Korea Południowa · Polska · Stany Zjednoczone

Gdy PRL klaskała Kim Ir Senowi, Polonia ginęła za Koreę Południową

Major Adam P. Tymowicz z Illinois, syn Walentego Tymowicza i Zofii Fąfary. 7 listopada 1950 r. jego dwumiejscowy F-82 Twin Mustang (nr boczny nieustalony) wystartował z bazy Naha na Okinawie na patrol bojowy nad Morzem Wschodniochińskim; w trakcie misji załoga zgłosiła awarię silnika i zawróciła. Podczas podejścia do lądowania maszyna rozbiła się i eksplodowała w zatoce Naha – z wody wydobyto ciało operatora radaru, natomiast pilot zaginął; poszukiwania zawieszono 17 listopada z powodu nadciągającego tajfunu i bardzo złych warunków na morzu.

25 czerwca 1950 roku Korea Północna, wspierana przez ZSRR i Chiny, napadła na nieprzygotowaną do wojny Koreę Południową, rozpoczynając konflikt, który wstrząsnął światem. Już dwa dni później, 27 czerwca, polska prasa, całkowicie kontrolowana przez komunistyczne władze, zaczęła przedstawiać wojnę jako „imperialistyczną agresję” Stanów Zjednoczonych przeciwko „bohaterskiemu narodowi koreańskiemu”. Premier Józef Cyrankiewicz i prezydent Bolesław Bierut publicznie wyrażali solidarność z Północą, powtarzając narrację narzuconą przez Kreml. Gazety, kroniki filmowe i wiece propagandowe w PRL wypełniły obrazy „okrucieństw Amerykanów”, a wojna koreańska stała się poręcznym narzędziem mobilizacji wewnętrznej: budowania atmosfery stałego zagrożenia i usprawiedliwiania terroru politycznego w kraju. Oficjalnie Polska Ludowa stanęła po stronie agresora – Kim Ir Sena, wspieranego przez Moskwę i Pekin.

Kapitan Edward C. Krzyzowski z Chicago, zginął 3 września 1951 r. od strzału snajpera. Pośmiertnie odznaczony Medalem Honoru.

Tyle że społeczeństwo polskie nie miało w tym żadnego wyboru: była to polityka narzucona z zewnątrz, a propaganda PRL mówiła jednym głosem z Kremlem.
Po zakończeniu działań wojennych PRL aktywnie uczestniczyła w Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych (KNPN / NNSC), która od 27 lipca 1953 r. miała nadzorować przestrzeganie rozejmu. „Neutralność” była fasadowa: pod tym szyldem prowadzono działania informacyjne i wywiadowcze korzystne dla Północy. Ten dysonans – oficjalna „neutralność” przy faktycznym wspieraniu obozu komunistycznego – dobrze oddaje klimat tamtej epoki: pozory legalizmu przy pełnym podporządkowaniu ZSRR.

Kapral Thadeus Stanley Bobowiec z Illinois. Zginął 11 czerwca 1953 roku, gdy chińskie siły komunistyczne zaatakowały placówkę obsadzoną przez jego oddział.

Czy dziś, w oczach Korei Południowej, Polacy muszą się wstydzić postawy PRL? Niekoniecznie. Bo ta sama historia odsłania drugą, mniej znaną twarz narodu – twarz wolnej Polonii. Tysiące Amerykanów polskiego pochodzenia – synów i wnuków emigrantów z Galicji, zaboru rosyjskiego czy pruskiego – walczyło w szeregach US Army w czasie wojny koreańskiej. Wielu z nich oddało życie w kluczowych bitwach: pod Pusan, Incheon czy nad rzeką Ch’ongch’on. Ich nazwiska – Kucharczyk, Stefaniak, Nowicki, Lewandowski, Walczak – widnieją dziś na Wall of Remembrance w United Nations Memorial Cemetery in Korea (UNMCK) w Busan, jedynym na świecie cmentarzu ONZ, gdzie spoczywa około 2,3 tys. żołnierzy z kilkunastu państw sprzymierzonych. Ciała Amerykanów z reguły repatriowano do USA, dlatego ich nazwiska znalazły się na murze, a nie na grobach – ale to właśnie ten mur, pełen także polskich brzmień, najmocniej przemawia.

