24 lutego 1981 roku, w Pałacu Cesarskim w Tokio, Jan Paweł II podał dłoń cesarzowi Hirohito. Dwie fotografie z tego momentu uchwyciły coś więcej niż protokół – zderzenie dwóch koncepcji świętości. Papież, mistrz mowy ciała, wybrał postawę pasterską: ciepła dłoń, miękkie spojrzenie, lekkie pochylenie. Cesarz pozostał w rytuale: twarz-maskę, oszczędne gesty, dystans jako godność. W jednym uścisku widać przepaść między kulturą bliskości a kulturą ceremonialnego dystansu.
Jan Paweł II: Człowiek dwóch trybów
Jan Paweł II był jednym z najciekawszych ludzi XX wieku pod kątem mowy ciała. Jego gestykulacja i postawa nie były przypadkowe – wynikały z głębokiego zrozumienia ludzkiej natury i potrzeby bliskości. Papież operował dwoma przeciwstawnymi „trybami”:
Tryb kapłański/duchowy: Łagodna twarz, miękki wzrok, spokojne ruchy, postawa „otwarta”. To mowa ciała pasterza – zaproszenie do relacji, gesty obejmujące, a nie kontrolujące. Wojtyła w tym trybie stawał się mostem, nie murem.
Tryb przywódczy/polityczny: Wyraźny kontakt wzrokowy, bardziej twarda szczęka, gesty kontrolujące przestrzeń, pewna „monarchiczność” ruchu. To mowa ciała przywódcy – charyzmatyczna, mobilizująca tłumy, jak podczas mszy na Placu Świętego Piotra.
Przełączanie między nimi było jego supermocą. W Tokio, w obliczu cesarza, Wojtyła wybrał tryb pasterski. Był człowiekiem pewnym siebie, o ogromnej charyzmie, przyzwyczajonym do kontaktu z tłumem, ale zdolnym do wielkiej łagodności. Nie szukał dominacji – szukał dialogu.
Hirohito: Władza niewidzialna
Cesarz Hirohito to z kolei przypadek absolutnie osobny. Wychowany w systemie dystansu, rytuału i kontroli, od dziecka uczony był tłumienia emocji i „niewidzialnej dominacji”. Japoński cesarz nie miał być „ciepły” – miał być nie do odczytania. Jego władza nie była charyzmatyczna, lecz sakralna i hierarchiczna: emanowała z pozycji, nie z osobowości. Emocje nie przechodziły na zewnątrz, gesty były małe i oszczędne, relacja pośrednia, nie bezpośrednia. Hirohito, głęboko osadzony w roli, nie był przyzwyczajony do spontanicznej ekspresji. Spotkanie z papieżem oznaczało zderzenie z kimś, kto reprezentował „świętość osobową”, podczas gdy on uosabiał „świętość instytucjonalną”.
Analiza mowy ciała: Most między światami
Na dwóch fotografiach z Pałacu Cesarskiego widzimy ten kontrast w pełnej krasie. Obrazy uchwyciły moment uścisku dłoni i subtelnych pochyleń – gestów, które mówią więcej niż protokół dyplomatyczny.
Uścisk dłoni: „Palce” kontra „ciepła rękawica”
Cesarz podaje rękę w sposób miękki, nieco wycofany, bardziej „symboliczny” niż „kontaktowy”. To typowe dla japońskiej elity starszego pokolenia: dystans jest częścią godności, a dotyk minimalny, ograniczony do palców, bez pełnego zaangażowania dłoni. Jan Paweł II odpowiada zupełnie inaczej: nie uściskiem, lecz próbą stworzenia relacji. Chwyta dłoń cesarza od góry, opiekuńczo, pastoralnie, całą powierzchnią dłoni, stabilnie, ale bez agresji. To gest „ojcowski”, nie dominacji w stylu biznesowym. W tym geście widać papieski styl „trzymania dłoni”, nie „uścisk dłoni”.
Pochylenie do przodu: Osobowość ponad protokołem
Papież robi coś bardzo „nie-japońskiego”: pochyla się do przodu, zbliżając twarz. W kulturze cesarskiej zbyt bliskie podejście, intensywny kontakt wzrokowy czy osobowy uśmiech mogą być odebrane jako „zbyt prywatne” , jako naruszenie świętej przestrzeni hierarchii. Ale Wojtyła działa według innej logiki: człowiek jest ważniejszy od instytucji. Był jednym z nielicznych ludzi XX wieku, którym wolno było tak działać. To pochylenie to akt odwagi, nie prowokacji, lecz autentyczności. Cesarz pozostaje wyprostowany, osadzony w roli, podczas gdy papież „wchodzi w przestrzeń”, łamiąc barierę rytuału.
Kontakt wzrokowy: Dialog kontra rytuał
To widać najlepiej w spojrzeniach. Papież patrzy cesarzowi w oczy – skupiony, z miękką twarzą, spokojną, bez napięcia w brwiach i ustach. To „pasterz” uważny, obecny, ciepły: wchodzi w spotkanie jako osoba. Cesarz jest „w rytuale” – jego wzrok bardziej formalny, twarz jak maska, figura osadzona w tradycji. Papież wygląda „bardziej ludzko”, Hirohito „bardziej jak figura”. Wojtyła był „człowiekiem kontaktu”, nie „człowiekiem formy”, trenowanym w świecie, gdzie relacja jest osobowa, a dotyk i spojrzenie niosą sens.
Różnica cywilizacyjna: Dotyk kontra dystans
To spotkanie dwóch osób i dwóch światów obnaża ogromną różnicę cywilizacyjną. W Polsce i szerzej w kulturze zachodniej, elity jak Wojtyła budowały relacje przez bezpośredni kontakt: uścisk, spojrzenie, gest. W Japonii, zwłaszcza na dworze cesarskim, kontakt był minimalny: emocje ukryte, gesty oszczędne, hierarchia chroniona dystansem. Papież, z jego charyzmą „z ulicy”, próbował przełamać tę barierę – nie po to, by dominować, lecz by połączyć. Hirohito, uwięziony w roli, pozostał wierny rytuałowi.
W 1981 roku, w sercu Tokio, ten uścisk dłoni stał się metaforą: mostem między Wschodem a Zachodem, między świętością rytualną a pasterską. Jan Paweł II, pochylony lekko do przodu, z ciepłą „rękawicą” na dłoni cesarza, pokazał, że nawet w Pałacu Cesarskim można być sobą. To lekcja mowy ciała, która przetrwała dekady, lekcja szczerej empatii w świecie protokołów.
Źródła i inspiracje
Spotkanie Jana Pawła II z japońskim cesarzem Hirohito w Pałacu Cesarskim w Tokio, 24 lutego 1981 roku
Śmierć Stanisława Augusta Poniatowskiego, ostatniego króla Polski (zm. 1798), oraz cesarza Gojonga, ostatniego władcy koreańskiej dynastii Joseon (zm. 1919), wykazują uderzające podobieństwa. Obaj monarchowie zakończyli życie jako więźniowie w „złotych klatkach”, odizolowani przez obce mocarstwa, zmagający się z psychicznym załamaniem i otoczeni plotkami o otruciu.
Portret Stanisława Augusta w szlafroku – Johann Baptist von Lampi the Elder
Zbieżności w śmierci Stanisława Augusta Poniatowskiego i cesarza Gojonga
Stanisław August Poniatowski zmarł nagle 12 lutego 1798 roku w Petersburgu. Według niektórych relacji, jego ostatni dzień rozpoczął się zwyczajnie – rano wypił filiżankę kawy, codzienny rytuał. Krótko po tym zasłabł, stracił przytomność, a według jednej z wersji na chwilę odzyskał świadomość, by poprosić o księdza i przyjąć ostatnie sakramenty. Tego samego dnia wieczorem zapadł w śpiączkę i zmarł, najprawdopodobniej na udar mózgu.
Niektóre źródła wspominają bulion zamiast kawy, ale większość historyków potwierdza, że śmierć była szybka, w ciągu jednego dnia. Plotki o otruciu pojawiły się natychmiast, podsycane kontekstem politycznym: car Paweł I, który zapewnił Poniatowskiemu rezydencję w Petersburgu, mógł postrzegać byłego króla jako zbędny balast lub symbol dawnej Polski. Choć brak dowodów na otrucie, nagłość śmierci i status kontrolowanego wygnańca sprzyjały spekulacjom, które przetrwały w polskiej narracji.
