Japonia · Korea Południowa

Świątynie Wschodu i Zachodu: Jak architektura wyznacza granicę między codziennością a świętością

Brama tori w sintoistycznym chramie Fushimi Inara-taisha w Kioto

Porównanie świątyń sintoistycznych, buddyjskich i kościołów katolickich ujawnia zaskakująco wiele podobieństw, mimo różnic kulturowych i teologicznych. Przykładowo w religiach wschodu, jak sintoizm w Japonii czy buddyzm w Korei i Japonii, bramy takie jak torii, sanmon czy iljumun pełnią funkcję symboliczną i praktyczną. Są one fizyczną granicą oddzielającą codzienny, zwykły świat od przestrzeni świętej, gdzie przebywają kami (duchy/bóstwa w shinto) lub gdzie praktykuje się duchowe oczyszczenie. Przekroczenie bramy to moment rytualny – wierni często zatrzymują się, by się pokłonić, uznając, że wchodzą w obszar sacrum. Architektura tych bram jest prosta, ale wymowna: torii to zazwyczaj dwa słupy z poprzeczką, a iljumun może być bardziej ozdobne, ale obie sygnalizują zmianę stanu – z chaosu i brudu codzienności do harmonii i czystości świętego miejsca.

Prowadząca do seulskiej świątyni Jogyesa brama iljumun

W średniowiecznych katedrach katolickich podobną rolę odgrywa przedsionek (narteks) i przejście do nawy głównej. Architektura katedr była projektowana tak, by oddziaływać na zmysły i duszę wiernych, a symbolika światła i ciemności odgrywała tu kluczową rolę. Narteks (przedsionek) przy wejściu do katedry był zwykle ciemniejszy, węższy i często oddzielony od nawy głównej. Symbolizował świat zewnętrzny – grzeszny, chaotyczny, „ciemny” w sensie duchowym. W średniowieczu narteks był też miejscem dla tych, którzy nie mogli wejść do wnętrza, np. katechumenów (przygotowujących się do chrztu) czy pokutników.

Ołtarz w sanktuarium maryjnym Notre-Dame de Garaison we francuskiej miejscowości Monléon-Magnoac

Ciemność i prostota tego miejsca kontrastowały z tym, co czekało dalej. Po przekroczeniu progu z narteksu do nawy głównej wierny wkraczał w przestrzeń sacrum – miejsce modlitwy, liturgii i bliskości z Bogiem. Nawy były zazwyczaj wyższe, szersze i jaśniejsze dzięki dużym oknom (często witrażom), które wpuszczały światło. To przejście z ciemności do jasności miało symbolizować ruch od grzechu i niewiedzy do zbawienia i oświecenia. Światło w katedrach było metaforą boskiej obecności – w teologii chrześcijańskiej Chrystus jest często nazywany „światłością świata” (ewangelia Jana 8:12). Średniowieczni budowniczowie projektowali katedry, by odzwierciedlały drogę duszy ku Bogu. Wysokie sklepienia i witraże miały kierować wzrok (i myśli) w górę, ku niebu, a gradacja światła wzmacniała wrażenie transcendencji.

Narteks w sanktuarium maryjnym Notre-Dame de Garaison

Wraz z rozwojem architektury gotyckiej narteks stopniowo zanikał, a jego rolę przejęła kruchta – niewielki przedsionek o bardziej użytkowym charakterze. Niemniej jednak idea stopniowego przejścia z przestrzeni świeckiej do sakralnej przetrwała w koncepcji gotyckich katedr, gdzie światło, przestrzeń i wysokość wnętrza miały prowadzić wiernych ku transcendencji. W obu przypadkach – wschodnich bramach i katedrach – mamy do czynienia z ideą granicy i transformacji. Przekroczenie torii lub iljumun czy wejście z narteksu do nawy to nie tylko fizyczna zmiana miejsca, ale rytuał duchowy.

