Zapewne każdy, kto podróżował po Japonii musiał zetknąć się ze zjawiskiem dużych grup ludzi okupujących teren wokół wielu stacji metra. Początkowo sądziłem, że są to popularne miejsca spotkań mieszkańców miast, dowiedziałem się jednak, że na wskroś punktualni Japończycy ze znacznym wyprzedzeniem przyjeżdżają na miejsce szkoleń, konferencji czy rozmów kwalifikacyjnych i w ten sposób zabijają pozostały do spotkania czas.
Punktualni Japończycy na miejsce ważnych spotkań przyjeżdżają na długo przed czasem (fot. Grafika Google)
Japończycy bardzo rygorystycznie podchodzą do kwestii punktualności i już dzieci ćwiczone są w tym temacie od najmłodszych lat szkolnych. Przed kilkoma laty publiczne przeprosiny do narodu wystosowali japoński minister ds. organizacji igrzysk olimpijskich Yoshitaka Sakurada za 3-minutowe spóźnienie na posiedzenie komisji budżetowej, oraz szefowie urzędu miasta w Kobe, po tym, gdy jeden z urzędników został przyłapany na przedłużaniu o kilka minut przerwy obiadowej.
Shibuya w Tokio (fot. Grafika Google)
Wielu obcokrajowców pracujących w Japonii zwraca jednak uwagę, że Japończycy zazwyczaj punktualnie rozpoczynają spotkania, rzadko jednak punktualnie je kończą. W dodatku ich obsesja na punkcie punktualności nie dotyczy już prywatnych spotkań. W Japonii, gdzie nawet minutowe spóźnienie może oznaczać odstąpienie od umowy lub dyskwalifikację kandydata do pracy, punktualność ma ogromne znaczenie w kształtowaniu pierwszego wrażenia i budowaniu profesjonalnego wizerunku. Dlaczego więc biurowe spotkania potrafią się ciągnąć w nieskończoność przy biernej postawie jego uczestników? Wtedy już Japończycy mają tendencję do priorytetowego traktowania relacji ze współpracownikami i lojalności wobec grupy ponad własne subiektywne potrzeby.
Fotografia, która wciąż wzrusza Japończyków do łez. Autorem zdjęcia wykonanego dwa miesiace po ataku atomowym na Nagasaki w sierpniu 1945 roku był amerykański fotograf Joe O’Donnell. Zauważył bosonogiego chłopca stojącego w kolejce do krematorium z ciałem brata uwiązanym do jego pleców. Gdy przyszła jego kolej, mężczyźni obsługujący krematorium odebrali zwłoki i złożyli je w urządzeniu kremacyjnym. Chłopiec, stojąc w dalszym ciągu w pozycji widocznej na fotografii, obserwował kremację, po czym w milczeniu odszedł. Do dziś nie udało się ustalić tożsamości chłopca. Prawdopodobnie po stracie rodziców w wyniku wybuchu bomby, chłopcy przez dwa miesiace błąkali się po mieście. Opatrunek w nosie świadczy o nieustającym krwawieniu spowodowanym uszkodzeniem szpiku kostnego w wyniku ekspozycji na radioaktywne promieniowanie.
W Korei dynastii Joseon (1392-1897) oraz Japonii w okresie Edo (1603-1868) najczęstszą formą kary za drobne przestępstwa (np. kradzież) był tatuaż na środku czoła. (Za poważniejsze przestępstwa kary były znacznie surowsze). W Korei również zbiegli niewolnicy byli w ten sposób oznaczani, a i zakochani tatuowali czasami swoje ciała.
Kiedy mój syn kilka lat temu poinformował swoją mamę o chęci wytatuowania przedramienia, moja żona wpadła w panikę. Niezależne Koreanki rzadko zwracają się do mężów o pomoc w sprawach wychowawczych, ale tym razem żona schowała ambicję do kieszeni i poprosiła bym z nim poważnie porozmawiał.
Tatuaż miłosny w Korei (fot. Grafika Google)
Dla mojej żony tatuaż kojarzy się z przestępczością. „Tylko gangsterzy i inni kryminaliści oszpecają w ten sposób swoje ciało” – pogląd podzielany wciąż przez większość Koreańczyków. „Oznaka braku szacunku dla rodziców, dziadków i przodków” dodają często starsi. Młodsze pokolenie jest bardziej otwarte na tatuaże, ale lęk przed wykluczeniem, uprzedzeniami lub złością zniechęca wielu z nich do wykonania zabiegu. Większość z tych, którzy się zdecydowali, najczęściej ukrywa swoje malowidła. Tym bardziej zaskoczyła mnie dziewczyna z tatuażem, której fotografię wykonałem w metrze przed godziną, chwilę zaś później młodemu mężczyźnie .