Ostatni król Korei Joseon – Gojong
Śmierć cesarza Gojonga 21 stycznia 1919 roku w pałacu Deoksugung w Seulu miała podobnie nagły charakter. Tego ranka wypił kawę, a następnie sikhye, tradycyjny koreański słodki napój ryżowy, po czym nagle zasłabł, stracił przytomność i zmarł w ciągu kilku godzin. Oficjalnie przyczyną był wylew krwi do mózgu, ale plotki o otruciu przez japońskie władze kolonialne rozeszły się błyskawicznie. Rok 1919 był okresem narastających ruchów niepodległościowych w Korei, a pogrzeb Gojonga stał się iskrą dla Ruchu 1 Marca – masowych protestów antyjapońskich. Wielu wierzyło, że Japonia miała motyw, by wyeliminować Gojonga, który pozostawał symbolem koreańskiego oporu. Choć nie ma jednoznacznych dowodów na otrucie, polityczny klimat i japońska kontrola nad Koreą czyniły te podejrzenia bardziej wiarygodnymi niż w przypadku Poniatowskiego.
Obaj monarchowie zmarli nagle po spożyciu napoju, co wywołało plotki o otruciu. W przypadku Poniatowskiego spekulacje były mniej powszechne, wynikając z jego symbolicznego statusu i rosyjskiej dominacji nad Polską. U Gojonga podejrzenia były silniejsze, związane z japońską okupacją. W obu przypadkach brak twardych dowodów nie powstrzymał legend o zamachu, które odzwierciedlały nieufność wobec ich ciemięzców.
Portret Stanisława Augusta Poniatowskiego – Marcello Bocciarelli
Złote klatki: życie w niewoli
Po abdykacji w 1795 roku, po trzecim rozbiorze Polski, Poniatowski został wygnany do Petersburga w 1797 roku, gdzie car Paweł I zapewnił mu luksusowy Pałac Marmurowy. Pomimo przepychu, był więźniem. Pod stałym nadzorem, nie mógł wrócić do Polski ani prowadzić politycznej korespondencji. Traktowany jako ozdoba rosyjskiego dworu, nie miał realnego wpływu, zredukowany do reliktu nieistniejącego państwa. Jego izolacja była całkowita: Polacy postrzegali go jako zdrajcę za przystąpienie do Konfederacji Targowickiej, a Rosjanie jako marionetkę, pozbawiając go sojuszników i celu.
Gojong doświadczył podobnego losu po wymuszonej abdykacji w 1907 roku, narzuconej przez Japonię podczas aneksji Korei. Zamknięty w pałacu Deoksugung w Seulu, zachował honorowy tytuł taehwangje (cesarza-emeryta), ale był to pusty gest. Pałac, otoczony japońskimi żołnierzami i koreańskimi kolaborantami, stał się jego więzieniem. Odcięty od narodu i możliwości dyplomatycznych, Gojong był symbolicznym figurantem pod ścisłą kontrolą, zredukowanym do „żywej relikwii” utraconej suwerenności Korei. Jego uwięzienie przypominało sytuację Poniatowskiego: obaj żyli w przepychu, ale bez wolności i wpływu.
„Złote klatki” Pałacu Marmurowego i Deoksugung symbolizowały ich wspólny los. Obaj monarchowie byli przetrzymywani w luksusowych warunkach dla zachowania pozorów, ale ich izolacja była głęboka, narzucona przez obce mocarstwa (Rosję i Japonię), które chciały zneutralizować ich znaczenie polityczne. Ta niewola pogłębiała ich psychiczny i fizyczny upadek.
Ostatni król Korei Joseon – Gojong
Psychiczny i fizyczny upadek pod wpływem stresu
Ostatnie lata Poniatowskiego były naznaczone ogromnym stresem psychicznym. Niepowodzenie jego reform, zwłaszcza Konstytucji 3 Maja 1791 roku, oraz upadek Rzeczypospolitej dręczyły go poczuciem winy i bezsilności. Przystąpienie do Konfederacji Targowickiej w 1792 roku pod naciskiem Rosji uczyniło go w oczach wielu Polaków zdrajcą, co pogłębiało jego rozpacz. W Petersburgu izolacja nasiliła depresję, objawiającą się apatią, bezsennością, lękami i możliwą hipochondrią.
Obsesyjne pisanie pamiętników stało się formą autoterapii, odzwierciedlając jego emocjonalne cierpienie. Fizycznie chroniczny stres prawdopodobnie osłabił jego organizm, zwiększając ryzyko udaru mózgu, który go zabił. Źródła opisują go jako człowieka złamanego, wyalienowanego od narodu i ciemięzców.
Gojong żył w jeszcze bardziej traumatycznych warunkach. Zamordowanie jego żony, królowej Min, w 1895 roku przez Japończyków było ogromnym ciosem emocjonalnym i politycznym. Po tym wydarzeniu uciekł do rosyjskiej ambasady w 1896 roku, co świadczy o jego paranoi i strachu przed zamachami. Po abdykacji w 1907 roku i uwięzieniu w Deoksugung był pod stałą kontrolą Japończyków, odcięty od narodu i polityki, co potęgowało bezsilność. Rosnące ruchy niepodległościowe w Korei zwiększały presję, ponieważ Gojong pozostawał symbolem oporu.
Źródła wskazują, że cierpiał na chroniczny lęk, podejrzliwość, drażliwość i objawy przypominające paranoję. Fizycznie jego zdrowie również podupadało – stres i trauma mogły osłabić organizm, zwiększając ryzyko wylewu, który oficjalnie był przyczyną śmierci w 1919 roku. Plotki o otruciu po wypiciu sikhye dodatkowo wzmacniały podejrzenia, że Japończycy mogli przyspieszyć jego zgon.
Obaj monarchowie żyli w stanie chronicznego stresu, wynikającego z politycznej klęski, izolacji i upokorzenia. Poniatowski obwiniał się za upadek Polski, Gojong zmagał się z traumą po stracie żony i utracie suwerenności Korei. Ich depresja – u Poniatowskiego introspektywna, u Gojonga podszyta paranoją – była klasycznym objawem długotrwałego napięcia. Chroniczny stres zwiększał ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, takich jak udar, który oficjalnie był przyczyną śmierci obu. Ich „złote klatki” paradoksalnie potęgowały stres, pozbawiając ich bliskich relacji emocjonalnych i otaczając ludźmi lojalnymi wobec obcych mocarstw.
Król Stanisław August Poniatowski w Petersburgu– Jan Czesław Moniuszko, 1883
Zbieżności między losami Stanisława Augusta Poniatowskiego i cesarza Gojonga są uderzające. Obaj, jako ostatni monarchowie swoich krajów, zostali zneutralizowani przez obce mocarstwa – Rosję i Japonię – i zamknięci w luksusowych, lecz izolujących „złotych klatkach”. Ich nagłe śmierci po spożyciu napoju (kawy u Poniatowskiego, kawy i sikhye u Gojonga) wywołały plotki o otruciu, choć brak na to dowodów.
W przypadku Gojonga podejrzenia były silniejsze, związane z japońską okupacją, podczas gdy u Poniatowskiego miały charakter bardziej anegdotyczny. Chroniczny stres, wynikający z politycznej klęski i izolacji, przyspieszył ich fizyczny i psychiczny upadek, prowadząc do depresji, lęków, a ostatecznie śmierci, oficjalnie z powodu udaru.
Te analogie odzwierciedlają uniwersalny wzór historyczny: obaleni monarchowie, przetrzymywani jako symbole dawnej władzy, często kończą jako ofiary politycznych intryg, realnych lub wyimaginowanych. Ich losy, choć odległe geograficznie i czasowo, pokazują, jak mechanizmy władzy i izolacji powtarzają się w różnych kulturach i epokach.
Źródła i inspiracje:
Adam Zamoyski, Ostatni król Polski, wyd. Czytelnik, 2025
Major Adam P. Tymowicz z Illinois, syn Walentego Tymowicza i Zofii Fąfary. 7 listopada 1950 r. jego dwumiejscowy F-82 Twin Mustang (nr boczny nieustalony) wystartował z bazy Naha na Okinawie na patrol bojowy nad Morzem Wschodniochińskim; w trakcie misji załoga zgłosiła awarię silnika i zawróciła. Podczas podejścia do lądowania maszyna rozbiła się i eksplodowała w zatoce Naha – z wody wydobyto ciało operatora radaru, natomiast pilot zaginął; poszukiwania zawieszono 17 listopada z powodu nadciągającego tajfunu i bardzo złych warunków na morzu.
