Prawdopodobnie najdziwniejszy ze wszystkich autoportretów Vincenta van Gogha. Ze skośnymi oczami i wystającymi kośćmi policzkowymi zapragnął wyglądać jak japoński mnich. Wysłał go z Arles na południu Francji niecałe dwa lata przed tragiczną śmiercią w 1890 roku w prezencie Paulowi Gauguinowi, którego od dłuższego czasu usilnie namawiał do zamieszkania z nim w Prowansji. W liście do francuskiego malarza napisał: „Celowałem w postać prostego bonze (mnicha) czczącego wiecznego Buddę”. Pomysł Vincent zaczerpnął z popularnej w owym czasie we Francji książki autorstwa Pierre Loti „Pani Chryzantem”. Inspirowana przeżyciami autora powieść opowiada o małżeństwie młodego oficera francuskiej marynarki wojennej z Japonką w Nagasaki. W zamian za obraz „japońskiego mnicha,” Vincent otrzymał od Gauguina autoportret zatytułowany „Les Miserables” (Nędznicy).
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube, X (Twitterze) i Facebooku
„Les Miserables” Pierre Loti (P) z bratem Yves (L) i Okane San, 1885 r.
18 kwietnia 1906 roku San Francisco płonęło, a stary chiński świat właśnie umierał w ogniu. Jeden człowiek z ukrytym aparatem zdążył go ocalić od całkowitego zapomnienia.
📷 Arnold Genthe
San Francisco, 18 kwietnia 1906 roku. Chiński mężczyzna w jedwabnej szacie i z długim warkoczem (queue) stoi na przecięciu Sacramento i Dupont (dzisiejsza Grant Avenue). Za jego plecami właśnie zawalił się kolejny budynek, a niebo jest czarne od dymu. To jedna z ostatnich fotografii starego Chinatown – wykonana w momencie, gdy dzielnica umierała w trzęsieniu ziemi i pożarze, który strawił 80% miasta.
📷 Arnold Genthe
Autorem zdjęcia jest Arnold Genthe (1869-1942) – berlińczyk z doktoratem z filologii klasycznej, który w 1895 roku przyjechał do San Francisco jako guwerner i zupełnie przypadkiem został jednym z najważniejszych fotografów dokumentalnych Ameryki. Zafascynowało go Chinatown – labirynt wąskich uliczek, w którym w 1906 roku mieszkało około 25–30 tysięcy Chińczyków, a mówiło się tam w co najmniej pięciu dialektach (kantońskim, hakka, toisan, szanghajskim i innych).
📷 Arnold Genthe
Chińczycy nie lubili być fotografowani. Uważali, że aparat kradnie duszę albo przynajmniej godność. Genthe wpadł więc na genialny i trochę nieetyczny pomysł: ukrywał aparat pod płaszczem, używał obiektywu z bardzo krótką ogniskową i fotografował z biodra albo przez dziurę w kieszeni. Dzięki temu powstało około 200 unikalnych kadrów – jedynych, jakie przetrwały z Chinatown sprzed katastrofy.
📷 Arnold Genthe
Te zdjęcia to nie tylko dokument. To jedyny wizualny ślad świata, który był wtedy uważany za najgorszą spelunę Zachodniego Wybrzeża: ciasne uliczki pełne palarni opium, domów publicznych, tongów walczących o wpływy, hazardu i handlu żywym towarem. Jednocześnie był to świat żywy, barwny i dumny – dzieci w jedwabnych czapeczkach, kupcy z wachlarzami, starcy palący długie fajki, kobiety w haftowanych tunikach, które prawie nigdy nie pokazywały twarzy na ulicy.
📷 Arnold Genthe
Po pożarze władze San Francisco poważnie rozważały, żeby już nigdy nie oddać tej ziemi Chińczykom. Planowano przesiedlić ich na odległe Hunters Point i zbudować tam „nową, higieniczną” dzielnicę dla imigrantów. Chińczycy jednak zagrozili masowym wyjazdem z USA (a ich praca była miastu potrzebna) i jednocześnie sami zebrali pieniądze na odbudowę. Zaprojektowali nowe Chinatown tak, żeby przyciągało turystów: pagody, latarnie, złote smoki, neony. Tak narodziła się pocztówka, którą znamy do dziś.
📷 Arnold Genthe
Zdjęcia Genthe’a są więc podwójnie bezcenne. Pokazują świat, który Amerykanie chcieli wymazać – i jednocześnie świat, który Chińczycy uratowali na własnych warunkach. Bez tych kadrów wiedzielibyśmy o starym Chinatown tylko z policyjnych raportów i rasistowskich pamfletów. Dzięki Genthe’owi widzimy twarze: spokojne, godne, czasem nieufne, czasem zaciekawione.