Cmentarz ONZ w Busan

Mur Pamięci w koreańskim Busan ma dla Polski znaczenie podwójne. Historyczne – bo upamiętnia Amerykanów polskiego pochodzenia, o których PRL milczała lub których piętnowała jako „zdrajców klasowych”. Symboliczne – bo pokazuje, że naród bywa większy niż zniewolone państwo. Gdy Warszawa musiała klaskać Kim Ir Senowi, Polacy z Chicago, Detroit i Buffalo walczyli i ginęli za wolność Korei Południowej. Ich krew, przelana w obronie wolnego świata, budowała dobre imię Polski, nawet jeśli w kraju nie wolno było o tym mówić. Wojna koreańska obnaża dwoistość polskich losów w zimnej wojnie: z jednej strony – zniewolone państwo, które usługowało agresorowi; z drugiej – wolna diaspora, która stanęła po stronie ofiar. Mur w Busan, z setkami polskich nazwisk, jest świadectwem tej drugiej, wolnej twarzy narodu. To przypomnienie, że nawet w najciemniejszych czasach Polacy potrafili dołożyć własną cegłę do obrony wolności – nie tylko swojej, ale i cudzej.

Polskie nazwiska na Murze Pamięci w Busan
Polskie nazwiska na Murze Pamięci w Busan
Polskie nazwiska na Murze Pamięci w Busan
Korea Południowa

Starfield Library: Iluzja kultury w sercu koreańskiego konsumpcjonizmu

Starfield Library

W sercu tętniącej życiem dzielnicy Gangnam, w ogromnym centrum handlowym COEX Mall w Seulu, znajduje się miejsce, które przyciąga miliony turystów i mieszkańców rocznie. Starfield Library to nie zwykła biblioteka, lecz spektakularna przestrzeń, gdzie książki stają się dekoracją, a kultura miesza się z komercją. Otwarta w maju 2017 roku, stała się ikoną współczesnej Korei Południowej, symbolizując narodowe aspiracje do nowoczesności. Nie promuje ona jednak czytelnictwa, a jest jedynie sprytnym narzędziem marketingowym. Na pierwszy rzut oka wygląda jak marzenie bibliofila: monumentalne półki sięgające kilkanaście metrów wysokości, wypełnione tysiącami tomów. Jednak haczyk szybko wychodzi na jaw. Większość książek jest niedostępna – nie można ich wypożyczyć ani często nawet dotknąć, bo służą głównie za dekorację. To biblioteka bez pełnego dostępu, gdzie zamiast ciszy i skupienia panuje szum rozmów, błyski fleszy i gwar tłumu. Jej funkcja nie polega na gromadzeniu i udostępnianiu wiedzy, lecz na tworzeniu wizualnego spektaklu – jak muzeum z atrapami eksponatów, które świetnie wyglądają na zdjęciach. Dlaczego jest tak popularna? Wysokie półki i otwarta przestrzeń w COEX Mall są niezwykle fotogeniczne, czyniąc ją rajem dla użytkowników Instagrama i mediów społecznościowych. Lokalizacja w sercu Gangnamu ułatwia dostęp: przy okazji wizyty można zrobić zakupy, zjeść w restauracji czy odwiedzić akwarium.