25 czerwca 1950 roku Korea Północna, wspierana przez ZSRR i Chiny, napadła na nieprzygotowaną do wojny Koreę Południową, rozpoczynając konflikt, który wstrząsnął światem. Już dwa dni później, 27 czerwca, polska prasa, całkowicie kontrolowana przez komunistyczne władze, zaczęła przedstawiać wojnę jako „imperialistyczną agresję” Stanów Zjednoczonych przeciwko „bohaterskiemu narodowi koreańskiemu”. Premier Józef Cyrankiewicz i prezydent Bolesław Bierut publicznie wyrażali solidarność z Północą, powtarzając narrację narzuconą przez Kreml. Gazety, kroniki filmowe i wiece propagandowe w PRL wypełniły obrazy „okrucieństw Amerykanów”, a wojna koreańska stała się poręcznym narzędziem mobilizacji wewnętrznej: budowania atmosfery stałego zagrożenia i usprawiedliwiania terroru politycznego w kraju. Oficjalnie Polska Ludowa stanęła po stronie agresora – Kim Ir Sena, wspieranego przez Moskwę i Pekin.
Kapitan Edward C. Krzyzowski z Chicago, zginął 3 września 1951 r. od strzału snajpera. Pośmiertnie odznaczony Medalem Honoru.
Tyle że społeczeństwo polskie nie miało w tym żadnego wyboru: była to polityka narzucona z zewnątrz, a propaganda PRL mówiła jednym głosem z Kremlem. Po zakończeniu działań wojennych PRL aktywnie uczestniczyła w Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych (KNPN / NNSC), która od 27 lipca 1953 r. miała nadzorować przestrzeganie rozejmu. „Neutralność” była fasadowa: pod tym szyldem prowadzono działania informacyjne i wywiadowcze korzystne dla Północy. Ten dysonans – oficjalna „neutralność” przy faktycznym wspieraniu obozu komunistycznego – dobrze oddaje klimat tamtej epoki: pozory legalizmu przy pełnym podporządkowaniu ZSRR.
Kapral Thadeus Stanley Bobowiec z Illinois. Zginął 11 czerwca 1953 roku, gdy chińskie siły komunistyczne zaatakowały placówkę obsadzoną przez jego oddział.
Czy dziś, w oczach Korei Południowej, Polacy muszą się wstydzić postawy PRL? Niekoniecznie. Bo ta sama historia odsłania drugą, mniej znaną twarz narodu – twarz wolnej Polonii. Tysiące Amerykanów polskiego pochodzenia – synów i wnuków emigrantów z Galicji, zaboru rosyjskiego czy pruskiego – walczyło w szeregach US Army w czasie wojny koreańskiej. Wielu z nich oddało życie w kluczowych bitwach: pod Pusan, Incheon czy nad rzeką Ch’ongch’on. Ich nazwiska – Kucharczyk, Stefaniak, Nowicki, Lewandowski, Walczak – widnieją dziś na Wall of Remembrance w United Nations Memorial Cemetery in Korea (UNMCK) w Busan, jedynym na świecie cmentarzu ONZ, gdzie spoczywa około 2,3 tys. żołnierzy z kilkunastu państw sprzymierzonych. Ciała Amerykanów z reguły repatriowano do USA, dlatego ich nazwiska znalazły się na murze, a nie na grobach – ale to właśnie ten mur, pełen także polskich brzmień, najmocniej przemawia.
Cmentarz ONZ w Busan
Mur Pamięci w koreańskim Busan ma dla Polski znaczenie podwójne. Historyczne – bo upamiętnia Amerykanów polskiego pochodzenia, o których PRL milczała lub których piętnowała jako „zdrajców klasowych”. Symboliczne – bo pokazuje, że naród bywa większy niż zniewolone państwo. Gdy Warszawa musiała klaskać Kim Ir Senowi, Polacy z Chicago, Detroit i Buffalo walczyli i ginęli za wolność Korei Południowej. Ich krew, przelana w obronie wolnego świata, budowała dobre imię Polski, nawet jeśli w kraju nie wolno było o tym mówić. Wojna koreańska obnaża dwoistość polskich losów w zimnej wojnie: z jednej strony – zniewolone państwo, które usługowało agresorowi; z drugiej – wolna diaspora, która stanęła po stronie ofiar. Mur w Busan, z setkami polskich nazwisk, jest świadectwem tej drugiej, wolnej twarzy narodu. To przypomnienie, że nawet w najciemniejszych czasach Polacy potrafili dołożyć własną cegłę do obrony wolności – nie tylko swojej, ale i cudzej.
Polskie nazwiska na Murze Pamięci w BusanPolskie nazwiska na Murze Pamięci w BusanPolskie nazwiska na Murze Pamięci w Busan
Niemieccy żołnierze przełamują barierę graniczną na polskiej granicy 1 września 1939 r.
W polskiej debacie historycznej i geopolitycznej często pojawia się porównanie losów Polski i Korei w XX wieku. Publicyści, koreaniści, a czasem nawet analitycy geopolityczni wskazują na rzekome podobieństwa: oba kraje znalazły się między potężnymi sąsiadami, straciły niepodległość, doświadczyły okupacji i wojen. Mówi się, że Polska to „Korea Europy”, a Korea – „Polska Azji”. Czy jednak takie analogie są uzasadnione? Nie chodzi o „licytację” na ofiary czy cierpienie – to bez sensu i nieetyczne – ale o zrozumienie różnic w charakterze tych doświadczeń. Celem niniejszego artykułu jest analiza tych porównań w oparciu o fakty historyczne, bez emocjonalnych uproszczeń. Polska przeżyła apokalipsę eksterminacji, Korea – dramat kolonizacji i wojny domowej. Choć oba narody łączy niezłomna wola przetrwania, ich doświadczenia różnią się zasadniczo w skali, charakterze i długotrwałych skutkach.
Honmachi – japońska dzielnica w Seulu, lata 30. XX w.
Polska: Laboratorium Okrucieństw XX Wieku Historia Polski w XX wieku to kronika nieustannego zmagania się z wyniszczeniem. Punktem wyjścia są rozbiory (1772–1795), które wymazały Polskę z mapy Europy na ponad 120 lat. Systematyczna rusyfikacja i germanizacja elit, zsyłki na Syberię (dziesiątki tysięcy osób) oraz konfiskata majątków narodowych miały złamać tożsamość Polaków. I wojna światowa przyniosła kolejne cierpienia: fronty przetaczały się przez ziemie polskie, powodując miliony uchodźców, głód i zniszczenie gospodarki. Prawdziwa apokalipsa nadeszła podczas II wojny światowej (1939–1945). Polska straciła około 6 milionów obywateli, czyli 17% przedwojennej populacji. W tym 3 miliony polskich Żydów padło ofiarą Holocaustu, który w dużej mierze rozgrywał się na ziemiach polskich w obozach zagłady takich jak Auschwitz, Treblinka czy Majdanek. Etniczni Polacy stracili kolejne 3 miliony, w tym elity intelektualne i wojskowe w akcjach takich jak Intelligenzaktion (masowe egzekucje nauczycieli, lekarzy, prawników) czy zbrodnia katyńska (22 tysiące zamordowanych oficerów przez NKWD). Okupacja niemiecka to codzienny terror: łapanki, publiczne egzekucje (np. Palmiry, Piaśnica, Wawer), przymusowe roboty i głód jako narzędzie wyniszczenia. Generalplan Ost zakładał redukcję populacji Polaków o 30–50% i przekształcenie ich ziem w niemiecką kolonię osadniczą. Powstanie warszawskie (1944) stało się symbolem: Warszawa została zrównana z ziemią, a 200 tysięcy cywilów zginęło. Do tego dochodzi rzeź wołyńska (1943–1944), w której ukraińscy nacjonaliści zamordowali 50–60 tysięcy Polaków. Po wojnie narzucony przez ZSRR komunizm przedłużył cierpienia: stalinizm, represje polityczne i brak wolności trwały aż do 1989 roku. Polska doświadczyła traumy „niebytu” – przetrwała mimo prób całkowitego unicestwienia jej narodu, kultury i państwowości.