Młoda kobieta z niewielkim tatuażem na przedramieniu (Fot. JW)
W Korei legalnie tatuaże mogą być wykonywane jedynie przez osoby, które uzyskały prawo do wykonywania zawodu lekarza (również koreańskiej medycyny tradycyjnej). Pomimo przeszkód prawnych, w Seulu półlegalnie działają ponoć setki salonów tatuaży prowadzonych przez młodych ludzi bez wykształcenia medycznego. A syn? Do dziś tylko od czasu do czasu wspomni o tatuażu.
Mężczyzna z tatuażem na prawym przedramieniu (fot. JW)
Test rozbijania przedmiotów gołymi rękoma i stopami znany pod japońską nazwą „tameshiwari” najprawdopodobniej wywodzi się z chińskiego kung-fu, ale spopularyzowany został przez najsłynniejszego „łamacza”, twórcę karate kyokushin Mas Oyamę. Ten Japończyk koreańskiego pochodzenia (Koreańczyk Zainichi) uderzeniem pięści lub kantem dłoni (shuto) rozbijał cegły, butelki, kamienie, a nawet rogi byków (trzy z nich zabił pojedynczymi uderzeniami pięści).
Masutatsu Oyama (fot. Grafika Google)
Wiele przedmiotów, takich jak deseczki czy dachówki stosunkowo łatwo jest rozbić, tym bardziej jeśli rozdzielimy je przekładkami. W przypadku bloczków betonowych (tych produkowanych wyłącznie w tym celu), do rozbijania używa się betonu niezbrojonego. Ten materiał o dość niskiej wytrzymałości dość łatwo kruszy się pod wpływem uderzenia.
Masutatsu Oyama (fot. Grafika Google)
Rozbicie cegły czy kamienia wymaga już jednak doskonałego przygotowania fizycznego (utwardzenie dłoni), teoretycznego (technika uderzenia) i mentalnego (opanowanie lęku).
(Fot. Grafika Google)
Tameshiwari nie należy mylić z tameshigiri, próbnym cięciem nowego miecza samurajskiego. Każdy ręcznie wykonany miecz należało przetestować pod kątem ostrości i wytrzymałości. Dziś używa się do tego zwiniętej słomy lub zielonego bambusa, w okresie Edo (1603-1867) najlepiej do tego miały nadawać się ludzkie ciała, zazwyczaj skazańców, zarówno te martwe, jak i te żywe.
Tameshigiri (fot. Grafika Google)
Luis Frois, portugalski misjonarz katolicki, który przebywał w Japonii w XVI w., w swoim traktacie naukowym dotyczącym różnic kulturowych pomiędzy Europejczykami a Japończykami napisał, że w przeciwieństwie do Europy, gdzie do próbnych cięć wykorzystuje się zwierzęta, w Japonii używa się do nich ludzkie ciała. Testującymi nowe miecze (o-tameshi-goyo) mogli zostać jedynie wybrani, a do najsłynniejszych należała rodzina Asaemona Yamady, przez 8 pokoleń służąca swoimi umiejętnościami kolejnym szogunom. Rekordzista miał ponoć jednym cięciem przepołowić siedem ciał, choć nie udało mi się ustalić, czy dotyczyło to żyjących skazańców, czy też uwiązanych do bambusowej konstrukcji trupów. Inny znów „wirtuoz” miecza, Yamano Eikyu w trakcie swojej kariery uśmiercić miał 6 tysięcy skazańców.
Tamashigiri (fot. Grafika Google)
Co ciekawe, nie było to zajęcie dobrze płatne, o-tameshi-goyo handlowali więc różnymi organami, zwłaszcza wątrobą, mózgiem i woreczkiem żółciowym, które służyły do… wyrobu popularnych w tym okresie lekarstw. Wierzono wówczas, że ludzkie mięso jest skutecznym antidotum na gruźlicę. „Tabletki Yamada” oraz „tabletki Asaemon” uczyniły z rodziny Yamada zamożnych ludzi. Wraz z końcem szogunatu Edo wprowadzono zakaz testowania mieczy na skazańcach oraz sprzedaży leków wyrabianych z ludzkich ciał. Skończyła się złota era rodziny Asaemona Yamady.
