zwęglonych do niepoznania. Te czarne ślady na kamieniach to w dużej mierze efekt ludzkiego tłuszczu, który topił się w temperaturze pożaru i wsiąkał w porowaty granit. Dziś most Kototoi (przebudowany po wojnie, ale z zachowaną fragmentem starej balustrady) jest cichym pomnikiem, jednym z nielicznych materialnych śladów tamtej nocy, która pochłonęła od 80 do ponad 100 tysięcy ofiar (najczęściej podaje się ok. 100 tys.).

Ukryta woda pod asfaltem Tokio
Ale nie wszystkie tajemnice tokijskich mostów są mroczne – niektóre są po prostu mokre i zapomniane. Tokio powstało na wodzie. W czasach Edo (1603–1868) miasto przecinało ponad 100 rzek, strumieni i kanałów – stąd przydomek „wschodnia Wenecja”. Woda była święta: shinto i buddyzm wymagały rytualnego oczyszczania (misogi, harae), więc świątynie, ogrody i cmentarze budowano wzdłuż cieków wodnych. Tam, gdzie dziś stoi np. Sensō-ji w Asakusie, kiedyś płynęły swobodne strumienie. Nawet bujna zieleń w nietypowych miejscach – na przykład w szczelinach między budynkami czy wzdłuż torów – często zdradza ukryty pod ziemią nurt.

Po Wielkim Trzęsieniu Kantō z 1 września 1923 roku (ok. 140 tys. ofiar, ogrom zniszczeń) władze postanowiły „zmodernizować” miasto. Zaczęto betonować i przykrywać kanały, by zapobiec pożarom (drewniane mosty i domy płonęły jak zapałki) i ułatwić odbudowę szerokich ulic. Proces przyspieszył po wojnie, a ostateczny gwóźdź do trumny wbito w latach 60. XX wieku w związku z przygotowaniami do Igrzysk Olimpijskich 1964.
Tokio musiało pokazać światu nowoczesność: czyste, szybkie autostrady, szerokie arterie, brak „chaotycznych” kanałów. Wiele rzek (m.in. Shibuya-gawa, Meguro-gawa, Kanda-gawa w odcinkach) zamieniono w podziemne kolektory lub po prostu przykryto betonowymi płytami. Dziś płyną pod ulicami, parkingami i ekspresówkami – słychać je czasem w studzienkach kanalizacyjnych po ulewnym deszczu.

To „odwrócenie się od wody” ma też głębszy wymiar: po wojnie i kataklizmach Japonia postawiła na kontrolę natury, beton i postęp. Woda, kiedyś źródło życia i rytuału, stała się problemem hydrologicznym do rozwiązania.
A jednak nie wszystko da się ukryć. Wystarczy spojrzeć na mapy dawnego Edo, posłuchać szumu w kratkach ulicznych po deszczu albo wybrać się na spacer wzdłuż pozostałych fragmentów Sumidy – i nagle okazuje się, że Tokio wciąż jest miastem zbudowanym na wodzie.
Źródła i inspiracje:
- Edward Seidensticker, History of Tokyo 1867-1989, 2019
Ekiben – japońska kolejowa tradycja kulinarna

Freddie Mercury zajada się ekiben w pociągu relacji Osaka – Nagoja podczas trasy koncertowej Queen Hot Space Japan, 25 października 1982 r. Ekiben (eki – stacja kolejowa, ben – bento, posiłek na wynos) to regionalne specjały pakowane w pudełka i sprzedawane podróżnym na stacjach kolejowych. Dziś najłatwiej jest kupić je w licznych punktach gastronomicznych rozstawionych na peronach, ale chyba najprzyjemniej bezpośrednio od handlarza.