Okupacja niemiecka Polski w latach 1939–1945 miała niezwykle brutalny charakter
Korea: Dramat Kolonizacji i Wojny Domowej Historia Korei (w tym kontekście głównie Korei Południowej) w XX wieku to opowieść o upokorzeniu i walce o tożsamość. Okupacja japońska (1910–1945) była brutalnym okresem kolonialnym trwającym 35 lat. Japonia zlikwidowała koreańską administrację, zakazała używania języka koreańskiego w szkołach i urzędach, a od 1939 roku (polityka Sōshi-kaimei) zmuszała Koreańczyków do przyjmowania japońskich nazwisk. Propaganda promowała lojalność wobec cesarza, a historia Korei była przepisywana, by przedstawiać ją jako „odwieczną część Japonii”. Wyzysk ekonomiczny był wszechobecny: ziemia i przemysł przejęte przez japońskie korporacje (zaibatsu) prowadziły do głodu, szczególnie w latach 30. i 40. Setki tysięcy Koreańczyków zmuszono do pracy przymusowej w kopalniach, fabrykach i armii japońskiej. Jedną z najboleśniejszych zbrodni była tragedia „comfort women” – dziesiątek tysięcy kobiet zmuszanych do prostytucji dla japońskich żołnierzy. Szacuje się, że ofiary okupacji japońskiej w Korei liczone są w setkach tysięcy, głównie z powodu głodu, represji i pracy przymusowej, ale nie było to planowe ludobójstwo na skalę Holocaustu. Druga wojna światowa nie dotknęła Korei bezpośrednio jako teatru działań – w przeciwieństwie do Polski, nie było tu frontów czy bombardowań. Po 1945 roku podział półwyspu na strefy wpływów ZSRR (Północ) i USA (Południe) doprowadził do wojny koreańskiej (1950–1953). Ten konflikt był katastrofą: zginęło 2–3 miliony cywilów i ponad milion żołnierzy, a infrastruktura została niemal całkowicie zniszczona. Seul zmieniał ręce kilka razy, wiele wiosek zamieniono w popiół, a straty wyniosły około 10% populacji obu Korei. Był to jednak konflikt bratobójczy, wsparty przez mocarstwa (USA, Chiny, ZSRR), a nie zewnętrzna okupacja z intencją eksterminacji. Po wojnie Korea Południowa stała się gospodarczą potęgą, ale trauma kolonizacji i wojny pozostawiła głębokie ślady. Korea pamięta „poniżenie” – utratę języka, tożsamości i godności.
Seul w trakcie wojny koreańskiej (1950-1953)
Kluczowe różnice: Eksterminacja kontra asymilacja Porównanie okupacji niemieckiej w Polsce (1939–1945) z japońską w Korei (1910–1945) ujawnia fundamentalne różnice w celach, metodach i skutkach. Skala ofiar • Polska pod Niemcami: Straty to około 6 milionów ludzi, w tym 3 miliony Żydów i 3 miliony etnicznych Polaków. Masowe egzekucje, obozy zagłady (Auschwitz, Majdanek), codzienne łapanki i głód jako broń. Generalplan Ost zakładał wyludnienie Polski i kolonizację przez Niemców. • Korea pod Japonią: Ofiary szacowane na setki tysięcy, głównie z głodu, pracy przymusowej i represji. Brak planowego ludobójstwa; najcięższe zbrodnie to „comfort women” i przymusowa mobilizacja. Charakter okupacji • Polska: Niemcy realizowali politykę eksterminacji i wyniszczenia. Polacy mieli być niewolnikami, a Żydzi – zgładzeni. Polska była traktowana jako teren do wyludnienia i kolonizacji, nie asymilacji. Codzienność to terror: publiczne egzekucje, obozy, deportacje. • Korea: Japonia prowadziła politykę asymilacji i podporządkowania. Koreańczycy mieli stać się „drugorzędnymi Japończykami” – lojalnymi poddanymi cesarza. Choć brutalna (zakaz języka, indoktrynacja), okupacja miała elementy modernizacji (koleje, szkoły). Nie było obozów zagłady, a represje koncentrowały się na kontroli i eksploatacji. Trauma psychologiczna • Polska: Trauma „niebytu” – naród patrzył, jak miliony giną, a miasta są palone. • Korea: Trauma „poniżenia” – utrata języka, nazwisk, tożsamości.
Koreańskie uczennice szkoły średniej pod eskortą japońskiego oficera po przymusowej wizycie w chramie shintō w Gwangju
Porównania Polski i Korei wynikają z geopolitycznych analogii: oba kraje znalazły się między potężnymi sąsiadami, straciły suwerenność, walczyły o przetrwanie. Koreański Ruch 1 Marca (1919) inspirował się polskimi walkami o niepodległość. Jednak uproszczenia, jak „przeżyliśmy to samo”, ignorują różnice. Polska doświadczyła apokalipsy biologicznej – eksterminacji i wyniszczenia. Korea – upokarzającej kolonizacji i wojny domowej. Generalplan Ost to plan zagłady; japońska japonizacja – podporządkowania. Skala ofiar, cele okupantów i codzienne realia były odmienne. Polska i Korea to dwa narody, które przetrwały dzięki niezwykłej determinacji. Polska przeszła przez piekło eksterminacji, Korea – przez dramat upokorzenia i bratobójczej wojny. Porównania łączą je w walce o wolność, ale różnice w traumach narodowych są zbyt duże, by stawiać znak równości. Historia uczy nas szacunku dla faktów i unikania powierzchownych analogii. Obie nacje zasługują na uznanie za swoją niezłomność, ale ich drogi przez XX wiek były unikalne.
Wystawa w berlińskiej szkole zachęca Niemców do udziału w kolonizacji obszaru Kraju Warty w Polsce (1942)
Uśmiech Japończyków fascynuje i dzieli: Hearn gloryfikował go jako symbol dobroci, Perkitny i Mroczkiewicz widzieli w nim grymas obłudy. Mit „Krainy Uśmiechu” przetrwał dzięki marketingowi i tęsknocie za harmonią. Rzeczywistość jest bardziej złożona: uśmiech często służy utrzymaniu społecznej harmonii (wa), nawet kosztem indywidualnej autentyczności (honne).
Uśmiech, który ukształtował wizerunek narodu
Japoński uśmiech od ponad wieku fascynuje zachodnią wyobraźnię, pełniąc rolę soczewki, przez którą postrzegana jest Japonia. Od końca XIX wieku, gdy Japonia otworzyła swoje drzwi na świat w epoce Meiji, aż po dzień dzisiejszy, uśmiech ten był przedmiotem interpretacji, romantyzacji i krytyki ze strony podróżników, pisarzy i badaczy.
Pierwsi zachodni goście, tacy jak Lafcadio Hearn¹, opisywali Japonię jako „świat istot małych, ale z wyglądu dobrych, które uśmiechają się do ciebie przyjaźnie i życzliwie” (Lafciado Hearn, „Lotus. Rzut oka na nieznaną Japonię”). Ta wyidealizowana wizja przyczyniła się do powstania mitu Japonii jako krainy harmonii, estetyki i spokojnej odmienności – narracji, która wciąż utrzymuje się w kulturze popularnej. Jednak inne głosy, jak te naszych podróżników Perkitnego i Mroczkiewicza² w ich XX-wiecznej relacji podróżniczej Okrążmy świat raz jeszcze, przedstawiły diametralnie odmienny obraz, opisując japońskie uśmiechy jako „obłudne grymasy” i nazywając Japonię „Krainą Grymasu” zamiast „Krainą Uśmiechu”.
Dlaczego te dwa spojrzenia tak bardzo się różnią? I dlaczego to romantyczna wizja Hearna, a nie trzeźwa krytyka Perkitnego i Mroczkiewicza, zdominowała międzynarodowy wizerunek Japonii? W tym artykule przyjrzymy się historycznym, kulturowym i psychologicznym wymiarom japońskiego uśmiechu, analizując, jak powstał mit „Krainy Uśmiechu”, jak współgra on z japońską praktyką tatemae i co nauka mówi o tej złożonej formie ekspresji. Spróbujemy odpowiedzieć na pytanie: czy japoński uśmiech to wyraz serdeczności, czy raczej maska skrywająca prawdziwe emocje?
Lafacaido Hearn (1850-1904) z żoną i synem
Romantyzm Hearna: Mit „łagodnej Japonii”
Lafcadio Hearn, piszący w latach 90. XIX wieku, był jednym z pierwszych zachodnich autorów, którzy ukształtowali obraz Japonii w oczach Zachodu. Jego książki, takie jak Glimpses of Unfamiliar Japan (1894), były poetyckimi opowieściami o kraju, który dla zachodniego czytelnika był egzotyczną nowością. W epoce Meiji Japonia przechodziła gwałtowną modernizację, a jednocześnie prezentowała się światu jako naród cywilizowany, lecz odmienny.
Hearn, zafascynowany japońską kulturą, widział w niej antytezę „brutalnego” Zachodu – industrialnego, zmechanizowanego i pełnego konfliktów. W jego oczach japoński uśmiech był symbolem łagodności, uprzejmości i harmonii. „Świat istot małych, ale z wyglądu dobrych” – pisał, dostrzegając w uśmiechu potwierdzenie swojej wizji Japonii jako miejsca, gdzie estetyka i rytuał idą w parze z ludzką dobrocią. Hearn nie był chłodnym obserwatorem.
Jego podejście można nazwać poetycką antropologią – bardziej mitologizował, niż analizował. Efekt halo³ odegrał tu kluczową rolę: piękno japońskich krajobrazów, harmonia rytuałów i delikatność gestów prowadziły Hearna do wniosku, że ludzie muszą być równie „doskonali”. Uśmiech idealnie wpisywał się w tę narrację – był dowodem na serdeczność Japończyków i ich odmienność od „surowej” Europy. Hearn chciał widzieć w Japonii utopię, a jego romantyczne opisy trafiały na podatny grunt wśród zachodnich czytelników, głodnych egzotycznych opowieści.