Jedną z przyczyn, dla których Japonia fascynuje tak wielu ludzi są unikalne i intrygujące zjawiska kulturowe, zarówno te pozytywne, jak i te mniej korzystne, historyczne jak i współczesne charakterystyczne dla tego kraju.
Kawai Ikebus w tokijskiej dzielnicy Ikebukuro (fot. Grafika Google)
Nazwy niektórych z nich, tzw. japonizmy, weszły na trwałe do języka polskiego: seppuku (harakiri) – rytualne samobójstwo, kawaii – kultura celebrowania wszystkiego co urocze, karoshi – śmierć z przepracowania, hikikomori – syndrom wycofania społecznego, ikebana (kado) – sztuka układania kwiatów, bonsai – sztuka miniaturyzowania roślin, to tylko niektóre z nich. Inne, jak washoku (📷) – tradycyjna kuchnia japońska, zapewne wkrótce staną się jego częścią. Z pośród tych mniej znanych poza Japonią, a myślę wartych uwagi tradycyjnych praktyk wymienić można mottainai, daisugi i omotenashi.
Typowe washoku składa się z białego ryżu (gohan), ryby, oraz jednego lub więcej dodatów do dania głównego (okazu) (fot. Grafika Google)
Mottainai
Słowo „mottainai” w jego współczesnym znaczeniu, „co za strata!” pochodzi z epoki Edo, kiedy to zachęcano ludzi do ponownego wykorzystywania (recyklingu) przedmiotów codziennego użytku, do czasu, aż będą nadawały się jedynie do wrzucenia w ogień, by uzyskany w ten sposób popiół można było wykorzystać na polu lub w ogrodzie. Praktyka ta wywodzi się z religii shinto i wiary, że przedmioty mogą zawierać w sobie duszę (kami), dlatego też nie należy ich niepotrzebnie marnować oraz buddyjskiej koncepcji żalu z powodu niewłaściwego użytkowania lub marnowania przedmiotów materialnych. Po II wojnie światowej, gdy Japończycy zmagali się ze skrajnym ubóstwem, słowo „mottainai” miało zachęcać ich do świadomego, mądrego korzystania z przedmiotów materialnych i niemarnowania żywności. Do dziś w Japonii za przejaw złych manier uważa się pozostawienie na talerzu resztek jedzenia.
Sukiya-zukuri (fot. Grafika Google)
Daisugi
Daisugi, to 600-letnia japońska metoda hodowli cedrów – drzew z rodziny sosnowatych, która pozwala uzyskać idealnie proste drewno. Gdy w XV w. jedna z japońskich prowincji ze względu na niekorzystne warunki klimatyczne, geograficzne i glebowe zaczęła borykać się z niedoborem sadzonek i ziemi, potrzebnej do uprawy drzew, lokalni ogrodnicy wpadli na pomysł przycinania pędów w taki sposób, by ich pień rósł w górę wyprostowany. Drewno w ten sposób uzyskane (tarugi) okazało się bardziej elastyczne i mocniejsze i używane było do produkcji elementów konstrukcyjnych, zwłaszcza więźby dachowej, tradycyjnych japońskich domów sukiya-zukuri. Dziś daisugi stosuje się głównie w celach ozdobnych.
Cedry uprawiane metodą daisugi (fot. Grafika Google)
Omotenashi
Omotenashi to japońska tradycja, sztuka i filozofia gościnności. Te trudne do zdefiniowania słowo, które można z grubsza przetłumaczyć jako „duch bezinteresownej gościnności” jest źródłem dumy Japończyków, którzy wierzą, że udało im się stworzyć unikalny na skalę światową, wyjątkowo uprzejmy sposób traktowania gości i klientów.
Ukłon pracowników odpowiedzialnych za nieskazitelną czystość wnętrz japońskich pociągów osobowych (fot. Grafika Google)
Czy będzie to głęboki ukłon wykonany w stronę pasażerów przez konduktorów pociągu, uśmiech pracowników obsługi w ryokan (tradycyjny japoński hotel), czy też uprzejme słowa skierowane do klientów depachika (popularna w Japonii część gastronomiczna w domach towarowych) gość lub klient rzeczywiście może się poczuć wyjątkowo.
W pewien weekend 2019 roku zatrzymałem się w hotelu niedaleko Tokyo Disneyland i za każdym razem w drodze do i ze stacji metra napotykałem ubranych w kolorowe kostiumy Japończyków. Postanowiłem powrócić za parę tygodni i poświęcić dzień na fotografowanie Japończyków w strojach znanych nam z filmów i bajek Disneya.