Bazylika św. Marcina w opactwo benedyktyńskie Pannonhalma na Węgrzech

Różnica leży w szczegółach: w religiach wschodu granica jest bardziej zewnętrzna i minimalistyczna (brama stoi na otwartej przestrzeni), podczas gdy w katedrach jest to proces bardziej wewnętrzny, rozciągnięty w przestrzeni budowli i wzbogacony symboliką światła. Jednak cel jest podobny – wyznaczyć moment, w którym człowiek zostawia za sobą codzienność i wkracza w sferę świętości. W katedrach gotyckich, takich jak Notre-Dame w Paryżu, efekt przejścia z ciemności do światła był szczególnie wyraźny dzięki technice witraży i rozet, które rozpraszały kolorowe światło w nawach. To dodatkowo wzmacniało wrażenie, że wierny „wychodzi z mroku” do boskiej rzeczywistości.

Narteks w bazylice św. Marcina w opactwo benedyktyńskie Pannonhalma na Węgrzech
Japonia · Wielka Brytania

Upadek Singapuru: jak gesty zdradziły wynik negocjacji kapitulacyjnych

📷 „Najgorsza katastrofa i największa kapitulacja w historii Wielkiej Brytanii” miał powiedzieć brytyjski premier W. Churchill po upadku Singapuru 15 lutego 1942 r.
📷 Kapitulacja Singapuru (fot. Paul Popper)
📷 Gen. Tomoyuki Yamashita i siedzący na wprost niego gen. Arthur Ernest Percival

Podczas podpisywania bezwarunkowej kapitulacji przez generała Percivala zgromadziła się duża grupa japońskich oficerów, fotografów i dziennikarzy.

📷 Zniecierpliwiony „Tygrys Malajów”
📷 Uśmiechnięty gen. Yamashita w niewoli amerykańskiej
Korea Południowa

Społeczeństwo gniewu: Korea Południowa i jej trudna relacja z emocjami

Prezydent Moon Jae-in. Spośród ostatnich pięciu koreańskich prezydentów tylko jemu udało się przejść na spokojną prezydencką emeryturę. Reszta przekonała się, co znaczy zadrzeć z sfrustrowanym koreańskim narodem.

Rywalizacja, traumy kolektywne, rozczarowujący liderzy, presja społeczna, historia pisana w cierpieniu. Koreańczycy wpadli w pułapkę własnych emocji. Dziś rano stanąłem na czerwonym świetle przy niewielkim, niemal pustym wyjeździe z osiedla. Kierowca jedynego samochodu stojącego przed pasami nie ruszył mimo zielonego światła, postanowiłem więc przejść na drugą stronę ulicy. W tym samym czasie ruszył również on. Prawdopodobnie był zajęty telefonem i nie zwracał uwagi na sygnalizację. Większość koreańskich samochodów ma przyciemniane szyby, co sprawia, że kontakt wzrokowy między pieszym a kierowcą jest niemalże niemożliwy (👇).