Perkitny i Mroczkiewicz
Perkitny i Mroczkiewicz: Demitologizacja uśmiechu
Na drugim biegunie znajdują się Perkitny i Mroczkiewicz, autorzy Okrążmy świat raz jeszcze. Ich relacja z Japonii jest ostra, ironiczna i pozbawiona sentymentalizmu. „Uśmiechamy się jak one, bo przecież tak wypada, lecz czujemy wyraźnie, że nasze uśmiechy są tak samo obłudne jak ich ugrzecznione, do grymasu podobne uśmieszki” (tom 2, str. 61) – pisali, kwestionując autentyczność japońskiego uśmiechu.
Nazwanie Japonii „Krainą Grymasu” zamiast „Krainą Uśmiechu” to nie tylko chwyt retoryczny, ale też próba przełamania mitu stworzonego przez wcześniejszych podróżników. Ich obserwacja jest bliższa japońskiej koncepcji tatemae – praktyki maskowania prawdziwych uczuć (honne) na rzecz społecznej harmonii. W odróżnieniu od Hearna, Perkitny i Mroczkiewicz przyjęli reporterskie podejście, nastawione na kontrast i demitologizację. Nie starali się sprzedać czytelnikowi romantycznej wizji Japonii, lecz pokazać jej złożoność i niuanse. Ich opis uśmiechu jako „obłudnego” czy „grymasu” wskazuje na świadomość, że w japońskiej kulturze uśmiech bywa narzędziem społecznym, a niekoniecznie wyrazem szczerej radości.
To spojrzenie jest mniej atrakcyjne dla masowego odbiorcy – nie pasuje do folderów turystycznych ani do wyobrażeń o „egzotycznym raju”. Jednak w swojej trzeźwości i ironii jest bliższe współczesnemu rozumieniu japońskich norm społecznych.
Dlaczego wygrał mit Hearna?
Romantyczna wizja Japonii jako „Krainy Uśmiechu” przetrwała ponad wiek, podczas gdy krytyczne spojrzenie Perkitnego i Mroczkiewicza pozostało na marginesie. Dlaczego? Można wskazać kilka kluczowych czynników:
1. Efekt pierwszeństwa: Pierwsze spójne relacje o Japonii, autorstwa Hearna, Isabel Bird czy Rutherforda Alcocka, ukształtowały kanon postrzegania japońskiego uśmiechu jako wyrazu „naturalnej uprzejmości”. Kolejne, bardziej krytyczne głosy musiały zmierzyć się z już ugruntowanym obrazem. Zmiana schematu myślowego wymaga od odbiorcy wysiłku, co sprawia, że nowe interpretacje rzadziej zyskują popularność.
2. Self-orientalism i nihonjinron: W XX wieku sami Japończycy, w ramach ruchu nihonjinron (teorie o wyjątkowości Japończyków), zaczęli promować obraz „Krainy Uśmiechu”. W folderach turystycznych, filmach i reklamach eksponowano wizerunek uśmiechniętych maiko, uprzejmych kelnerów i harmonijnych krajobrazów. Ten „autoorientalizm” wzmacniał mit Hearna, czyniąc go częścią japońskiej tożsamości narodowej.
3. Marketing turystyczny: Uśmiechnięta Japonia to towar eksportowy. Obraz uśmiechniętej maiko w kimonie sprzedaje Kioto lepiej niż zmęczona kelnerka, która zmaga się z presją tatemae. W dobie globalnego turystyki Japonia stała się marką, a „Kraina Uśmiechu” to łatwiejszy produkt niż „Kraina Grymasu”.
4. Psychologiczna wygoda: Romantyczny obraz Japonii jest przyjemniejszy dla odbiorców – zarówno na Zachodzie, jak i w samej Japonii. Krytyczne analizy, takie jak te o „smile mask syndrome”³, wymagają konfrontacji z niewygodnymi prawdami o presji społecznej i emocjonalnym wysiłku. Ludzie wolą opowieści o harmonii niż o konfliktach wewnętrznych.
Tatemae i nauka: Uśmiech jako maska
Współczesne badania nad japońską kulturą i psychologią rzucają światło na to, co Perkitny i Mroczkiewicz dostrzegli intuicyjnie: japoński uśmiech często pełni funkcję tatemae – społecznej maski, która skrywa prawdziwe uczucia (honne) na rzecz harmonii. Nauka potwierdza, że w tzw. kulturach wysokokontekstowych, takich jak Japonia, istnieje silny nacisk na tłumienie negatywnych emocji i eksponowanie pozytywnych, szczególnie w sytuacjach hierarchicznych lub publicznych. Kilka kluczowych ustaleń:
1. Maskowanie emocji: Badania nad mikroekspresjami, zainspirowane pracami Paula Ekmana, pokazują, że Japończycy częściej ukrywają prawdziwe emocje za uśmiechem. Na przykład „gaszenie” sygnałów w oczach (tzw. uśmiech Duchenne’a, który angażuje mięśnie wokół oczu) jest w Japonii powszechne, gdy uśmiech ma pełnić funkcję społeczną, a nie odzwierciedlać radość.
2. Smile mask syndrome: Termin ukuty przez Makoto Natsume w 1983 roku, choć nie jest oficjalną diagnozą w DSM ani ICD, dobrze opisuje problemy psychiczne i somatyczne wynikające z długotrwałego, wymuszonego uśmiechania się, szczególnie w sektorze usług. Badania nad „emotional labor” (emocjonalną pracą) w Japonii potwierdzają, że ciągłe udawanie uprzejmości może prowadzić do stresu, wypalenia zawodowego, a nawet objawów takich jak bóle głowy czy napięcie mięśniowe.
3. Normy ekspresji: Antropologiczne analizy wskazują, że japońska kultura ceni harmonię społeczną ponad indywidualną ekspresję. Uśmiech jest narzędziem utrzymania tej harmonii, zwłaszcza w sytuacjach formalnych lub usługowych.
Hearn nie był jednak całkowicie w błędzie. W mniej formalnych kontekstach japoński uśmiech może być szczery, a kultura japońska rzeczywiście kładzie nacisk na estetykę i uprzejmość, co Hearn uchwycił. Klucz leży w kontekście: Hearn widział to, co Japończycy chcieli pokazać Zachodowi w okresie Meiji, gdy budowali wizerunek nowoczesnego, cywilizowanego narodu.
Historyczny kontekst: Uśmiech w epoce Meiji
Epoka Meiji (1868–1912) była czasem, gdy Japonia świadomie konstruowała swój wizerunek na arenie międzynarodowej. Po wiekach izolacji kraj chciał pokazać się jako nowoczesny, ale jednocześnie wyjątkowy. Uśmiech, jako symbol uprzejmości i harmonii, idealnie wpisywał się w tę strategię. Pierwsi zachodni podróżnicy, jak Hearn czy Isabella Bird, byli zapraszani do Japonii i pokazywano im to, co miało potwierdzić obraz „łagodnego narodu”. Ich relacje, choć piękne, były w dużej mierze produktem tego, co Japończycy chcieli pokazać, a Zachód chciał zobaczyć.
W tym kontekście krytyczne spojrzenie Perkitnego i Mroczkiewicza, choć bardziej trzeźwe, nie miało szans na szeroką popularność. Ich ironiczne opisy, choć bliższe rzeczywistości, burzyły wygodny mit i wymagały od czytelników zmiany perspektywy. W efekcie ich głos pozostał na marginesie, podczas gdy romantyczna narracja Hearna stała się kanonem.
Jedyna fotografia z Japonii zamieszczona w książce Tadeusza Perkitnego „Okrążmy świat raz jeszcze”
Współczesny uśmiech: Między mitem a rzeczywistością
Dziś japoński uśmiech wciąż jest przedmiotem fascynacji i debat. W popkulturze i marketingu turystycznym dominuje Hearnowski obraz „Krainy Uśmiechu” – uśmiechnięte hostessy, uprzejme kelnerki i serdeczne powitania w hotelach. Jednak w analizach międzykulturowych i psychologicznych coraz częściej pojawia się perspektywa Perkitnego i Mroczkiewicza. „Smile mask syndrome” czy badania nad tatemae pokazują, że uśmiech w Japonii to nie tylko wyraz radości, ale też społeczne narzędzie, które może mieć swoje koszty.