Tokyo Disneyland (fot. JW)
Zabrałem ze sobą niewielki aparat, w ten sposób zmuszając się do bezpośrednich interakcji z ludźmi, zamiast „bezpiecznego” fotografowania z dystansu. Większość gości przyjeżdżała do Disneylandu metrem, niektórzy już przebrani, inni wskakiwali w kostiumy w przebieralniach w centrum handlowym nieopodal parku rozrywki. Droga do głównego wejścia wiodła przez obszerny plac i tam też postanowiłem zaczaić się na moje „ofiary”.
Tokyo Disneyland. Pan z wąsem i fryzurą a’la Walt Disney poruszający się spacerowym krokiem z myszką Miki pod pachą w kierunku kas parku rozrywki ustawił się do fotografii w sekundę, niczym zawodowy model. (fot. JW)
Liczyłem się z tym, że pewna część gości parku odmówi mi zgody, reszta zaś chętnie na moją prośbę przystanie. By zwiększyć prawdopodobieństwo uzyskania zgody, podchodziłem wyłącznie (z wyjątkiem Pana z myszką Miki) do poruszających się wolno, zrelaksowanych grup osób, a tych była zdecydowana większość. Przepraszałem, przedstawiałem się, komplementowałem strój i prosiłem o zgodę na wykonanie fotografii. Japończycy zaskoczyli mnie. Na co dzień nieco nieśmiali, introwertyczni, raczej niechętnie pozwalający się fotografować na moją prośbę odpowiadali z entuzjazmem.
Tokyo Disneyland. Wokół tej pary szybko ustawiła się grupka gapiów i fotografujących. Z chęcią przystali na moją prośbę, ale ta nagła popularność wprawiła ich w zakłopotanie. (fot. JW)
Wszyscy bez wyjątku. Niektórzy pozwalali sobie nawet na pewną ekstrawagancję w pozach. Znacznie trudniej do fotografii namówić Koreańczyków w tradycyjnych strojach hanbok. Wypożyczają je w licznych zwłaszcza w seulskiej dzielnicy Jongno-gu wypożyczalniach tradycyjnej odzieży i spacerują wokół Pałacu Gyeongbokgung. Pewna część osób na prośbę kiwa głową i przyspiesza kroku, innych muszę trochę dłużej namawiać i choć ostatecznie godzą się, nie zawsze są zadowoleni.
Za trzecim razem ta para wyraziła zgodę na wykonanie zdjęcia, ale ich miny mówią wszystko (fot. JW)
Badania wskazują, że ubrania, które nosimy, wpływają na nasze postawy, zachowania, nastrój, a nawet sposób, w jaki wchodzimy w interakcje z innymi. Te noszone na co dzień (w przeciwieństwie do formalnych strojów) mogą zwiększyć naszą otwartość i ugodowość, a kolorowe kostiumy poprawiają nasze samopoczucie, zachęcają do przyjaznych interakcji, a nawet nieco ekstrawaganckich zachowań. Tak też było z napotkanymi Japończykami. W poniedziałek rano zapewne znów wskoczyli w swoje ciemne garsonki i garnitury, stając się na powrót bardzo poważnymi obywatelami Kraju Kwitnącej Wiśni.
Tokyo Disneyland. Mężczyzna stojący pierwszy od lewej odezwał się do mnie doskonałym angielskim z amerykańskim akcentem. (fot. JW)
8 listopada 1928 r. odbywający podróż dookoła świata przyszli profesorowie Tadeusz Perkitny i Leon Mroczkiewicz, w najgorszym z możliwych terminie docierają na statku Ginyo Maru do portu Jokohama w Japonii. W zalewie uśmiechów i ukłonów urzędnicy portowi odmawiają im zgody na zejście na ląd. Ich zabawna interakcja z japońskim urzędnikiem, który na pokładzie statku przywitał się z naszymi podróżnikami słowami „bon jour messieurs” może doskonale posłużyć do opisu różnic kulturowych pomiędzy naszymi krajami.
Trasa podróży dookoła świata
Słysząc te słowa, Perkitny wygłosił w języku francuskim dość długie „exposé”, któremu Japończyk uważnie się przysłuchiwał, przytakiwał głową, stroił miny i uprzejmie nie przerywał, by w końcu, gdy Perkitny doszedł już do końca stwierdzić, że nic a nic z przemówienia nie zrozumiał, gdyż nie włada francuskim i prosi o powtórzenie w j. angielskim. „Kretyn”, mruczy pod nosem Perkitny.