📷 Arnold Genthe
Dziś, gdy spacerujemy po Grant Avenue wśród sklepów z jadeitem i dim-sumami, warto pamiętać, że pod tymi wszystkimi neonami i czerwonymi lampionami leżą popioły prawdziwej dzielnicy – tej, którą sfotografował berliński doktor filozofii z ukrytym aparatem. I że to właśnie ona, spalona i niechciana, dała początek jednej z najsłynniejszych „atrakcji turystycznych” Ameryki.
Mowa ciała Japończyków potrafi być fascynująca i enigmatyczna. W zeszłym tygodniu nagrałem kilka scenek z życia mieszkańców Tokio i dwie z nich poddałem szczegółowej analizie pod kątem zachowań niewerbalnych. Dlaczego tak trudno obcokrajowcom (nawet jeśli sami uważają, że jest inaczej) zaadoptować się do niewerbalnych zasad obowiązujących w Japonii. Jaki wpływ na zdrowie psychiczne Japończyków (i Koreańczyków) ma ich szczególny stosunek do dotyku. Jakie dwa drobne szczegóły odróżniają ukłon wyrażający szacunek od wywyższania się. W przednowoczesnej Japonii nauka etykiety i zachowań społecznych zaczynała się już w wieku niemowlęcym. W jaki sposób? Na te i więcej pytań odpowiadam w dzisiejszym filmie. Zapraszam.
Japońskie ruchome ekrany shoji wyróżniają się estetyką i oryginalnością, ale są delikatne i przez to niekoniecznie dobrze komponują się w domu z kotami. Wg Japońskich felinologów (specjaliści od kotów) przyczyna leży w naturze tych zwierząt. 1. Szeleszczący dźwięk papieru oraz jego tendencja do odkształcania się pobudzają kocie instynkty. Papier shoji (ginwashi / kinwashi) jest jak trawa i dobiegające z niej intrygujące szelesty. 2. Koty są z natury drapieżnymi i ciekawskimi zwierzętami i uwielbiają patrzeć na świat przez mniejsze i większe dziury. Dodatkowo pozbawione papieru drewniane ramki ekranów shoji doskonale imitują drzewa i zachęcają do wspinania się po nich. 3. Koty, w tym domowe, mają potrzebę patrolowania swojego terytorium i jeśli pojawiającą się na ich drodze przeszkodę da się usunąć, tak też uczynią. 4. Znudzonym, pozbawionym uwagi właściciela, zabawek i stymulacji fizycznej i intelektualnej kotom ekrany shoji zapewniają doskonałą rozrywkę. 5. Koty mają naturalną tendencję do drapania i oznaczania swojego terytorium, a shoji doskonale się do tego nadaje.
Schwytana w roku 1968 przez Koreę Północną załoga USS Pueblo na wykonanych przez komunistów propagandowych zdjęciach pokazuje nieświadomym znaczenia tego gestu Koreańczykom środkowy palec. 23 stycznia w trakcie wykonywania misji wywiadowczej u wybrzeży Korei Północnej amerykański okręt wraz załogą został przechwycony przez siły północnokoreańskie.
Zginął jeden z Amerykanów, a 82 członków załogi dostało się do niewoli. Wszyscy zostali przetransportowani do stolicy kraju i osadzeni w nieoświetlonych i nieogrzewanych pomieszczeniach. Koreańczycy nie szczędzili wysiłków, aby poniżyć jeńców, którzy przez 11 miesięcy byli bici, torturowani, pozbawiani snu i karmieni podłej jakości strawą. Zmuszano ich do oglądania propagandowych filmów, podpisywania fałszywych zeznań i pisania listów (przemycali w nich ukryte informacje) do rodzin, w których deklarowali swoje poparcie dla Korei Północnej. W celach propagandowych amerykańską załogę fotografowano i filmowano, a materiał szedł w świat.