Mężczyzna natychmiast wielokrotnie nacisnął klakson, otworzył okno i czerwony na twarzy, z grymasem złości, wyrzucił w moim kierunku stek przekleństw. Moje przewinienie nie było warte aż tak gwałtownej reakcji. Pozwoliłem mu się jednak wykrzyczeć, a następnie w ciągu trzech sekund rozładowałem jego złość. W jaki sposób? O tym za chwilę. Koreańscy psychologowie zwracają uwagę, że mieszkańcy tego kraju są niezwykle sfrustrowani i pełni gniewu. Od dziecka są wychowywani w systemie, który uczy ich tłumienia emocji – nie powinni okazywać niezadowolenia wobec przełożonych, starszych, klientów, nauczycieli itd.. Problem w tym, że tłumione emocje nie znikają – w końcu gdzieś muszą znaleźć ujście. Ludzie nie okazują ich tam, gdzie „nie wypada”, ale pozwalają sobie na wybuchy w sytuacjach, gdzie nie ma bezpośrednich konsekwencji – np. wobec nieznajomych na ulicy, kelnerów, kasjerów, podwładnych czy w internecie. Koreańczycy żyją w społeczeństwie pełnym kontroli i oczekiwań – muszą być idealni w pracy, mieć dobre wykształcenie, dobrze wyglądać, odnosić sukcesy. Nawet na poziomie języka muszą dobierać każde słowo do wieku, statusu i relacji z rozmówcą. Nie mogą swobodnie mówić, co myślą, bo zbyt szczera wypowiedź może mieć dla nich poważne konsekwencje – np. w pracy może ich kosztować awans. Skoro nie mogą wyrazić swoich frustracji wprost, gromadzą je w sobie, aż w końcu znajdują pretekst do wybuchu. Kolejny powód to rywalizacja. Korea to społeczeństwo nastawione na współzawodnictwo – od dzieciństwa mieszkańcy kraju rywalizują o oceny, najlepsze uczelnie, pracę, pozycję społeczną. Rywalizacja w szkole. Rywalizacja w pracy. Nikt nie chce być tym, który odpada, więc ludzie żyją w ciągłym stresie. To prowadzi do chronicznego zmęczenia, wypalenia i frustracji, która musi znaleźć ujście. Koreańczycy są też chronicznie niezadowoleni z pracy polityków. Żyją w ciągłym rozczarowaniu – zazwyczaj nie znoszą obecnej władzy, a kiedy, często pod naciskiem opinii publicznej, ją zmieniają, po roku lub dwóch nie znoszą nowej. Ten cykl złości i rozczarowań wobec polityków nakręcają jeszcze media, które podsycają podziały.

Republika rozczarowań

Koreańscy badacze społeczni nie pomijają też kwestii traum narodowych. Pamięć historycznych krzywd – od japońskiej okupacji, przez podział Korei, po wojny i dyktatury – jest wciąż żywa i pielęgnowana przez edukację oraz media.
A wracając do gniewnego kierowcy. Nie dałem się wciągnąć w wymianę zdań, lecz pozwoliłem mu się wykrzyczeć, a następnie przekierowałem jego uwagę na samą złość. W najbardziej przyjazny sposób, na jaki mogłem się zdobyć, zapytałem, skąd w Koreańczykach tyle gniewu i frustracji. To pytanie wystarczyło, by zyskać jego uwagę. Jego rysy twarzy błyskawicznie złagodniały, a surowość ustąpiła miejsca zaciekawieniu. Kiedy powtórzyłem pytanie, dodając kilka przykładów agresji znanych z mediów, spojrzał przed siebie, machnął ręką i bez słowa odjechał. To nie pierwszy raz, gdy w ten sposób rozładowałem czyjąś złość. Koreańczycy są tak przyzwyczajeni do gniewu i frustracji, że często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo są nimi przepełnieni.

„Ciągła rywalizacja doprowadza Koreańczyków do rozpaczy.”
Korea Południowa

Zmiana przekonań – koniec kultu przodków w mojej rodzinie

Na zdjęciu powyżej znajduje się grób mojego teścia w górach w pobliżu południowokoreańskiego miasta Pungi. Jego prostota i brak elementów sztuki sepulkralnej wskazują, że nie należał on do koreańskiej elity. Jego przodkowie, zapewne wolni chłopi lub rzemieślnicy z klasy sangmin, nie mieli nic wspólnego z arystokratycznym stanem yangban. Mój 58-letni szwagier, który od śmierci ojca w 2001 roku regularnie organizował ceremonie upamiętniające przodków i przygotowywał syna do przejęcia tej roli w przeszłości, ogłosił, że nadszedł czas na zerwanie z tradycją oddawani czci zmarłym i składania ofiar na ołtarzu przodków. Powiedzieć, że jego decyzja mnie zaskoczyła, to zbyt mało. Odkąd go poznałem, z nabożną czcią odprawiał te rytuały kilka razy do roku: w Święto Dziękczynienia, Nowy Rok oraz w rocznicę śmierci ojca.