Jedyna fotografia z Japonii zamieszczona w książce Tadeusza Perkitnego „Okrążmy świat raz jeszcze”
Lekcja z tej zabawnej interakcji? Primo, można wywnioskować, że nie inaczej ten japoński urzędnik ocenił rozwlekłość i gadatliwość Perkitnego. Japończycy odnoszą się do naszego gawędziarstwa z pogardą, określając ją słowem „sekkyo” (kazanie) i często, choćby w negocjacjach tę naszą słabość z ochotą wykorzystują. Secundo, Japończycy za niegrzeczne uważają przerywać rozmówcy, nawet jeśli niewiele z jego mowy pojmują. Dodatkowo zdezorientować nas może nawykowe przez Japończyków kiwanie głową i wtrącanie krótkich „hai” (tak), „honto” (na prawdę?) „un” (aha) (tzw. aizuchi) podczas rozmów.
Perkitny i Mroczkiewicz
Cały tydzień zajmuje Japończykom skontaktowanie naszych młodych podróżników z dr. Eugeniuszem Banasińskim¹, polskim konsulem w Tokio, który po przybyciu na statek śmieję się, że wciąż, pomimo 3 lat spędzonych na Wyspach nie potrafi rozgryźć Japończyków. „Oni powariowali do reszty” dodaje. „Mają w tej chwili koronację nowego mikada² i (…) w każdym przybyszu widzą zamachowca.” Okazało się, że urzędnicy wbili w paszporty naszych podróżników stemple o treści: „Uwaga! Typ niebezpieczny! Nie spuszczać z niego oka!” Co naszym zuchom nie udało się w Jokohamie, nadrobili w Kobe i Moji. Dwa razy przechytrzają urzędników i bez wymaganej wizy przedostają się na ląd. W Moji (dziś dzielnica miasta Kitakiusiu) zostają jednak aresztowani, odprowadzeni pod bagnetami na statek i odtąd bacznie strzeżeni przez uzbrojonych wartowników aż do podniesienia kotwicy.
¹Dr. Eugeniusz Banasiński, od 1 czerwca 1925 r. do 30 kwietnia 1931r. kierował wydzialem konsularnym przy Poselstwie Rzeczypospolitej Polskiej w Tokio. (Źródło: Wikipedia)
²Mowa o cesarzu Hirohito. Na Chryzantemowym Tronie, po śmierci Yoshihito, cesarza Taishō, Hirohito zasiadł 25 grudnia 1926 roku, jednakże dwa lata później, w tym samym czasie, w którym statek Perkitnego i Mroczkiewicza zawijał do portu w Jokohamie, odbywała się kolejna ceremonia intronizacji cesarza (sokui), stąd też wyniknęły zarówno wzmożona czujność urzędników imigracyjnych, jak i liczne przygody dwójki naszych rodaków.
Japonia słynie z licznych tradycyjnych festiwali i uroczystości organizowanych regularnie w całym kraju. Wśród nich znajdziemy i takie, które z naszego punktu widzenia mogą nam wydać się co najmniej dziwne, a nawet, jak w przypadku festiwalu Nakizumo (naki sumo, „płaczące sumo”) okrutne. W trakcie festiwalu odbywa się konkurencja, której zasady są proste: należy zmusić dziecko do płaczu.
Nakizumo (fot. Grafika Google)
Rodzice przyprowadzają do świątyni swoje pociechy, celem uzyskania dla nich od kapłanów shinto (shinshoku) błogosławieństwa długiego życia w zdrowiu. Kilkoro dzieci w wieku od 6 do 18 miesięcy weźmie następnie udział w konkurencji płaczu.
Kapłan shinto w towarzystwie rodziców i ich dzieci (fot. Grafika Google)
Dwóch zapaśników sumo (sumo-tori) chwyta w ręce po jednym dziecku i na środku ringu pod czujnym okiem sędziego (gyoji) wykrzykującego „nake, nake, nake” (płacz, płacz, płacz) delikatnymi wstrząsami, minami i krzykami próbują zmusić dzieci do płaczu.
Sumō-tori i gyoji (fot. Grafika Google)
Zwycięzcą zostaje ten maluch, który jako pierwszy zaniesie się płaczem. Jeśli oba z nich wybuchną płaczem w tym samym momencie, championem płaczu ogłasza się tego, który zalewać się będzie łzami głośniej i dłużej. Co jednak, jeśli dzieci okazują się nieustraszone i mazgaić się nie chcą? Wtedy gyoji sięga po ostateczną broń. Przykłada do twarzy straszliwą maskę demona oni i nią straszy dzieci.