W globalnym wizerunku Japonii wciąż przeważa filtr Hearna – piękny, harmonijny i egzotyczny. Jednak w miarę jak świat staje się bardziej świadomy złożoności kultur, krytyczne spojrzenie na japoński uśmiech zyskuje na znaczeniu. Być może przyszłość przyniesie bardziej zbalansowaną perspektywę, która połączy romantyzm Hearna z trzeźwością Perkitnego i Mroczkiewicza. Japoński uśmiech to zjawisko złożone, które nie daje się sprowadzić do jednej interpretacji. Hearn widział w nim serdeczność i potwierdzenie swojej wizji „łagodnej Japonii”, podczas gdy Perkitny i Mroczkiewicz dostrzegli maskę – element tatemae, który skrywa prawdziwe emocje.
Nauka zdaje się wspierać bardziej krytyczne spojrzenie, wskazując na rolę uśmiechu jako narzędzia społecznego, szczególnie w kulturze ceniącej harmonię ponad indywidualizm. Jednak romantyczny mit Hearna przetrwał dzięki swojej prostocie, atrakcyjności i wsparciu japońskiego marketingu. Prawda leży gdzieś pośrodku: japoński uśmiech może być szczery, ale często jest maską, której noszenie ma swoje koszty. Rozumienie tego wymaga od nas porzucenia łatwych stereotypów i spojrzenia na Japonię z większą empatią i ciekawością. Czy następnym razem, gdy zobaczymy uśmiechniętą maiko lub uprzejmego kelnera, będziemy w stanie dostrzec zarówno piękno, jak i trud ukryty za tym gestem?
Perkitny i Mroczkiewicz w podróży dookoła świata
¹ Lafcadio Hearn (1850–1904), znany też jako Koizumi Yakumo, był pisarzem, dziennikarzem i etnografem grecko-irlandzkiego pochodzenia, który po osiedleniu się w Japonii w 1890 roku stał się jednym z pierwszych zachodnich interpretatorów jej kultury. Jego poetyckie dzieła, jak Glimpses of Unfamiliar Japan, romantyzowały Japonię, przedstawiając ją jako krainę harmonii i egzotyki. Zafascynowany estetyką i tradycjami, Hearn przyczynił się do stworzenia mitu „łagodnej Japonii”, choć jego obserwacje, np. o uśmiechu Japończyków, bywały bardziej idealizujące niż analityczne.
² Tadeusz Perkitny (1902–1986) i Leon Mroczkiewicz (1900–1971), absolwenci Wydziału Rolno-Leśnego Uniwersytetu Poznańskiego, byli polskimi leśnikami i podróżnikami, którzy wyruszyli w podróż dookoła świata w latach 1926–1930. Zaczęli 11 września 1926 roku w Poznaniu, mając tylko 100 złotych, aparat fotograficzny, słoik powideł, kiszone ogórki i mapę wyrwaną z atlasu. Przemierzyli ponad 88 tys. km, odwiedzając ponad 40 krajów, m.in. Szwecję, Francję, Brazylię, Argentynę, Chile, Indochiny, Hong Kong i Japonię, zarabiając na życie różnymi pracami, np. zakładając studio fotograficzne w Brazylii. Podróż zakończyli 18 lutego 1930 roku, wracając do Poznania fordem T z Casablanki. Ich przygody, opisane w książce Okrążmy świat raz jeszcze, stały się inspiracją dla wielu pokoleń
³ Efekt halo to zjawisko psychologiczne, w którym jedna pozytywna cecha, np. uroda czy uprzejmość, wpływa na przypisywanie innych pozytywnych cech osobie lub obiektowi. W przypadku Japonii Hearna piękno kultury prowadziło do założenia o serdeczności Japończyków. Może to jednak prowadzić do stereotypów i uproszczeń.
⁴ Smile mask syndrome (jap. sumairu kamen shōkōgun) to termin ukuty w Japonii przez Makoto Natsume około 1983 roku, opisujący psychiczne i somatyczne problemy wynikające z długotrwałego, wymuszonego uśmiechania się, zwłaszcza w pracy usługowej. Obejmuje objawy takie jak stres, wypalenie zawodowe czy bóle mięśniowe spowodowane tłumieniem prawdziwych emocji na rzecz tatemae (społecznej maski). Choć nie jest to oficjalna diagnoza medyczna, odzwierciedla presję kulturową na utrzymywanie uprzejmości w Japonii.
⁵ Uśmiech Duchenne’a to szczery uśmiech angażujący mięśnie ust i oczu, tworzący „kurze łapki”. W odróżnieniu od nieszczerego uśmiechu, w Japonii bywa rzadszy w sytuacjach tatemae, gdzie uśmiech jest maską. Nazwany na cześć neurologa Guillaume’a Duchenne’a.
Źródła i inspiracje:
Tadeusz Perkitny, Okrążmy świat raz jeszcze, Wyd. Zysk i S-ka
Lafcadio Hearn, Glimpses of Unfamiliar Japan (1894)
Lafcadio Hearn, Japonja, Wydawnictwo Bibljoteki Groszowej (1927)
Sienkiewicz w Kalifornii pędzlem Stanisława Witkiewicza
W Listach z podróży do Ameryki Henryka Sienkiewicza, opublikowanych w prasie w latach 1876–1878, znajduje się barwny opis codziennego życia w Kalifornii, w tym zwyczajów uboższych warstw społecznych. Jedno ze zdań brzmi: „Na węglach gotowała się w blaszanym naczyniu woda na japan tea, czyli japońską herbatę, jakiej powszechnie używają ubożsi ludzie w Kalifornii.” Ten fragment, najprawdopodobniej odnoszący się do San Francisco, ukazuje prostotę życia imigrantów i robotników, dla których tania japońska herbata była codziennym napojem. Współczesnemu czytelnikowi może wydawać się zaskakujące, iż zielona herbata – dziś często postrzegana jako produkt luksusowy – w XIX-wiecznej Kalifornii była napojem klasy robotniczej.
Po otwarciu Japonii na handel międzynarodowy przez komandora Matthew Perry’ego w 1853 roku, kontakty handlowe między Japonią a Stanami Zjednoczonymi znacząco się zintensyfikowały. Jednym z kluczowych towarów eksportowych stała się japońska herbata, znana w USA jako „Japan tea”. W odróżnieniu od luksusowych herbat, takich jak gyokuro czy ceremonialna matcha, eksportowano głównie zieloną herbatę typu sencha lub bancha, często niższej jakości. Były to liście suszone szybko i pakowane hurtowo, co czyniło je znacznie tańszymi niż konkurencyjne herbaty z Chin, Indii czy Cejlonu. Taka herbata stała się popularna wśród robotników, górników, osadników i imigrantów w Kalifornii, a także na wschodnim wybrzeżu USA. W czasach Sienkiewicza „Japan tea” była symbolem prostoty i dostępności. Parzona w skromnych warunkach, w blaszanych naczyniach, towarzyszyła codziennemu życiu uboższych mieszkańców Kalifornii. Nie była to herbata ceremonialna, lecz praktyczny napój, który dostarczał energii i chwili wytchnienia w trudnych realiach.
W czasie swojej półtorarocznej podróży po Stanach Zjednoczonych Sienkiewicz regularnie przesyłał felietony do „Gazety Polskiej” i prowadził bogatą korespondencję prywatną.
Znaczenie japońskiej herbaty w Ameryce zmieniało się na przestrzeni lat. Do lat 30. XX wieku Japonia pozostawała jednym z głównych eksporterów herbaty do USA, ale później jej znaczenie stopniowo malało. Amerykańska obecność w Japonii w okresie powojennym promowała kulturę kawy, a młodzi Japończycy coraz bardziej zwracali się ku zachodnim trendom. Zielona herbata, zwłaszcza sencha, stała się w Japonii napojem codziennym, głównie dla starszego pokolenia, podczas gdy matcha zyskała status symbolu tradycji – często ograniczonego do ceremonialnych kontekstów. W latach 80. i 90. XX wieku, wraz z rosnącym zainteresowaniem zdrowym stylem życia na Zachodzie, zielona herbata powróciła do łask. Matcha, dzięki swoim właściwościom antyoksydacyjnym, stała się „superfoodem” i obiektem fascynacji. Zachód odkrył ją na nowo, tworząc matcha latte, matcha tiramisu czy matcha croissanty – czyli produkty mające z rytuałem zen tyle wspólnego, co karaoke z kontemplacją ciszy. Najwyższej jakości matcha ceremonialna z regionów takich jak Uji, Shizuoka czy Yame może osiągać ceny nawet kilkuset dolarów za 100 gramów – choć dotyczy to wyłącznie produktów premium.