Zawód to już jednak ginący, co raz więc trudniej napotkać sprzedawcę ekiben. Pierwsze lunchboxy sprzedawane były podróżnym przez okna pociągów. Dziś, ze względu na krótki czas postoju pociągów na stacjach oraz zablokowane okna handlarze ustawiają się w pobliżu przejść. Historia ekiben ma już ponad 130 lat. W roku 1872 pomiędzy Jokohamą a Shimbashi w Tokio otwarto pierwszą w Japonii linię kolejową, a 13 lat później na stacji w miejscowości Utsunomiya pojawił się pierwszy sprzedawca onigiri (kulki ryżowe) i marynowanej rzodkiewki daikon dając początek tej unikalnej kulturze kulinarnej.

Pierwsze pociągi poruszały się wolno, a podróż trwała czasami nawet ponad 20 godzin. Menedżer zajazdu Shirakiya w Utsunomiya zwietrzył w tym dobry interes i zaczął zgłodniałym pasażerom oferować za 5 senów zawinięte w bambusową skórkę i pokryte czarnym sezamem onigiri. Do rozwoju ekiben w znacznej mierze przyczyniły się wojny rosyjsko-japońska (1904-1905) i chińsko-japońska (1937-1945). Największym klientem firm zajmujących się sprzedażą ekiben stało się wojsko. W czasie drugiej wojny światowej opakowania pudełek wykorzystywane były do szerzenia patriotycznych lub ultra-nacjonalistycznych treści mających podnosić morale Japończyków lub tchnąć w nich ducha bojowego. A zawartość pudełek? Czasami to prawdziwe dzieła sztuki.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube i X (d. Twitterze)




Krótka historia niezwykłej miłości cesarza Akihito i cesarzowej Michiko

W 1957 roku, na korcie tenisowym w Karuizawa, rozpoczęła się niezwykła historia miłości księcia koronnego Akihito i Michiko Shōdy. Ich spotkanie zapoczątkowało związek, który złamał wielowiekowe tradycje japońskiej rodziny cesarskiej i wzbudził w społeczeństwie zarówno fascynację, jak i kontrowersje.
Michiko, urodzona w 1934 roku, pochodziła z zamożnej rodziny przemysłowców. Jej ojciec, Hidesaburo Shōda, był prezesem przedsiębiorstwa zbożowo-młynarskiego. Choć nie była związana z arystokracją, jej wykształcenie w katolickich szkołach oraz powiązania rodzinne z Kościołem katolickim budziły niepokój wśród tradycjonalistów. Po raz pierwszy od ponad 2000 lat następca tronu postanowił poślubić kobietę spoza kręgów cesarskich, co wywołało sprzeciw wielu członków arystokracji, w tym matki Akihito, cesarzowej Kojun. Słynny pisarz Yukio Mishima również publicznie krytykował tę decyzję, widząc w niej zagrożenie dla świętej natury rodziny cesarskiej.
Cesarzowa Kojun, oddana tradycji, otwarcie okazywała niechęć wobec Michiko. W latach 60. młoda księżna koronna zmagała się z ogromną presją, która doprowadziła ją do co najmniej dwóch załamań nerwowych. Kulminacją tych napięć była scena z 1975 roku, gdy w transmitowanej przez telewizję relacji z pożegnania pary cesarskiej przed wizytą w Stanach Zjednoczonych cesarzowa Kojun demonstracyjnie zignorowała Michiko, przechodząc obok niej bez spojrzenia.

Mimo oporu części rodziny cesarskiej i społeczeństwa, miłość Akihito i Michiko zwyciężyła. 27 listopada 1958 roku Agencja Domu Cesarskiego formalnie zatwierdziła ich zaręczyny. Wsparcie dla przyszłej cesarzowej przyszło również z nieoczekiwanej strony – popkultury. Michiko była porównywana do księżniczki Anny z filmu Rzymskie wakacje, granej przez uwielbianą w Japonii Audrey Hepburn. Ten romantyczny wizerunek zyskał sympatię wielu Japończyków, pomagając budować pozytywny obraz przyszłej cesarzowej.
10 kwietnia 1959 roku odbył się ich ślub, który przyciągnął tłumy. Ponad pół miliona ludzi ustawiło się wzdłuż trasy parady, a około 15 milionów oglądało uroczystość w telewizji. Wydarzenie to stało się symbolem nowego rozdziału w historii japońskiej monarchii.