Starfield Library

Wizyta w Starfield to symbol statusu – sygnał, że spędziło się czas w modnym miejscu Korei. Przewodniki turystyczne, blogi i vlogi polecają ją jako „must-see”, przyciągając tłumy. W efekcie powstał kulturowy fenomen: ludzie przychodzą nie po to, by czytać, lecz by „odhaczyć” ikonę. To jedna z najbardziej „instagramowalnych” bibliotek świata – w erze obrazów i krótkich treści książki przegrywają, ale biblioteka jako obraz wygrywa spektakularnie.
Starfield Library zajmuje około 2800 m² na dwóch piętrach COEX Mall, zaprojektowana z myślą o efekcie „wow”. Półki tworzą teatralną scenografię, pełną światła i otwartej przestrzeni – bardziej dekorację filmową niż tradycyjną czytelnię. Zbiory to około 50 tysięcy książek i 600 tytułów czasopism, ale to biblioteka wizerunkowa, nie naukowa. Starfield nie jest instytucją publiczną ani akademicką – stworzył ją Shinsegae Group, właściciel sieci centrów handlowych Starfield. Jej główna funkcja to marketing: przyciąga ludzi do COEX, gdzie po zrobieniu zdjęcia zostają na zakupy. Funkcja kulturowa jest „na pokaz”: organizowane są spotkania autorskie, wykłady i koncerty, dające aurę miejsca kultury, a nie tylko konsumpcji. Jednak to kultura wpisana w logikę galerii – krótka, efektowna, masowa, łatwa w odbiorze, by nie odciągać od sklepów. Społecznie biblioteka oferuje darmowy dostęp i miejsca do pracy, ale hałas dominuje nad ciszą, a tłumy i niedostępność zbiorów czynią skupienie trudnym. Daje poczucie otwartości i wspólnoty, lecz bardziej wizerunkowo niż realnie. Symbolicznie to fascynujący przypadek psychologii kultury: Koreańczycy dbają o „fasadę”, a Starfield pokazuje kraj jako nowoczesny, czytający i kulturalny. Zdjęcia biblioteki obiegają świat, tworząc obraz „innowacyjnej Korei”. Działa jak świątynia konsumpcji udająca świątynię wiedzy – estetyka podnosi zwykłe zakupy na wyższy poziom.
Koreańczycy mają silne przywiązanie do symboli nowoczesności, chcąc pokazać światu, że prześcigają Zachód. Stąd fasadowe „świątynie”: wizualnie spektakularne, ale płytkie funkcjonalnie. Starfield to ikona aspiracji – nie wiedzy, lecz jej wizerunku. Kontrast z prawdziwą biblioteką (np. Narodową) jest uderzający: tam cisza i skupienie, tu efektowność i hałas. To parodia, gdzie rytuałem jest selfie, nie czytanie. Wiedza stała się dekoracją, kultura dodatkiem do zakupów. Ludzie wolą szybkie poczucie uczestnictwa w kulturze niż autentyczny trud lektury.
Starfield Library to nie biblioteka, lecz narzędzie PR-u narodowego – z zewnątrz katedra wiedzy, w praktyce ołtarz galerii, gdzie książki przegrywają z selfie. Pokazuje, jak w erze social media kultura staje się wizualnym spektaklem, a autentyczne czytelnictwo zanika (według badań z 2023 roku, około 57% dorosłych Koreańczyków nie przeczytało ani jednej książki rocznie, a średnia to zaledwie 3,9 książki na osobę). Mimo to działa: przyciąga tłumy, promuje Koreę i COEX. Może to znak czasów – wolimy iluzję wiedzy niż jej trud. Następnym razem w Seulu zajrzyj tam nie tylko po zdjęcie, ale po chwilę refleksji nad naszą „psychologią fasady”.

Starfield Library
Korea Południowa · Polska

Dwie twarze cierpienia: Polska i Korea w cieniu okupacji

Niemieccy żołnierze przełamują barierę graniczną na polskiej granicy 1 września 1939 r.

W polskiej debacie historycznej i geopolitycznej często pojawia się porównanie losów Polski i Korei w XX wieku. Publicyści, koreaniści, a czasem nawet analitycy geopolityczni wskazują na rzekome podobieństwa: oba kraje znalazły się między potężnymi sąsiadami, straciły niepodległość, doświadczyły okupacji i wojen. Mówi się, że Polska to „Korea Europy”, a Korea – „Polska Azji”. Czy jednak takie analogie są uzasadnione? Nie chodzi o „licytację” na ofiary czy cierpienie – to bez sensu i nieetyczne – ale o zrozumienie różnic w charakterze tych doświadczeń. Celem niniejszego artykułu jest analiza tych porównań w oparciu o fakty historyczne, bez emocjonalnych uproszczeń. Polska przeżyła apokalipsę eksterminacji, Korea – dramat kolonizacji i wojny domowej. Choć oba narody łączy niezłomna wola przetrwania, ich doświadczenia różnią się zasadniczo w skali, charakterze i długotrwałych skutkach.

Honmachi – japońska dzielnica w Seulu, lata 30. XX w.