Gyoji z maską oni (fot. Grafika Google)
Przypuszczam, że w naszej tradycji celebrowalibyśmy to dziecko, które ani krzykami, ani wstrząsami, ani tym bardziej demoniczną maską nie da się przestraszyć. Japońscy rodzice cieszą się, gdy ich brzdąc zapłacze jako pierwszy. Konkurs, którego tradycja sięga 400 lat wstecz, zainspirowany został japońskim przysłowiem „naku ko wa sodatsu” („płaczące dzieci rosną szybciej”), a jego intencją jest -jak wierzą rodzice- wspieranie zdrowego rozwoju dzieci, ale także odpędzenie z ich otoczenia złych duchów. Festiwal Naki Sumo odbywa się co roku w wybranych świątyniach shinto w całej Japonii. W niektórych z nich odstąpiono od ogłaszania zwycięzcy.
W świecie, gdzie średnia długość życia startupu wynosi kilka lat, a korporacje zmieniają właścicieli jak rękawiczki, Japonia wydaje się z innej planety. Tu firmy nie umierają – one trwają. Od budowniczych świątyń z VI wieku po cukiernie sprzedające te same ciasteczka od tysiąca lat. Shinise, japońskie „stare sklepy”, to nie relikty przeszłości, lecz żywe dowody na to, że biznes może być sztuką przetrwania przez wieki.
Nisiyama Onsen Keiunkan
Shinise – japońskie firmy, które przetrwały wieki
Japonia jest domem dla największej liczby najstarszych firm na świecie. Według badań Banku Korei z 2008 roku, spośród ponad 5,5 tys. przedsiębiorstw działających dłużej niż 200 lat aż 56% znajduje się właśnie tu. Nowsze dane (np. Teikoku Databank) wskazują, że firm starszych niż 100 lat jest w Japonii ponad 33 tysiące – to fenomen na skalę globalną. Te długowieczne biznesy nazywane są shinise (dosł. „stary sklep”).
Najstarszym nieprzerwanie działającym przedsiębiorstwem świata jest firma budowlana Kongō Gumi (założona w 578 r. w Osace), specjalizująca się w budowie świątyń buddyjskich (choć od 2006 r. jest częścią większej grupy). Tuż za nią plasuje się najstarszy hotel – Nishiyama Onsen Keiunkan w prefekturze Yamanashi, założony w 705 r. przez Fujiwara no Mahito. Ten ryokan z gorącymi źródłami (onsen) jest zarządzany przez tę samą rodzinę od 52 pokoleń i wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa jako najstarszy hotel świata. W jego wodach kąpali się cesarze, szoguni (w tym Tokugawa Ieyasu) i współcześni notable.
Ichimonjiya Wasuke
Inne ikony shinise to m.in..:
Ichimonjiya Wasuke (zwana potocznie Ichiwa) w Kioto – założona ok. 1000 r., najstarsza cukiernia świata, serwująca od ponad tysiąca lat aburi-mochi (prażone ryżowe ciastka z sosem miso).
Tanaka Iga Butsugu w Kioto (ok. 885 r.) – najstarszy producent akcesoriów buddyjskich.
Sudo Honke w prefekturze Ibaraki (1141 r., 55 pokoleń) – najstarsza browar sake, korzystająca z tego samego źródła wody od założenia.
Mitsukoshi – ikoniczny dom towarowy w tokijskiej dzielnicy Nihonbashi, założony w 1673 r.
Wiele shinise koncentruje się w historycznych centrach, jak Kioto czy tokijskie Nihonbashi, i cieszy się ogromnym zaufaniem klientów dzięki tradycji i jakości.
Sudo Honke
Sekret długowieczności shinise
Dlaczego tyle firm przetrwało w Japonii setki lat? Kluczowych czynników jest kilka:
1. Specjalizacja w jednej dziedzinie i dbałość o jakość — Większość to małe lub średnie firmy w jednej niszy, bez gonitwy za globalnym wzrostem czy giełdą – ważniejsza jest reputacja i stałe, choć małe marże.
2. Lokalizacja i historia — Większość powstała wzdłuż dawnych szlaków handlowych (np. Tōkaidō między Edo/Tokio a Kioto), w okresie pokoju i rozkwitu gospodarki w erze Edo.