Moja żona nie potrafiła wyjaśnić powodów tej nagłej zmiany. W Korei pytania o powody decyzji starszych mogą być postrzegane jako niegrzeczne lub konfrontacyjne. Skoro ktoś stojący wyżej w hierarchii coś postanawia, pozostali powinni to zaakceptować. Mnie jednak zjadała ciekawość. Okazja nadarzyła się podczas rodzinnego obiadu u szwagra. W atmosferze akceptacji, bez oceniania, bez krytyki, z autentycznym zainteresowaniem, można Koreańczykom zadawać pytania sięgające głębiej, w zakamarki ich duszy. Wtedy wielu z nich potrafi się otworzyć. Tak też zrobiłem, a jego wyjaśnienie było zaskakujące. Jako pierwszą przyczynę podał masowe odchodzenie Koreańczyków od kultu przodków i konfucjańskich rytuałów. Lecz to, co powiedział potem, zaskoczyło wszystkich gości siedzących przy stole. On, przez lata zagorzały agnostyk, po długiej walce z Bogiem i religijnością doszedł do wniosku, że Bóg istnieje i tylko w nim, w tym chaotycznym i niepewnym świecie, można odnaleźć stabilność i pełne zaufanie. Nie tylko sam fakt tej przemiany mnie zaskoczył, ale i sposób, w jaki o tym mówił: otwarcie i pogodnie. Może to refleksja nad przedwczesną śmiercią jego i mojej żony siostry w zeszłym roku przyczyniła się do odrzucenia agnostycyzmu? Może dopiero w obliczu straty dostrzegł sens wiary? To już tylko moje domysły.
Zmiana przekonań szwagra wpłynęła również na sytuację w jego rodzinie. Jego 22-letni syn, Jaewoo, student Uniwersytetu Hanyang, przez całe życie nasiąkał antychrześcijańskimi wypowiedziami ojca, sam wyrastając na przekonanego ateistę. Teraz ojciec przyjmuje wiarę, a syn w dalszym ciągu odrzuca jej przejawy. A co na to jego żona? Półaktywna buddystka, w odpowiedzi na moje pytanie spojrzała na talerz przed sobą i, niemal bez przekonania, rzuciła, że odnajduje spokój w buddyjskich świątyniach. Zachowanie dla niej nietypowe. Kiedy jest o czymś przekonana potrafi to oznajmić z całą stanowczością. Być może nie akceptuje wyboru swojego męża, ale jako lojalna żona, nie sprzeciwia się jego decyzji. Czas pokaże, jak rozwinie się sytuacja w rodzinie.