Zmarły w 2022 roku Rizalino Lastrella Aluague (lewy dolny narożnik) był Amerykaninem filipińskiego pochodzenia
Komuniści zrozumieli, że są przez marynarzy wyszydzani i wyśmiewani kiedy tygodnik Time opublikował jedno ze zdjęć i opisał obsceniczne gesty wykonywane przez Amerykanów. Wściekli Koreańczycy przez tydzień fizycznie i psychicznie znęcali się nad jeńcami. 23 grudnia amerykański rząd zgodził się podpisać oświadczenie, w którym „przyznaje”, że USS Pueblo w trakcie styczniowego incydentu znajdował się na wodach terytorialnych Korei Północnej i marynarze mogli w końcu przez „Most Bez Powrotu” (The Bridge of No Return) przejść na stronę południowokoreańską. Okręt pozostaje w rękach północnokoreańskiego rządu.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube, X (Twitterze) i Facebooku
Amerykanie przygotowują się do przejścia przez „Most Bez Powrotu”
Chyba jeden z najpiękniejszych rodzinnych cmentarzy, wraz z niewielką świątynią, na jaki można natrafić w Japonii. Przydrożne kapliczki są charakterystycznym elementem polskiego krajobrazu. W Japonii bramy torii i niewielkie kapliczki stawia się również na polach ryżowych. Rolnicy pozostawiają niewielki wzniesiony skrawek ziemi pośród pól ryżowych i kiedy w okresie wiosenno-letnim woda przykrywa grunt prezentują się wyjątkowo. Czasami prowadzi do nich jedna lub więcej dróg, czasami są całkowicie otoczone przez wodę i wtedy dostęp do nich mają wyłącznie pracujący w polu rolnicy. Już przed wiekami Japończycy wierzyli, że bogowie mieszkają na polach ryżowych, a wśród nich bóstwa-strażnicy i bóstwa opiekuńcze, które mają baczenie na bogactwa natury i groby przodków rolników. Wiele z tych kapliczek i miejsc spoczynku zostało zbudowanych na prywatnych terenach i można je oglądać wyłącznie z publicznej drogi. Wszystkie fotografie zostały zrobione przez @enuenuenubi, pasjonata fotografii krajobrazowej i miejskiej.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube, X (Twitterze) i Facebooku
Ciekawy, śmiały i niezwyczajny pomysł na sprzedaż ciętych kwiatów prosto z samochodu. Widać spodobał się paniom, gdyż kilka ich stanęło w kolejce po wiązankę. Spacer ulicami Tokio zawsze dostarcza mnóstwo wrażeń i super-interesujących materiałów do obserwacji.
Wielokrotnie już mogłem się przekonać (moja koreańska żona w pełni się ze mną w tej kwestii zgadza), że Japończycy naprawdę potrafią zaskoczyć uprzejmością. Wsiedliśmy wczoraj z żoną i synem na lotnisku Haneda do niewłaściwego pociągu, ale kilku pasażerów natychmiast pospieszyło z pomocą. Jeden z mężczyzn dodatkowo wyciągnął karteczkę z aktówki i zaczął na niej coś kreślić długopisem. Wręczył mi ją i jeszcze wytłumaczył dokładnie każdy kolejny krok działania. Omotenashi (japoński koncept gościnności) w najlepszym wydaniu.
Natrafiliśmy na niewielki kiermasz dla lokalnej społeczności. Czysty, miły dla oczu, niehałaśliwy i co najważniejsze jest to kontekst społeczny, który pozwala nam na swobodne i w pełni aprobowane przez nieśmiałych tubylców rozmowy z nimi. Opowiem o nim więcej za kilka dni w moim nowym filmie na YT, gdyż obserwacja zachowań społecznych i niewerbalnych Japończyków jest celem mojej krótkiej wizyty w stolicy Japonii. Dołączę więc do niego własny i fascynujący (przynajmniej z punktu widzenia entuzjasty mowy ciała i różnic kulturowych) materiał. Będzie w nim również mowa o tym młodym człowieku i jak przydatne w nawiązywaniu nowych znajomości mogą być umiejętności z zakresu komunikacji niewerbalnej.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube, X (Twitterze) i Facebooku
Kilka migawek z Japonii. Maleńka wioska Shoji w pobliżu jeziora o tej samej nazwie ukryta w lesie Aokigahara, zwanym również Morzem Drzew, u podnóża góry Fuji. Trzecią, znacznie mniej sympatyczną nazwą tego miejsca jest „las samobójców”, a to z tej przyczyny, że przyjeżdżają tu ludzie pragnący skrócić sobie życie. Kaprysem losu rejon ten jest również popularnym celem podróży dla spragnionych spokoju i pięknego krajobrazu mieszkańców kraju.
Park Arakurayama Sengen
Na terenie shintoistycznej świątyni Kamahachimangu w pobliżu Osaki rośnie dąb z wystającymi z niego licznymi sierpami. Legenda głosi, że wymawiając życzenie należy wbić w pień drzewa ostrze sierpa. Jeśli życzenie się spełni, narzędzie zanurzy się głębiej, jeśli nie, odpadnie. Na fotografii widać zarówno zardzewiałe, jak i nowe sierpy, legenda jest więc wciąż żywa.