3. Izolacjonizm sakoku (1633–1868) — Długi okres zamknięcia kraju przed wpływami zewnętrznymi pozwolił na stabilny rozwój lokalnych biznesów bez ostrej konkurencji zagranicznej.
4. Rodzinny charakter i poczucie tożsamości — Shinise to często firmy wielopokoleniowe, gdzie pracownicy i dostawcy czują się częścią jednej „wielkiej rodziny”. Priorytetem jest długoterminowa stabilność, nie krótkoterminowy zysk – co kontrastuje z zachodnim modelem maksymalizacji profitu.
5. Adaptacja do zmian — Mimo tradycji, shinise potrafią się modernizować (np. Nishiyama Onsen Keiunkan dodało Wi-Fi i prywatne onseny w pokojach).
6. Konserwatywne podejście do ryzyka i finansów — Shinise unikają agresywnej ekspansji czy ryzykownych inwestycji. Wolą gromadzić rezerwy gotówki, co pomaga przetrwać kryzysy, katastrofy naturalne czy wojny.
7. Filozofia „sampo-yoshi” (dobre dla sprzedawcy, kupującego i społeczeństwa) — Wiele shinise kieruje się zasadą korzyści dla wszystkich stron, w tym lokalnej społeczności (np. Kikkoman udostępnił konkurentom swoją metodę produkcji sosu sojowego, by chronić jakość całego rynku).
8. Rola w zachowaniu tradycji kulturowej i zaufanie klientów — Shinise często pełnią funkcję „strażników” rzemiosła (wagashi, sake, akcesoria świątynne), co nadaje im wysoki status społeczny i lojalność klientów – w Japonii wybór „sprawdzonej” marki to symbol bezpieczeństwa i dobrego smaku.
Osamu Suzuki (fot. Nikkei.com)
Mukoyōshi – adopcja sukcesora
A co zrobić, gdy nie ma męskiego potomka lub synowie nie chcą lub nie nadają się do prowadzenia firmy? Tu z pomocą przychodzi stara japońska instytucja mukoyōshi („adoptowany zięć”). Rodzina adoptuje zdolnego dorosłego mężczyznę (często żeniąc go z córką), który przyjmuje nazwisko rodziny i przejmuje biznes.
Tradycja ta ma korzenie w prawie dziedziczenia po linii męskiej, ale przetrwała do dziś – nawet po II wojnie światowej, gdy zniesiono primogeniturę (prawo dziedziczenia przez najstarszego syna). Co roku w Japonii dochodzi do ok. 80–90 tys. adopcji dorosłych, z czego większość (ok. 98%) to mężczyźni w wieku 20–30 lat. Powstała nawet cała branża swatania i portali randkowych specjalizujących się w kandydatach na mukoyōshi.
Klasyczny przykład to Suzuki Motor Corporation: obecny prezes Osamu Suzuki (wcześniej Matsuda) był czwartym z rzędu adoptowanym zięciem zarządzającym firmą. Podobnie w gigantach jak Toyota, Panasonic czy Kikkoman.
Dzięki mukoyōshi shinise łączą tradycję rodzinną z merytokracją – wybierają najzdolniejszego sukcesora, co daje im przewagę nad firmami opartymi wyłącznie na krwi.
Wagashi z Ichiwa
Shinise w oczach współczesnych Japończyków
Dziś shinise to dla Japończyków źródło dumy narodowej i symbol ciągłości kulturowej. Produkty z takich firm uchodzą za szczyt dobrego smaku i bezpieczeństwa – kupując je, nikt nie ryzykuje krytyki, a często zyskuje szacunek (wynika to częściowo z japońskiego nacisku na konformizm). Są często postrzegane jako prawdziwe dobra luksusowe najwyższej klasy.
W dobie szybkich zmian shinise pełnią rolę strażników dziedzictwa, przypominając o wartościach jak cierpliwość i harmonia. Coraz częściej przyciągają turystów (krajowych i zagranicznych), stając się atrakcjami w Kioto czy Nihonbashi – wiele z nich dostosowało się, oferując warsztaty czy doświadczenia online.
Jednak nie brakuje wyzwań: starzejące się społeczeństwo utrudnia sukcesję, konkurencja od sieciowych gigantów i e-commerce zmusza do innowacji, a niektóre shinise balansują na granicy przetrwania, polegając bardziej na turystyce niż lokalnych klientach codziennych.