Korea Południowa · Polska

Dwa trony, jeden los: Co łączyło ostatnich królów Polski i Korei

Stanisław August Poniatowski

Historia rzadko splata losy monarchów z odległych części świata w tak podobny sposób. Mimo że dzieliły ich epoki i kontynenty, losy króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732–1798) oraz króla Korei Gojonga (1852–1919) wykazują uderzające podobieństwa. Obaj byli ostatnimi suwerennymi władcami swoich państw, obaj próbowali reformować kraje w niesprzyjających warunkach, obaj musieli zmagać się z wewnętrzną opozycją i wpływami obcych mocarstw. W pewnym stopniu obaj byli również zależni od Rosji, obaj abdykowali w obliczu nieuchronnych zmian geopolitycznych, a ich kraje znalazły się pod kontrolą obcych sił. Po śmierci obaj byli krytykowani za nieudolność w obronie niepodległości.
Zarówno Stanisław August, jak i Gojong, próbowali modernizować swoje kraje. Polski monarcha zapisał się w historii przede wszystkim jako inicjator Konstytucji 3 Maja – pierwszej w Europie i drugiej na świecie. Choć przełomowa, nie wystarczyła, by ocalić państwo. Gojong z kolei próbował unowocześnić Koreę, otwierając ją na zachodnie technologie, administrację, kulturę i nowe idee. W obu przypadkach wewnętrzne podziały oraz wpływy zagranicznych mocarstw sabotowały te wysiłki.
Stanisław August był uzależniony od Rosji i Katarzyny II, podczas gdy Gojong musiał balansować między Chinami, Rosją i Japonią, próbując zachować niezależność Korei. W obu przypadkach ostatecznie to obce mocarstwa przejęły kontrolę nad ich państwami.
Stanisław August i Gojong zostali zmuszeni do ustąpienia z tronu. Polski król abdykował w 1795 roku po III rozbiorze i został wywieziony do Petersburga, gdzie do końca życia pozostawał pod nadzorem rosyjskiego dworu. Cesarz Gojong został zmuszony do abdykacji przez Japończyków w 1907 roku, co przyspieszyło aneksję Korei w 1910 roku. Do końca życia mieszkał w Seulu jako symbol utraconej niepodległości. Ciekawostką jest fakt, że kilka lat wcześniej Gojong ukrył się przed Japończykami w rosyjskim poselstwie w Seulu i przez rok rządził krajem z tego miejsca.
Obaj monarchowie zmarli jako poddani obcych mocarstw. Stanisław August odszedł w 1798 roku w Petersburgu, nie doczekawszy się odrodzenia Polski. Jego śmierć była symbolicznym końcem człowieka, który marzył o nowoczesnym państwie, lecz nie był w stanie go ocalić. Gojong, który pragnął silnej i niezależnej Korei, zmarł w 1919 roku w okupowanym przez Japończyków kraju, w dodatku w zdewastowanym pałacu, który Japończycy zdegradowali do rangi parku.
Dziś zarówno Stanisław August, jak i Gojong pozostają postaciami kontrowersyjnymi. Są krytykowani za zbytnią uległość wobec obcych sił, lecz jednocześnie docenia się ich reformy i próby unowocześnienia państw. Ich losy pokazują, że sama chęć modernizacji nie wystarczy, gdy państwo jest osłabione wewnętrznymi konfliktami i wpływami zewnętrznymi.

Król Gojong
Hongkong

Hongkońskie „Ding Ding”: od segregacji rasowej do kaskaderskich popisów Jackie Chana

Hongkońskie tramwaje (fot. Jacek Wachowiak)
Hongkońskie „piętrowce” (Fot. Jacek Wachowiak)
Holandia · Indonezja

Babu – indonezyjskie nianie holenderskich dzieci w okresie kolonialnym

Białe holenderskie dzieci i ich indonezyjskie „pierwsze matki”. Kontrast, zwłaszcza etniczny i rasowy, który rzuca się w oczy jest wielowymiarowy i odzwierciedla złożone relacje społeczne, kulturowe i kolonialnie. Obecność Holendrów w Indonezji w kontekście kolonialnym trwała ponad 300 lat, aż do 1949 roku, a babu, czyli opiekunki do dzieci były kluczowym elementem życia codziennego Holendrów w Holenderskich Indiach Wschodnich. Paradoksalnie, pomimo tego, że ich status społeczny był niski, system kolonialny promował hierarchiczne podziały społeczne, z holenderską elitą na szczycie i tubylcami na dole tej hierarchii, a interakcje pomiędzy obu grupami były ograniczone, dla wielu holenderskich dzieci babu były najważniejszymi postaciami w ich wczesnym życiu, zapewniały codzienną troskę, wsparcie i wychowanie, wpływając na ich rozwój emocjonalny i intelektualny, poczucie bezpieczeństwa i tożsamość.

Powrót do Europy i rozstanie z ich indonezyjskimi „mamami” było często głęboko traumatycznym doświadczeniem. Jak pisze antropolożka Pat Shipman wiele holenderskich dzieci urodzonych we Wschodnich Indiach i wychowanych przez babu było tak głęboko przesiąkniętych zwyczajami, dźwiękami, wierzeniami, smakami i zapachami Indonezji, że Holandia na zawsze pozostała dla nich obca. Często nie czuły się ani Holendrami, ani Euroazjatami, ani rdzennymi mieszkańcami Indonezji, ale kimś zupełnie innym, kimś, kto narodził się w rzeczywistości kolonialnej. Rob Nieuwenhuys, holenderski pisarz urodzony i wychowany w Indiach Wschodnich, wiele lat po powrocie do Holandii wciąż pisał o swojej babu z miłością i czułością. Wspominał, że zapach tytoniu, gambiru i pinangu używanych przez jego ukochaną babu pozostał z nim do końca życia.