W Japonii obserwujemy dziś swoisty renesans kultury herbaty, zwłaszcza wśród młodszego pokolenia. Pojawiają się nowe herbaciane startupy i klasyczne domy herbaty, które łączą tradycję z nowoczesnym podejściem, promując ideę „slow tea”. Jednocześnie japońska herbata zmaga się z konkurencją ze strony masowo produkowanych, butelkowanych napojów typu „green tea”, dostępnych we wszechobecnych sklepach konbini. Ten paradoks dobrze pokazuje, jak japońska herbata balansuje między głęboko zakorzenioną tradycją a wymogami współczesnego, szybkiego stylu życia. Fragment z Listów z podróży do Ameryki Sienkiewicza przypomina o tym, jak zmienne są losy produktów i ich postrzeganie. Japońska herbata, która w XIX-wiecznej Kalifornii była napojem ubogich, przeszła długą drogę, by stać się symbolem luksusu i zdrowego stylu życia.
Historia rzadko splata losy monarchów z odległych części świata w tak podobny sposób. Mimo że dzieliły ich epoki i kontynenty, losy króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732–1798) oraz króla Korei Gojonga (1852–1919) wykazują uderzające podobieństwa. Obaj byli ostatnimi suwerennymi władcami swoich państw, obaj próbowali reformować kraje w niesprzyjających warunkach, obaj musieli zmagać się z wewnętrzną opozycją i wpływami obcych mocarstw. W pewnym stopniu obaj byli również zależni od Rosji, obaj abdykowali w obliczu nieuchronnych zmian geopolitycznych, a ich kraje znalazły się pod kontrolą obcych sił. Po śmierci obaj byli krytykowani za nieudolność w obronie niepodległości. Zarówno Stanisław August, jak i Gojong, próbowali modernizować swoje kraje. Polski monarcha zapisał się w historii przede wszystkim jako inicjator Konstytucji 3 Maja – pierwszej w Europie i drugiej na świecie. Choć przełomowa, nie wystarczyła, by ocalić państwo. Gojong z kolei próbował unowocześnić Koreę, otwierając ją na zachodnie technologie, administrację, kulturę i nowe idee. W obu przypadkach wewnętrzne podziały oraz wpływy zagranicznych mocarstw sabotowały te wysiłki. Stanisław August był uzależniony od Rosji i Katarzyny II, podczas gdy Gojong musiał balansować między Chinami, Rosją i Japonią, próbując zachować niezależność Korei. W obu przypadkach ostatecznie to obce mocarstwa przejęły kontrolę nad ich państwami. Stanisław August i Gojong zostali zmuszeni do ustąpienia z tronu. Polski król abdykował w 1795 roku po III rozbiorze i został wywieziony do Petersburga, gdzie do końca życia pozostawał pod nadzorem rosyjskiego dworu. Cesarz Gojong został zmuszony do abdykacji przez Japończyków w 1907 roku, co przyspieszyło aneksję Korei w 1910 roku. Do końca życia mieszkał w Seulu jako symbol utraconej niepodległości. Ciekawostką jest fakt, że kilka lat wcześniej Gojong ukrył się przed Japończykami w rosyjskim poselstwie w Seulu i przez rok rządził krajem z tego miejsca. Obaj monarchowie zmarli jako poddani obcych mocarstw. Stanisław August odszedł w 1798 roku w Petersburgu, nie doczekawszy się odrodzenia Polski. Jego śmierć była symbolicznym końcem człowieka, który marzył o nowoczesnym państwie, lecz nie był w stanie go ocalić. Gojong, który pragnął silnej i niezależnej Korei, zmarł w 1919 roku w okupowanym przez Japończyków kraju, w dodatku w zdewastowanym pałacu, który Japończycy zdegradowali do rangi parku. Dziś zarówno Stanisław August, jak i Gojong pozostają postaciami kontrowersyjnymi. Są krytykowani za zbytnią uległość wobec obcych sił, lecz jednocześnie docenia się ich reformy i próby unowocześnienia państw. Ich losy pokazują, że sama chęć modernizacji nie wystarczy, gdy państwo jest osłabione wewnętrznymi konfliktami i wpływami zewnętrznymi.
Chiński handlarz w Chinatown w San Francisco (SF), ok. 1900 r.
Wprawdzie młody Henryk Sienkiewicz w trakcie swoich amerykańskich wojaży (1876-1878) do Teksasu nigdy nie dotarł, ale za to pisał o chińskich imigrantach w Ameryce, w tym o Chinkach, które, jeśli wierzyć jego słowom, gdyż potrafił czasami bujać na skrzydłach fantazji, swoimi stopami ogrzewały w nocy jego własne zmarznięte stopy. W liście pisanym z Kalifornii do swojego przyjaciela Daniela Zglińskiego pisarz zdobył się na wyjątkową szczerość. Dziś jego słowa uznalibyśmy za nieprzyzwoite i obelżywe, ale warto myślę je przytoczyć: „Tego interesu, który Pan lubisz nad wszelki statek ziemski, wprawdzie czasem brak – ale Chinki zastępują go, jak mogą. Tylko moja skromność, tylko wszelki brak miłości własnej wstrzymuje mnie od pochwalenia się przed Wami, ile razy…”. Dalej możemy przeczytać, że „Chinki się golą, ale nie dość często, skutkiem tego ‚ten interes’ wygląda jak twarda szczotka”.
Chińska telefonistka w SF Chinatown
Twierdził również, że do jego „tipi” zaglądała Indianka, jednakże ani Chinki, ani Indianki nie mogły równać się z Murzynkami: „Powiadam Wam: klękajcie narody. Panie! Sprowadź Pan sobie koniecznie chociaż kominiarza, żeby nabrać pojęcia o tych rozkoszach”. Miał za to Sienkiewicz to wyjątkowe szczęście spacerować uliczkami starego Chinatown w San Francisco, zanim nie strawił tej dzielnicy pożar w roku 1906. „Dziwne wrażenie robi tu ta ludność gwarna i ruchliwa, ubrana w jednakowe kostiumy, o cerze żółtej, skośnych oczach i długich, sięgających ziemi warkoczach.”
SF Chinatown, 1898 r.
Zauważył, że z wyjątkiem patrolujących ulice policjantów, niewielu spotyka się w Chinatown ludzi białych. Pisał, że w godzinach wieczornych w okolicach chińskiego teatru zbiera się chuliganeria z całego miasta i często dochodzi do bójek pomiędzy nimi a Chińczykami. Chińczycy wg Sienkiewicza nie wchodzili w drogę białym, ale „między sobą […] kłócą się dość często i równie często kłótnie kończą się pchnięciem noża”. Sprawiali również sporo kłopotów stróżom prawa: „Skłonni są także dosyć do kradzieży”. Wszyscy mieszkańcy dzielnicy podobni są do siebie „jak dwie krople wody” i nieskorzy do współpracy z policją. Dostrzegł wszechobecną wśród chińskich imigrantów biedę: „Cała też ludność chińska prowadzi życie lada jakie, niechlujne i niezdrowe.
Palarnia opium, SF Chinatown, ok. 1900 r.Chiński rzeźnik i sklep spożywczy, SF Chinatown, ok. 1885 r.
Mieszkania chińskie, zawsze przepełnione, są zaraźliwymi jamami, w których grasuje syfilis i ospa. Pojęć o racjonalnej higienie nie mają żadnych; jedzą byle co”, a „skąpstwo chińskie przechodzi wszelkie wyobrażenia.” Sienkiewicz nie ustrzegł się jednak hipokryzji. W liście do Zglińskiego bardzo instrumentalnie potraktował kobiety, jednak czytelnikom swoich popularnych reportaży starał się dowieść, że „moralność Chińczyków kalifornijskich stoi na dosyć niskim stopniu”. Ponieważ aż 90% Chińczyków w Chinatown to mężczyźni „kwitnie między nimi […] rozpusta”. Prosperowały nielegalne domy publiczne oraz poliandria: „Między dziesięcioma Chińczykami zajmującymi mieszkanie znajduje się jedna kobieta, żyją z nią wszyscy razem”. Twierdził, że „żółci” zabierają pracę białym, zarazem jednak zauważył, że „położone na bezpłodnych wydmach i wzgórzach piaszczystych” San Francisco Chińczykom i ich „mrówczej pracy” zawdzięcza fantastyczny rozwój sadów i ogrodów.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Henryk Sienkiewicz pozuje do fotografii przed wyjazdem na safariOkolice Chinatown, ok. 1900 r. 📷 Arnold Genthe Okolice Chinatown, ok. 1900 r. 📷 Arnold Genthe SF Chinatown, 1904 r.
Gdyby Chopin żył dziś, pewnie byłby zdumiony: Książę Hiro, późniejszy japoński cesarz Naruhito, w wieku 25 lat, poprosił króla Hiszpanii o prywatną wycieczkę do klasztoru w Valldemossie – tylko po to, by zobaczyć celę, w której kompozytor spędził zimę z George Sand. To piękne świadectwo, jak daleko sięga magia jego muzyki.