Po śmierci cesarza Hirohito, 7 stycznia 1989 roku, Akihito i Michiko zasiedli na tronie. Ich związek, mimo licznych trudności, okazał się trwały i harmonijny. Ich miłość przejawia się nie tylko w oczywistych gestach, takich jak trzymanie się za ręce czy wspólne spożywanie posiłków, ale także w subtelnych sygnałach dojrzałego uczucia. Na wielu fotografiach widać, jak ich ciała są zwrócone ku sobie pod kątem, ramiona lekko cofnięte, a ruchy zsynchronizowane. Częsty kontakt wzrokowy, zgodność emocji na twarzach oraz wspólne kierowanie spojrzeń w tę samą stronę świadczą o głębokiej więzi, komforcie i wzajemnym szacunku.

Historia Akihito i Michiko to opowieść o odwadze, wytrwałości i miłości, która przezwyciężyła społeczne i kulturowe bariery. Ich związek nie tylko zmienił oblicze japońskiej monarchii, ale także stał się inspiracją dla milionów ludzi, pokazując, że prawdziwe uczucie może przetrwać nawet najtrudniejsze próby.



Tateishi „Tommy” Onjiro – samuraj, którego pokochała Ameryka

Samuraj Tateishi „Tommy” Onojiro, był pierwszym i dotychczas jedynym Japończykiem, który w Stanach Zjednoczonych osiągnął status celebryty.
Po podpisaniu traktatu pokojowego pomiędzy Japonią a Stanami Zjednoczonymi (1854 r.), w lutym 1860 r. 77 samurajów – członków delegacji szogunatu Tokugawów – weszło na pokład parowca Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych „Powhatan” aby udać się za ocean. W wieku 17 lat samuraj i asystent tłumacza Tateishi Onjiro był jej najmłodszym uczestnikiem.
Japończycy zostali entuzjastycznie przyjęci przez amerykańskie media, ale to właśnie Tommy (imię nadane mu przez amerykańską załogę statku) ściągnął na siebie całą uwagę prasy i… podbił serca Amerykanek.

Jako jedyny z całej delegacji szczerze polubił tak odmienny od japońskiego amerykański styl życia. Był zafascynowany XIX-wieczną Ameryką, próbował swoich sił w pracy strażaka oraz prowadzeniu kolei parowej. Nic dziwnego, że media poświęcały mu wiele uwagi i był pierwszym Japończykiem, który pojawił się na pierwszych stronach amerykańskich gazet. Na adresy redakcji oraz hoteli, w których goście się zatrzymywali Amerykanki przesyłały młodemu samurajowi setki listów miłosnych i prezentów. W przeciwieństwie do pozostałych członków delegacji, Tommy czuł się swobodnie w towarzystwie Amerykanów.

Polubił szerzej nieznane jeszcze wtedy w Japonii piwo (pierwszy browar z prawdziwego zdarzenia, Spring Valley Brewery, powstał w roku 1869). Chwalono go za pogodne usposobienie, naturalną wesołość, towarzyskość, umiejętności komunikacyjne oraz wysokie kompetencje kulturowe, które zapewne nabył stykając się z obcokrajowcami w urzędzie państwowym, w którym pracował w Jokohamie. Pisano o jego psotnym, chłopięcym usposobieniu, które spodobało się Amerykanom, ale irytowało jego towarzyszy podróży, którzy postrzegali go jako niepoważnego i odnosili się do niego chłodno. Tommy, który w hierarchii zajmował ostatnie miejsce wśród wszystkich członków delegacji ściągnął na siebie całą uwagę Ameryki, a Amerykańskie Towarzystwo Zegarków sprezentowało mu złoty zegarek (dwa pozostałe trafiły do szoguna, oraz głównego wysłannika szogunatu).