Na bramy torii można się natknąć nie tylko na powierzchni ziemi, ale również pod wodą, w jaskiniach i pod ziemią. Torii wyznacza wejście do sanktuarium. Brama na fotografii znajduje się w jaskini pod świątynią Amagamine Ochobo Inari w Kani.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube, X (Twitterze) i Facebooku
Spacerując ulicami Tokio można natknąć się na wciąż żywe, ale częściowo nadpalone drzewa miłorzębu, inaczej ginkgo. To „rany” zadane im blisko 80 lat temu w trakcie wielkiego bombardowania stolicy Japonii 10 marca 1945 roku. Niemalże 1700 ton amerykańskich bomb zapalających zrównało wiele dzielnic miasta z ziemią. Tysiące stołecznych drzew zostało strawionych przez ogień, ale miłorzęby magazynują sporo wody w pniu i liściach, dzięki czemu wiele z nich przetrwało zawieruchę wojenną. Dziś wciąż można zobaczyć je w Tokio, zwłaszcza w pobliżu świątyń buddyjskich i chramów shinto.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube, X (Twitterze) i Facebooku
Miłorząb w świątyni Sensoji800-letni miłorząb w Sensoji
W latach 30. i 40. ubiegłego wieku kilka tysięcy Rosjan zamieszkujących Mandżurię wstąpiło do Cesarskiej Armii Japońskiej, aby bić się z Armią Czerwoną.) Od 1931 roku japońska armia zaczęła agresywnie operować w głąb terytorium Mandżurii i ścierać się z siłami chińskimi. Japończykom pomagali w tych potyczkach rosyjscy żołnierze, których wielu znalazło się tam po wybuchu rewolucji październikowej i klęsce wojsk carskich w rosyjskiej wojnie domowej (1917-1922).
Rosjanie w Mandżurii
W roku 1932 Japończycy na zajętych terytoriach utworzyli marionetkowe państwo Mandżukuo, a dwa lata później Cesarstwo Mandżukuo. Na jego terenie Japończycy utworzyli Cesarską Armię Mandżurską, a w jej skład oprócz Chińczyków, Mandżurów, Koreańczyków (jednym z nich był przyszły prezydent Korei Południowej Park Chung-hee, w tamtym czasie posługujący się japońskim nazwiskiem Takagi Masao) i Japończyków wchodzili również Rosjanie.
Park Chung-hee
W szczytowym okresie liczyła 100 tysięcy żołnierzy, ale jej przydatność bojowa była niska. Wyjątkiem wśród nich byli Rosjanie, którzy pragnęli przywrócić carskie rządy w swoim kraju. Japończycy byli pod wrażeniem wysokiego morale rosyjskich ochotników i w 1938 r. japoński major Asano Makoto zebrał ich w jeden oddział o nazwie Brygada Asano i nadał im liczne przywileje, w tym japońskie mundury piechoty typu 98 i lepszej jakości broń (m.in.. karabin Arisaka typ 38).
Major Asano Makoto
Główną funkcją liczącej od 800 do 4000 ludzi Brygady Asano była walka z rabusiami, chińskimi i koreańskimi partyzantami, rozpoznanie i sabotaż na terenie ZSRR oraz utrzymywanie otwartych szlaków komunikacyjnych pomiędzy japońskimi jednostkami walczącymi z Armią Czerwoną. Brygada Asano walczyła również w 1939 r. w bitwie nad Chałchin-Goł. Japończycy przegrali, ZSRR stracił jednak blisko 9000 zabitych, 253 czołgi i ponad 200 samolotów bojowych.
„Rosyjscy samuraje”. Tak 🇯🇵 gen. Genzo Yanagita nazwał rosyjskich żołnierzy walczących ramię w ramię z poddanymi cesarza Hirohito
Po inwazji wojsk niemieckich na Związek Radziecki w czerwcu 1941 r. Brygada Asano została wykorzystana do infiltracji i sabotażu sowieckich tyłów w ramach przygotowań do japońskiej inwazji na Kraj Rad. Po klęsce hitlerowskich Niemiec w bitwie pod Kurskiem w 1943 r. Cesarska Armia Japońska ostatecznie zrezygnowała z tego planu, a podczas sowieckiej inwazji na Mandżurię w sierpniu 1945 r. Brygada Asano brała udział w walkach z Armią Czerwoną. Wielu rosyjskich żołnierzy dostało się do sowieckiej niewoli i zostało wywiezionych do ZSRR. Część rozstrzelano, a resztę wysłano do łagrów. Los niektórych z nich pozostaje do dziś nieznany.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube, X (Twitterze) i Facebooku