Polska: Laboratorium Okrucieństw XX Wieku
Historia Polski w XX wieku to kronika nieustannego zmagania się z wyniszczeniem. Punktem wyjścia są rozbiory (1772–1795), które wymazały Polskę z mapy Europy na ponad 120 lat. Systematyczna rusyfikacja i germanizacja elit, zsyłki na Syberię (dziesiątki tysięcy osób) oraz konfiskata majątków narodowych miały złamać tożsamość Polaków. I wojna światowa przyniosła kolejne cierpienia: fronty przetaczały się przez ziemie polskie, powodując miliony uchodźców, głód i zniszczenie gospodarki.
Prawdziwa apokalipsa nadeszła podczas II wojny światowej (1939–1945). Polska straciła około 6 milionów obywateli, czyli 17% przedwojennej populacji. W tym 3 miliony polskich Żydów padło ofiarą Holocaustu, który w dużej mierze rozgrywał się na ziemiach polskich w obozach zagłady takich jak Auschwitz, Treblinka czy Majdanek. Etniczni Polacy stracili kolejne 3 miliony, w tym elity intelektualne i wojskowe w akcjach takich jak Intelligenzaktion (masowe egzekucje nauczycieli, lekarzy, prawników) czy zbrodnia katyńska (22 tysiące zamordowanych oficerów przez NKWD). Okupacja niemiecka to codzienny terror: łapanki, publiczne egzekucje (np. Palmiry, Piaśnica, Wawer), przymusowe roboty i głód jako narzędzie wyniszczenia. Generalplan Ost zakładał redukcję populacji Polaków o 30–50% i przekształcenie ich ziem w niemiecką kolonię osadniczą. Powstanie warszawskie (1944) stało się symbolem: Warszawa została zrównana z ziemią, a 200 tysięcy cywilów zginęło. Do tego dochodzi rzeź wołyńska (1943–1944), w której ukraińscy nacjonaliści zamordowali 50–60 tysięcy Polaków.
Po wojnie narzucony przez ZSRR komunizm przedłużył cierpienia: stalinizm, represje polityczne i brak wolności trwały aż do 1989 roku. Polska doświadczyła traumy „niebytu” – przetrwała mimo prób całkowitego unicestwienia jej narodu, kultury i państwowości.

Okupacja niemiecka Polski w latach 1939–1945 miała niezwykle brutalny charakter

Korea: Dramat Kolonizacji i Wojny Domowej
Historia Korei (w tym kontekście głównie Korei Południowej) w XX wieku to opowieść o upokorzeniu i walce o tożsamość. Okupacja japońska (1910–1945) była brutalnym okresem kolonialnym trwającym 35 lat. Japonia zlikwidowała koreańską administrację, zakazała używania języka koreańskiego w szkołach i urzędach, a od 1939 roku (polityka Sōshi-kaimei) zmuszała Koreańczyków do przyjmowania japońskich nazwisk. Propaganda promowała lojalność wobec cesarza, a historia Korei była przepisywana, by przedstawiać ją jako „odwieczną część Japonii”. Wyzysk ekonomiczny był wszechobecny: ziemia i przemysł przejęte przez japońskie korporacje (zaibatsu) prowadziły do głodu, szczególnie w latach 30. i 40. Setki tysięcy Koreańczyków zmuszono do pracy przymusowej w kopalniach, fabrykach i armii japońskiej. Jedną z najboleśniejszych zbrodni była tragedia „comfort women” – dziesiątek tysięcy kobiet zmuszanych do prostytucji dla japońskich żołnierzy. Szacuje się, że ofiary okupacji japońskiej w Korei liczone są w setkach tysięcy, głównie z powodu głodu, represji i pracy przymusowej, ale nie było to planowe ludobójstwo na skalę Holocaustu.
Druga wojna światowa nie dotknęła Korei bezpośrednio jako teatru działań – w przeciwieństwie do Polski, nie było tu frontów czy bombardowań. Po 1945 roku podział półwyspu na strefy wpływów ZSRR (Północ) i USA (Południe) doprowadził do wojny koreańskiej (1950–1953). Ten konflikt był katastrofą: zginęło 2–3 miliony cywilów i ponad milion żołnierzy, a infrastruktura została niemal całkowicie zniszczona. Seul zmieniał ręce kilka razy, wiele wiosek zamieniono w popiół, a straty wyniosły około 10% populacji obu Korei. Był to jednak konflikt bratobójczy, wsparty przez mocarstwa (USA, Chiny, ZSRR), a nie zewnętrzna okupacja z intencją eksterminacji. Po wojnie Korea Południowa stała się gospodarczą potęgą, ale trauma kolonizacji i wojny pozostawiła głębokie ślady. Korea pamięta „poniżenie” – utratę języka, tożsamości i godności.