Delegacja przejechała cały kraj, od San Francisco, po Waszyngton, gdzie doszło do spotkania z prezydentem Jamesem Buchananem i Filadelfię, aby 16 czerwca przybyć do Nowego Jorku. Ówczesne gazety pisały o 500 tysiącach Nowojorczyków wiwatujących na ich cześć. Podczas parady na Broadwayu Tommy machał mieszkańcom miasta chusteczką podarowaną mu przez jedną z pań. Jego popularność dała początek miejskiej legendzie. Mówiono, że był japońskim księciem podróżującym po Ameryce incognito. Samuraje pojawili się na zorganizowanym dla nich balu, na którym zaskoczyły i zniesmaczyły ich dziwne, wykonywane wspólnie przez kobiety i mężczyzn podskoki w rytm muzyki.

„I like American lady very much. I want marry and live Here with pretty lady” (Bardzo lubię Amerykanki. Pragnę poślubić piękną damę i zamieszkać tutaj wraz z nią), napisał w dedykacji dla jednej z pań. Tommy musiał jednak powrócić do swojej ojczyzny, gdzie został tłumaczem i nauczycielem j. angielskiego. Zmarł w zapomnieniu w Nishiizu w roku 1917 w wieku 75 lat. Tuż przed śmiercią przyjął chrześcijaństwo. Świat usłyszał o nim ponownie w roku 1980, gdy przypadkiem odkryto zapis nutowy popularnej piosenki „Tommy Polka” granej i śpiewanej w Ameryce podczas pobytu japońskiej delegacji 120 lat wcześniej. Bardzo chwytliwa melodia, którą można odsłuchać na YouTube (Tommy Polka).
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube, X (d. Twitter) oraz Facebooku.

Jovita Fuentes oraz hiszpańskie i japońskie wpływy na kulturę Filipin

Dwie Filipinki, z których jedna jest pochodzenia japońskiego (📷☝️), pozują do zdjęcia w popularnych na Filipinach na początku 20. wieku sukniach wizytowych zwanych Maria Clara. Stroje te zwano je również traje de mestiza, gdyż łączyły zarówno wpływy tubylcze, jak i hiszpańskie. W erze przed-kolonialnej przeznaczenie odzieży było w znacznej mierze podyktowane funkcją, a nie stylem czy estetyką.

Pojawienie się Hiszpanów w drugiej połowie XVI wieku i ich bardziej konserwatywny model społeczny miał spory wpływ na życie tubylców, zwłaszcza w sferze publicznej, co znów nie pozostało bez wpływu na kształtujące się nowe trendy modowe. Odzież stawała się dłuższa i bardziej misterna. Czasami pojawiały się również elementy japońskie, a w latach 20. ubiegłego wieku bogatsze mieszkanki Manili, Quezon City i Davao nosiły nawet kimona. Przed drugą wojną światową na Filipinach mieszkało kilkadziesiąt tysięcy Japończyków, w większości mężczyzn, a część z nich brała sobie za żony Filipinki. Zainteresowanie modą i kulturą japońską pojawiło się na Filipinach jednak nie pod wpływem diaspory japońskiej, a filipińskiej sopranistki Jovity Fuentes, która w roku 1917 wyjechała do Włoch i zagrała rolę gejszy Cio-Cio San w operze Giacoma Pucciniego Madame Butterfly w Teatrze Miejskim w Piacenza. Odniosła spory sukces i później występowała również m.in.. w Cyganerii Pucciniego oraz Salome Richarda Straussa na deskach teatrów w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. 18 listopada 1927 roku pojawiła się po raz pierwszy w Polsce. Afisz Teatru Miejskiego w Bydgoszczy informował o występie… słynnej japońskiej śpiewaczki.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube, X (d. Twitter) oraz Facebooku