Naruhito w Anglii, ok. 1984 r.
Jeszcze jako książę Hiro-no-miya Naruhito – dziś cesarz Japonii – podczas studiów w Oksfordzie odbył podróż po Europie, w trakcie której spełnił jedno ze swoich marzeń: odwiedził miejsce związane z Fryderykiem Chopinem.
W czerwcu 1983 roku Naruhito, wówczas następca tronu, przybył do Wielkiej Brytanii, by przez dwa lata (do 1985) studiować w Merton College na Uniwersytecie Oksfordzkim historię transportu wodnego na Tamizie w XVIII wieku. Był pierwszym dziedzicem japońskiego tronu, który podjął studia za granicą. Swoje oksfordzkie wspomnienia opisał później w autobiograficznej książce The Thames and I: A Memoir of Two Years at Oxford.
Valldemossa do dziś jest jednym z najważniejszych miejsc pamięci o Chopinie poza Polską – w celach nr 2 i 4 znajduje się muzeum z oryginalnym pianinem Pleyel kompozytora (tym, które dotarło z opóźnieniem w styczniu 1839) i manuskryptami.
W trakcie pobytu w Europie młody książę spędził wakacje na Majorce jako gość króla Hiszpanii Juana Carlosa I. W swojej książce poświęca temu epizodowi zaledwie kilka stron, ale najbardziej emocjonalnie opisuje wizytę w klasztorze Kartuzów w Valldemossie – miejscu, gdzie zimą 1838/1839 roku Fryderyk Chopin przebywał z George Sand i jej dziećmi.
Naruhito wiedział o tym tragicznym, ale twórczym pobycie Chopina (kompozytor walczył tam z gruźlicą w surowych warunkach, lecz powstały m.in. słynne preludia op. 28). Podczas obiadu z królem Juanem Carlosem książę spontanicznie poprosił o możliwość zobaczenia cel nr 2 i 4 w kartuzji, w których mieszkała para.
Oto jak Naruhito wspomina to w swojej książce:
Hiszpański monarcha „zapytał, czy jest na Majorce jakieś miejsce, które szczególnie chciałbym zobaczyć po obiedzie. Chociaż nie było tego w pierwotnym planie, odpowiedziałem, że chciałbym zobaczyć dom, w którym mieszkał Chopin z George Sand. Król poprosił księcia koronnego Filipa, aby to zorganizował, a on uprzejmie mi tam towarzyszył.”
Naruhito w Anglii, ok. 1984 r.
Król natychmiast zorganizował wizytę – towarzyszył mu następca tronu, książę Felipe (dziś król Filip VI).
Naruhito, sam utalentowany altowiolista (gra na altówce od dziecka i występował publicznie), od dawna fascynował się muzyką klasyczną, w tym Chopinem. W Japonii Chopin cieszy się ogromną popularnością, a Naruhito reprezentuje pokolenie cesarskie otwarte na kulturę zachodnią.
Naruhito w swoich peregrynacjach dotarł także do Watykanu i został przyjęty na audiencji u Jana Pawła II. Z tego wyjątkowego spotkania zachował się materiał video. (Można obejrzeć na moim profilu na X 👇)
Kilka słów o tym, jak obecny cesarz Japonii, Naruhito w wieku zaledwie 23 lat spotkał się w Watykanie z Janem Pawłem II oraz zwrócił się z prośbą do króla Hiszpanii Juana Carlosa o pozwolenie na zwiedzenie domu, w którym przebywał Fryderyk Chopin. W 1983 roku Naruhito (📷) 1/7 pic.twitter.com/hiifxTVCs8
— Dalekowschodnie Refleksje – Jacek Wachowiak (@dal_ref) January 29, 2024
Źródła i inspiracje:
Prince Naruhito, The Thames and I: A Memoir of Two Years at Oxford, 2006
Adam Zamoyski, Chopin: Prince of the Romantics, 2010
W sierpniową noc 1969 roku Hollywood przestało być miejscem marzeń. Dom przy 10050 Cielo Drive, pełen śmiechu i gwiazd, stał się sceną jednej z najokrutniejszych zbrodni XX wieku. Członkowie sekty Charlesa Mansona wtargnęli tam, by zamordować Sharon Tate – ciężarną żonę Romana Polańskiego – oraz jej przyjaciół: Wojciecha Frykowskiego, Jaya Sebringa, Abigail Folger i Stevena Parenta. W chaosie krwi i terroru na podłodze leżała para rogowych okularów – drobny przedmiot, który miał wkrótce skierować podejrzenia reżysera na… jego własnego przyjaciela, Bruce’a Lee.
Sharon Tate i Bruce Lee
W nocy z 8 na 9 sierpnia 1969 roku Los Angeles wstrząsnęła jedna z najbrutalniejszych zbrodni w historii Hollywood. Członkowie sekty Charlesa Mansona – Tex Watson, Susan Atkins, Patricia Krenwinkel i Linda Kasabian – wtargnęli do domu przy 10050 Cielo Drive, wynajmowanego przez Romana Polańskiego i jego ciężarną żonę, aktorkę Sharon Tate. Polański był wówczas w Londynie na planie filmu. Napastnicy zamordowali pięć osób: Sharon Tate (będącą w ósmym miesiącu ciąży), jej przyjaciela Wojciecha Frykowskiego, fryzjera gwiazd Jaya Sebringa, Abigail Folger (dziedziczkę fortuny kawowej) oraz młodego Stevena Parenta, który przypadkowo odwiedzał opiekuna posesji.
Bruce Lee na planie filmu „Wejście Smoka”
Na miejscu zbrodni policja znalazła parę rogowych okularów z korekcją wzroku. Śledczy uznali je za ważny dowód – prawdopodobnie należący do jednego z morderców. W tamtym czasie nikt jeszcze nie łączył morderstw z Mansonem; sprawa pozostawała tajemnicą przez kilka miesięcy.
W tym tragicznym okresie Polański, pogrążony w żałobie, sam próbował prowadzić śledztwo. Podejrzewał, że zbrodnia mogła być dziełem kogoś z bliskiego kręgu. Jego uwagę przykuł Bruce Lee – legendarny mistrz sztuk walki, który był przyjacielem pary.
Przyjaźń Polańskiego z Lee zaczęła się pod koniec lat 60., gdy Sharon Tate, przygotowując się do roli w filmie „The Wrecking Crew” (1968, Bruce Lee był doradcą i choreografem akcji; swoją pierwszą, niewielką rolę dostał w tym filmie Chuck Norris), zaprosiła na kolację instruktora sztuk walki wyznaczonego jej przez wytwórnię Columbia Pictures. To właśnie Bruce Lee trenował Tate w walce, a później zaprzyjaźnił się z Polańskim, dając mu prywatne lekcje kung-fu (za które pobierał bajońskie stawki, nawet 1000 dolarów za godzinę).
Policja na miejscu zbrodni przy 10050 Cielo Drive
Bruce Lee od dziecka miał wadę wzroku i nosił charakterystyczne rogowe okulary. Kilka miesięcy po morderstwach, podczas jednej z lekcji, Lee poskarżył się Polańskiemu, że zgubił swoją parę. Reżyser natychmiast skojarzył to z okularami znalezionymi na miejscu zbrodni obok ciała Sharon. W jego głowie powstał niepokojący obraz: Lee był jedną z nielicznych osób, które fizycznie mogłyby same obezwładnić i zabić kilka osób naraz. Potrafił posługiwać się bronią palną, nożami i gołymi rękami.
Polański, nie dając nic po sobie poznać, zaproponował, że kupi mu nową parę w prezencie. Jak wspominał później w autobiografii „Roman by Polanski” (1984), przepis na szkła Lee okazał się zupełnie inny niż ten z okularów z miejsca zbrodni. Podejrzenia rozwiały się, a Lee nigdy nie dowiedział się o nich – zmarł w 1973 roku, cztery lata po Sharon Tate.
Ta absurdalna historia pokazuje, jak trauma i brak tropów mogą prowadzić do desperackich wniosków nawet u inteligentnych ludzi. Ostatecznie śledczy aresztowali Mansona i jego „rodzinę” pod koniec 1969 roku. Okulary należały prawdopodobnie do jednego z morderców (być może pozostawione celowo, by zmylić policję), którzy zostali zidentyfikowani dzięki innym dowodom, w tym odciskom palców znalezionym na drzwiach wejściowych.
Sharon Tate i Bruce Lee na planie filmu The Wrecking Crew w 1968 roku.
Źródła: • Polański, Roman (1984, 2019). Roman by Polański. Wyd. Świat Książki • Polly, Mathew (2018). Bruce Lee. Życie. Wyd. Znak Literanova • Norris, Chuck (2004). Against All Odds. My Story