Najstarsze firmy w każdym kraju (Visual Capitalist)
Gejsze, w Japonii symbol piękna i elegancji zaczęto kojarzyć z prostytutkami po drugiej wojnie światowej, kiedy dziewczęta z niższych warstw społecznych zaczęły przedstawiać się żołnierzom sił okupacyjnych właśnie jako gejsze.
Gejsza, geiko, maiko A jednak gejsza nie jest ani kurtyzaną, ani prostytutką (ta funkcja przypadała yujo), a artystką, kobietą wykształconą w tradycyjnych japońskich sztukach, takich jak taniec, muzyka (wagakki), poezja (haiku), śpiew, ceremonia parzenia herbaty (chādo), kaligrafii (shodō), sztuce układania kwiatów (ikebana), która bawi gości na bankietach organizowanych w herbaciarniach ochaya w dzielnicach gejsz zwanych hanamachi (z najsłynniejszą z nich Gijon w mieście Kioto). Dzisiejsze gejsze promują również tradycyjną japońską kulturę. Mieszkańcy Kioto gejsze nazywają geiko („dziecko sztuki”), młode praktykantki zaś maiko („dziecko tańca”). Słowo gejsza składa się z dwóch słów: „gei” – sztuka i „sha” – osoba, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza osobę sztuki. Za 2-3 godzinne towarzystwo gejszy należy przygotować się na wydatek rzędu 2000-10.000 zł, ale do ochiya nie można wejść ot tak, prosto z ulicy. Bez znajomości można o spotkaniu z gejszą jedynie pomarzyć.
Gejsza (fot. Grafika Google)
Maiko Maiko (hangyoku w Tokio) to praktykantka szkoląca się na gejszę. Słowo maiko składa się ze słów „mai” – taniec i „ko” – dziecko. Praktyka maiko zaczyna się około 15 roku życia i zwykle trwa sześć lat. Dziewczyna przenosi sie z domu rodzinnego do domu gejsz (okiya) i oddaje pod opiekę okā-san, „matki” (właścicielkami wszystkich okiya są kobiety), która bierze ją pod swoje skrzydła.
Maiko (fot. Grafika Google)
Trening Maiko jest bardzo rygorystyczny: praktykują tanieć, grę na instrumentach strunowych (shamisen), dętych i perkusyjnych, przygotowują się na spotkania z klientami. Mogą liczyć na co najwyżej dwa dni wolne w miesiącu. Geisze i maiko różnią się nie tylko wiekiem, ale także ubiorem, fryzurą (peruka w przypadku gejsz) oraz makijażem.
Gejsza i Maiko (fot. Grafika Google)
Yūjo, oiran, tayu Prostytutki i kurtyzany (yujo) pracowały w dzielnicach czerwonych latarń zwanych w Japonii yūkaku (później akasen).
Yukaku (fot. John W. Bennet, 1949)
Wśród nich byly również oiran i tayū. Słowo oiran odnosiło się do wysokich rangą kurtyzan lub prostytutek w Japonii okresu Edo (1603-1868). Chodziły charakterystycznym krokiem w wysokim na 20-30 cm obuwiu, były eleganckie i podobnie jak gejsze dobrze wykształcone w tradycyjnych sztukach japońskich. Tayū natomiast, to ekskluzywne yūjo, elita wśród kurtyzan. Pracowały wyłącznie w Kioto i obsługiwały klientów z najwyższych sfer. Wraz z wprowadzeniem zakazu prostytucji w roku 1958, zniknęły z pejzażu miast zarówno yūjo i oiran. Niewielką grupę tayū można wciąż spotkać w Kioto do dziś, ale ich funkcja jest teraz zbliżona do tych pełnionej przez gejsze – przy śpiewie i tańcu bawią gości na ekskluzywnych imprezach.
Oiran (fot. Grafika Google)
Dziewczyny pan-pan Osobną kategorię pań stanowiły dziewczęta pan-pan (📷), które zaraz po drugiej wojnie światowej służyły amerykańskim żołnierzom. Młode, zazwyczaj nastoletnie prostytutki, pośród których były również dziewczęta ze wsi i mniejszych miast, szukały w stolicy lepszego życia. Podążały za zachodnią modą odzieżową (moga) w nadziei na poderwanie żołnierza sił okupacyjnych. W samej dzielnicy Shinjuku miało ich być w roku 1949 aż 3000.
Dziewczyny pan-pan (Fot. John W. Bennet, 1949)
Wybrana literatura: John W. Dower – „Embracing Defeat” The Japan Times Lesley Downer – „Geisha: The Secret History of a Vanishing World”