Seul w trakcie wojny koreańskiej (1950-1953)

Kluczowe różnice: Eksterminacja kontra asymilacja
Porównanie okupacji niemieckiej w Polsce (1939–1945) z japońską w Korei (1910–1945) ujawnia fundamentalne różnice w celach, metodach i skutkach.
Skala ofiar
• Polska pod Niemcami: Straty to około 6 milionów ludzi, w tym 3 miliony Żydów i 3 miliony etnicznych Polaków. Masowe egzekucje, obozy zagłady (Auschwitz, Majdanek), codzienne łapanki i głód jako broń. Generalplan Ost zakładał wyludnienie Polski i kolonizację przez Niemców.
• Korea pod Japonią: Ofiary szacowane na setki tysięcy, głównie z głodu, pracy przymusowej i represji. Brak planowego ludobójstwa; najcięższe zbrodnie to „comfort women” i przymusowa mobilizacja.
Charakter okupacji
• Polska: Niemcy realizowali politykę eksterminacji i wyniszczenia. Polacy mieli być niewolnikami, a Żydzi – zgładzeni. Polska była traktowana jako teren do wyludnienia i kolonizacji, nie asymilacji. Codzienność to terror: publiczne egzekucje, obozy, deportacje.
• Korea: Japonia prowadziła politykę asymilacji i podporządkowania. Koreańczycy mieli stać się „drugorzędnymi Japończykami” – lojalnymi poddanymi cesarza. Choć brutalna (zakaz języka, indoktrynacja), okupacja miała elementy modernizacji (koleje, szkoły). Nie było obozów zagłady, a represje koncentrowały się na kontroli i eksploatacji.
Trauma psychologiczna
• Polska: Trauma „niebytu” – naród patrzył, jak miliony giną, a miasta są palone.
• Korea: Trauma „poniżenia” – utrata języka, nazwisk, tożsamości.

Koreańskie uczennice szkoły średniej pod eskortą japońskiego oficera po przymusowej wizycie w chramie shintō w Gwangju

Porównania Polski i Korei wynikają z geopolitycznych analogii: oba kraje znalazły się między potężnymi sąsiadami, straciły suwerenność, walczyły o przetrwanie. Koreański Ruch 1 Marca (1919) inspirował się polskimi walkami o niepodległość. Jednak uproszczenia, jak „przeżyliśmy to samo”, ignorują różnice. Polska doświadczyła apokalipsy biologicznej – eksterminacji i wyniszczenia. Korea – upokarzającej kolonizacji i wojny domowej. Generalplan Ost to plan zagłady; japońska japonizacja – podporządkowania. Skala ofiar, cele okupantów i codzienne realia były odmienne.
Polska i Korea to dwa narody, które przetrwały dzięki niezwykłej determinacji. Polska przeszła przez piekło eksterminacji, Korea – przez dramat upokorzenia i bratobójczej wojny. Porównania łączą je w walce o wolność, ale różnice w traumach narodowych są zbyt duże, by stawiać znak równości. Historia uczy nas szacunku dla faktów i unikania powierzchownych analogii. Obie nacje zasługują na uznanie za swoją niezłomność, ale ich drogi przez XX wiek były unikalne.

Wystawa w berlińskiej szkole zachęca Niemców do udziału w kolonizacji obszaru Kraju Warty w Polsce (1942)
Korea Południowa

Pułkownik Choi Chang-sik: Kozioł ofiarny wojny koreańskiej

Płk Choi Chang-sik – jedna z najbardziej tragicznych postaci wojny koreańskiej
Zniszczony most Hangang
Uchodźcy przechodzą przez tymczasową kładkę w pobliżu zniszczonego mostu
Kwiecień 1958 r. Odbudowa mostu Hangang.
Kapitan Charles McVay
15 Maj 1958 roku. Otwarcie nowego mostu Hangang
Chiny · Japonia · Korea Południowa · Wietnam