Hongkong

„Pachnący Port” – aromaty Hongkongu

Hongkong

Etymologia nazwy „Hongkong” wywodzi się z kantońskiego wyrażenia „Heung Gong”, co można przetłumaczyć jako „Pachnący Port”. Nawiązuje ona do aromatu handlowanych tu towarów, takich jak przyprawy, zioła, czy popularnych zwłaszcza w przeszłości mirra, kamfora i kadzidło. Nazwa ta nie odnosi się jednak wyłącznie do odległej historii miasta, gdyż w dalszym ciągu niezwykła jest niezliczona ilość aromatów i ich kombinacji unoszących się w powietrzu.
Zmysł węchu jest przez nas zazwyczaj traktowany jako ten mniej istotny, drugorzędny w porównaniu ze wzrokiem, słuchem, smakiem czy nawet dotykiem, jednakże niesłusznie, gdyż pełni nie mniej ważną od nich rolę, a jedynie funkcjonuje zazwyczaj poza naszą świadomością, nie narzuca się, a w dodatku szybko adaptuje do nowych zapachów. Dopiero zmagania z COVID-19, kiedy zachorowania często prowadziły do utraty lub osłabienia węchu i związanego z tym komfortu życia, uświadomiły nam, jak ważną rolę odgrywa ten zmysł w naszym życiu.

Hongkong, świątynia Man Mo

Hongkong znany jest ze swojej bogatej sceny kulinarnej, łączącej tradycje kantońskie i chińskie z wpływami z innych części Azji i świata. Aromaty unoszące się z restauracji i straganów są lekkie, kuszące, ziołowe, słodko-kwaśne, szczególnie atrakcyjne dzięki stosowaniu w tutejszej kuchni wielu przypraw i ziół, takich jak bazylia i kolendra oraz technik gotowania – na woku i parze. Najbardziej intensywne zapachy wydają się jednak unosić w okolicach bocznych uliczek, takich jak ta. To właśnie przy nich często znajdują się restauracyjne kuchnie, a zapachy przenikają przez tylne wejścia bezpośrednio do otoczenia. Adaptacja do zapachów sprawia, że w restauracjach szybko przestajemy zwracać na nie uwagę, mózg zaczyna je ignorować, ale w Hongkongu, gdzie zapachy zmieniają się z każdym krokiem, cały czas jesteśmy ich świadomi, co pozytywnie wpływa na nastrój i samopoczucie. Ich złożoność, choć niezwykle przyjemna, była dla mnie jednak zbyt skomplikowana, przez co nie byłem w stanie wyodrębnić żadnego konkretnego zapachu i przypisać do jakiejkolwiek potrawy.

Hongkong

Reakcje na zapachy mogą być oczywiście bardzo indywidualne, zależne od naszej genetyki, osobistych doświadczeń, preferencji, wrażliwości zapachowej, a nawet kultury, w której się wychowaliśmy. W kuchni japońskiej, która generalnie preferuje dania subtelnie przyprawione, symbolika zapachów jest często kojarzona z tradycją, przemijaniem, refleksją, praktykami medytacyjnymi i tradycyjnymi sztukami. Potrawy są bardziej minimalistyczne, zapachy bardziej subtelne, przez co osoby z nadwrażliwością węchową mogą preferować doświadczenia kulinarno-zapachowe z Japonii. W kuchni koreańskiej znów, której aromaty zdają się być bardziej intensywne, ciężkie, charakterystyczne dla surowszego klimatu tego miejsca, są często wynikiem użycia pikantnych, kwaśnych i fermentowanych składników oraz potraw z grilla, co ma odzwierciedlać dynamikę i bogactwo smaków. Co ciekawe, często rozdzielamy smak i zapach, jakby niewiele miały ze sobą wspólnego, choć w rzeczywistości oba są ściśle ze sobą powiązane. To, co nazywamy „smakiem”, jest tak naprawdę kombinacją pięciu podstawowych smaków i zapachów, a ponad 80% tego, co uważamy za smak, jest związane z naszym węchem. W przypadku utraty węchu (anosmia) tracimy także m.in. przyjemność, jaką daje nam spożywanie posiłków.