Koreański hanbok: Piękno bez zmysłowości

🇰🇷 Hanbok (fot. Pinterest)

Hanbok, tradycyjny koreański strój, często bywa uznawany za najmniej zmysłowy wśród wielkiej czwórki wschodnioazjatyckich ubiorów: hanboka, kimona, qipao i ao dai. Jego luźna, zakrywająca sylwetkę forma, pastelowe kolory i brak jakichkolwiek niedopowiedzeń nie są przypadkiem ani wadą – to świadomy wybór, głęboko zakorzeniony w konfucjańskiej filozofii dynastii Joseon (1392–1897). Jednak to, co tradycyjnie określano jako „piękno moralne” hanboka, budzi dziś pytania: czy ten strój celebruje harmonię, czy raczej narzuca patriarchalną kontrolę nad kobiecą ekspresją? Przyjrzyjmy się temu z bliska.

🇰🇷 Hanbok (fot. hanchao.com)

Kobiecy hanbok to strój, który nie pozostawia miejsca na eksponowanie sylwetki. Chima, szeroka spódnica w kształcie kopuły, zaczyna się tuż pod biustem i sięga ziemi, maskując talię, biodra i nogi. Jeogori, górna część stroju, zakrywa szyję, obojczyki i ramiona, a długie, szerokie rękawy dopełniają efektu całkowitego zasłonięcia. Efekt? Kobieta w hanboku wygląda jak pastelowa, urocza bryła – estetycznie zachwycająca, ale całkowicie aseksualna.
Taka forma nie jest przypadkowa. Hanbok powstał w społeczeństwie konfucjańskim, gdzie kobieta miała być uosobieniem cnót – matką, żoną, córką – a nie obiektem pożądania. W okresie Joseon, kiedy hanbok przybrał swoją klasyczną formę, kobieca zmysłowość w przestrzeni publicznej była tabu. Strój miał wyrażać pokorę i „przynosić spokój”, a nie kusić. Ciało, postrzegane jako potencjalne źródło chaosu i pokus, musiało zostać ukryte.

🇯🇵 Kimono (fot. Pinterest)

W przeciwieństwie do innych tradycyjnych strojów Azji Wschodniej, hanbok nie flirtuje z wyobraźnią. Porównajmy:
• Kimono (Japonia): Subtelnie odsłania kark – uznawany w Japonii za zmysłowy – a rytuał jego noszenia, np. uchylenie rękawa, buduje aurę niedopowiedzenia.
• Qipao (Chiny): W swojej nowoczesnej formie ciasno opina piersi i biodra, a rozcięcie do uda podkreśla każdy krok.
• Ao dai (Wietnam): Lejąca się tkanina kontrastuje obcisłą górą z rozciętą tuniką, tworząc efekt elegancji i subtelnej zmysłowości.
Hanbok nie robi nic z tych rzeczy. Nie ma prześwitu, asymetrii ani napięcia między „widać” a „nie widać”. Jego statyczna, luźna forma unieruchamia sylwetkę, jakby mówiła: „Tu nie ma nic do oglądania”. Seksapil, który w dużej mierze opiera się na grze niedopowiedzeń, jest w hanboku świadomie wyeliminowany.

🇨🇳 Qipao (fot. Pinterest)

Konfucjanizm, który ukształtował hanbok, promował ideę „piękna moralnego” – estetyki, w której kobieta miała być niewidzialna jako obiekt pożądania, a widoczna jako uosobienie cnót. W traktatach takich jak Samgang Haengsildo (XVI w.) podkreślano czystość, posłuszeństwo i poświęcenie. Hanbok, jako „zbroja cnót”, był narzędziem tej ideologii: wysoka chima i obszerna jeogori deseksualizowały kobietę, podporządkowując ją społecznym oczekiwaniom.
Z dzisiejszej perspektywy to „piękno moralne” budzi kontrowersje. Nie było ono wyborem kobiet, lecz wymogiem patriarchalnego społeczeństwa, które postrzegało kobiecą seksualność jako zagrożenie dla porządku społecznego. Kobiety, które przyciągały uwagę wyglądem, mogły być posądzane o niemoralność. Hanbok nie tylko ukrywał ciało, ale także ograniczał kobiecą ekspresję, narzucając jednowymiarowy ideał skromności. Współczesna krytyka wskazuje, że takie normy internalizowały w kobietach poczucie wstydu związanego z ich ciałem, czyniąc hanbok nie tylko strojem, ale i instrumentem społecznej kontroli.