Hongkong
Hongkong

Hongkong – miasto kontrastów

Sprzedawca kurzego mięsa

Hongkong być może już za sobą ma swoje złote czasy, a chiński autorytaryzm przydusił ducha tego miejsca, ale pomimo politycznych i ekonomicznych zawirowań to wciąż jedno z najbardziej fascynujących miast świata, o niepowtarzalnym, kosmopolitycznym charakterze i wzajemnym przenikaniu się wschodnich i zachodnich wpływów. Spacerując jego ulicami, odkrywamy wiele uroków i niezwykłości, ale każdy z nas, przez swoje własne doświadczenia i potrzeby, odbiera to miejsce inaczej, stąd wiele różnych i często sprzecznych i ambiwalentnych opinii na temat Hongkongu i jego mieszkańców. Jak każde popularne wśród turystów miasto świata, również Hongkong ma więc zarówno swoich gorących wielbicieli, jak i tych, którzy jego dynamiki i mieszkańców nie lubią.

Hongkończycy zdają się być nie mniej uzależnieni od telefonów komórkowych od Koreańczyków.

Wśród tych drugich jest zaskakująco wielu Singapurczyków, którzy nierzadko zarzucają Hongkończykom szorstkość obyczajów, oraz Filipińczyków – żyje ich tutaj około 200 tysięcy – wskazujących na problem z ksenofobią. Jak wszyscy, mają mieszkańcy Hongkongu swój narodowy charakter, z jego pozytywnymi i negatywnymi stronami. Przykładowo, w kwestii higieny i BHP standardy są tutaj wciąż niższe niż na Zachodzie, co jednak nie przeszkadza mieszkańcom tej byłej brytyjskiej kolonii cieszyć się od kilku lat największą w świecie długowiecznością.

Koszykówka jest popularnym sportem w Hongkongu

Pewne aspekty życia w Hongkongu mogą być nieprzyjemne dla obcokrajowców tutaj przebywających, ale pewnie nie stanowią takiego problemu dla tubylców lub większości z nich, jak chociażby wspinanie się po stopniach tych słynnych wąskich i czasami obskurnych klatek schodowych w części starszej zabudowy miasta. U osób z klaustrofobią lub kobiet, które nie lubią przeciskać się obok nieznajomych mężczyzn, wywołują dyskomfort. Hongkong jest górzystym miastem, więc na całym jego terytorium często możemy natknąć się na schody.

Bezpieczeństwo pracy wciąż niekoniecznie jest priorytetem w Hongkongu.

W starszych dzielnicach pełnią one funkcję ciągów pieszych. Dla tych osób, które lubią spędzać czas na obserwowaniu ludzi, HK może doskonale służyć temu celowi, gdyż geografia, klimat i unikalne kulturowe prądy ukształtowały to miasto i jego mieszkańców w taki sposób, że część ich codziennych aktywności odbywa się na świeżym powietrzu. Oczywiście, trzeba być przygotowanym na różne, bardziej lub mniej przyjemne niespodzianki, ale tego chyba turyści często się spodziewają i tego oczekują. Hongkong jest miastem, które warto zobaczyć.

Bieda w Hongkongu sąsiaduje z bogactwem.
Hongkong oferuje wiele dla osób lubiących obserwować ludzi w ich codziennych interakcjach.
Kultowe hongkońskie taksówki
Francja · Japonia

„Kurtyzana” Vincenta van Gogha

Vincent van Gogh, „Kurtyzana”, Paryż 1887 r.

Jednym z najbardziej frapujących obrazów Vincenta van Gogha jest namalowana w roku 1887 „Kurtyzana”. Prace holenderskiego malarza są fascynującym polem do badań, gdyż nie są wyłącznie wyrazem jego talentu, ale również odzwierciedleniem jego psychiki, emocji, filozofii życia i skomplikowanych relacji ze światem. Choć kilka jego płócien zawierało elementy japońskiej estetyki, „Kurtyzana” jest jego jedynym obrazem, na którym przedstawił postać inspirowaną japońską kulturą w tak bezpośredni sposób. W okresie Edo (1603-1868), z którego czerpał inspiracje, japońska sztuka obejmowała szeroki wachlarz postaci: oprócz pań lekkich obyczajów, także aktorów teatru kabuki, zapaśników sumo, portrety kobiet, zwykłych ludzi, a w późniejszym okresie także gejsze, Vincent zdecydował się jednak wybrać kurtyzanę.

Japońskie kurtyzany, koniec XIX wieku

Znane w Japonii jako oiran lub tayu, były one prominentne przede wszystkim w okresie Edo, zwłaszcza w tokijskiej (ówczesne Edo) dzielnicy czerwonych latarni Yoshiwara. Ze względu na ich status społeczny, prestiż, elegancję, wykształcenie w zakresie sztuk i związane z nimi liczne plotki, mity i wyobrażenia, pełniły skomplikowaną rolę w społeczeństwie jako artystki, ikony mody i stylu, a nie tylko prostytutki. Często pojawiały się więc na obrazach japońskich malarzy, jako symbole piękna ale także melancholii, któa odzwierciedlała ich nie zawsze lekkie i radosne życie, co mogło rezonować ze skomplikowanym emocjonalnym światem Vincenta.

Clasina „Sien” Hoornik przez blisko dwa lata mieszkała z Vincetem w Hadze

Malarz do roku 1883 był w związku z prostytutką, jego rodaczką o imieniu Sien, co mogło dodatkowo wpłynąć na jego zainteresowanie tematyką kurtyzan w sztuce. W latach 1886-1888 mieszkał wraz z bratem Theo w paryskiej dzielnicy Montmartre, która słynęła, zwłaszcza pod koniec XIX wieku, z nocnego życia. Dom przy Rue Lepic 54, w którym mieszkali bracia, wciąż istnieje. To tam Vincent stworzył wiele swoich prac inspirowanych paryską sceną artystyczną, być może także „Kurtyzanę”. Życie nocne Montmartre’u pod koniec XIX wieku mocno kojarzyło się z artystycznym światem i rozrywką, co przyciągało ludzi sztuki i pióra z całej stolicy Francji i nie tylko. Montmartre był również znany z licznych domów publicznych, które były częścią krajobrazu nocnego życia. Te miejsca były często odwiedzane przez artystów. „Kurtyzana” van Gogha jest w rzeczywistości kopią japońskiego drzeworytu autorstwa Kesai Eisen’a, zatytułowanego „Oiran” (czyli „Kurtyzana”).

Montmartre, koniec XIX wieku

Van Gogh zachował podstawową kompozycję oryginalnego drzeworytu, użył jednak bardziej intensywnych i kontrastujących barw niż w oryginale, dodając w tle subtelne elementy krajobrazu, co miało na celu stworzenie atmosfery odpowiadającej jego wyobrażeniom o Japonii. Najciekawsza jest jednak symbolika obrazu. Oprócz lilii wodnych i łodyg bambusa pojawiły się także zwierzęta. Jego wybór nie był przypadkowy, gdyż grue (żuraw) i grenouille (żaba) to francuskie slangowe słowa oznaczające „prostytutkę”. Miały swoje miejsce w kulturze i języku francuskim, zwłaszcza w XIX-wiecznym Paryżu, i były często używane w sposób humorystyczny lub ironiczny w kręgach artystycznych, co mogło stanowić dodatkowy komentarz w dziele van Gogha.

Kesai Eisen, „Oiran”