🇻🇳 Ao dai (fot. Pinterest)

Mimo tych uwag, hanbok pozostaje fascynującym przykładem estetyki opartej na harmonii i prostocie. Jego piękno – określane jako quiet beauty – wynika z:
• Harmonii kolorów: Pastelowe odcienie i delikatne gradienty, często oparte na obangsaek (pięciu podstawowych barwach kosmologicznych), tworzą spokojną, nieprzeciążoną wizualnie całość.
• Miękkości linii: Brak ostrych krawędzi czy podkreślania sylwetki – wszystko jest płynne i łagodne.
• Rytualnej grzeczności: Hanbok, jako strój ceremonialny, wyraża szacunek i powściągliwość, a nie spontaniczność.
W przeciwieństwie do qipao (odważnego), ao dai (subtelnie uwodzicielskiego) czy kimona (rytualnie zmysłowego), hanbok jest jak czajnik z celadonu: idealny w formie, ale niepożądany w sensie zmysłowym.

🇨🇳 Qipao (fot. Pinterest)

Współczesne podejście do hanboka pokazuje, że jego forma może być reinterpretowana. Projektanci tacy jak Lee Young-hee tworzą hyundai hanbok – wersje z krótszymi jeogori, węższymi spódnicami czy lżejszymi materiałami, które czasem podkreślają sylwetkę. Te zmiany są odpowiedzią na krytykę patriarchalnych korzeni stroju, dając kobietom możliwość wyrażania indywidualności, a nawet zmysłowości. To dowód, że hanbok może ewoluować, oddzielając swoje estetyczne walory od konfucjańskich ram.

🇰🇷 Współczesna interpretacja hanbok (fot. Pinterest)

Współczesne Koreanki, szczególnie młodsze pokolenia, coraz rzadziej noszą hanbok, nawet podczas tradycyjnych świąt, takich jak Chuseok czy Seollal. Zamiast tego, na co dzień wybierają obcisłe dżinsy, legginsy czy przylegające koszulki, które eksponują talię, biodra, piersi i nogi – czyli wszystko, co hanbok świadomie ukrywał. Ta gwałtowna zmiana estetyki odzwierciedla głębokie przemiany społeczne i psychologiczne. Globalizacja, wpływ zachodniej mody i wzrost świadomości kobiecej autonomii w Korei Południowej pozwoliły kobietom przejąć kontrolę nad swoją ekspresją. Noszenie odzieży podkreślającej ciało jest formą wyzwolenia z konfucjańskich norm, które narzucały skromność i deseksualizację. Dla wielu młodych kobiet eksponowanie sylwetki to nie tylko kwestia estetyki, ale także manifestacja autonomii i pewności siebie. Psychologicznie, może to być reakcja na dziesięciolecia tłumienia kobiecej indywidualności – potrzeba wyrażenia zmysłowości staje się sposobem na odzyskanie prawa do własnego ciała i tożsamości. Jednak ta zmiana budzi też pytania: czy jest to pełna emancypacja, czy może nowe normy, narzucane przez globalną kulturę konsumpcyjną i media, które promują inny, ale równie sztywny ideał kobiecości?

Współczesna Koreanka zamiast „workowatego” hanbok często wybiera odzież obcisłą (fot. koreaavenue.com)

Kobiecy hanbok jest aseksualny nie przez przypadek, lecz z powodu świadomego projektowania w duchu konfucjańskiej ideologii, która stawiała moralność ponad fizycznością. Jego luźna forma i brak gry niedopowiedzeń odzwierciedlają patriarchalny ideał „piękna moralnego”, które jednak było narzędziem kontroli nad kobiecą ekspresją. Choć hanbok fascynuje harmonią i prostotą, jego historia przypomina o ograniczeniach narzucanych kobietom. Współczesne odejście od hanboka na rzecz odzieży eksponującej ciało pokazuje, jak młode Koreanki redefiniują piękno, odrzucając patriarchalne ramy na rzecz autonomii i indywidualności. Hanbok, choć wciąż symbol koreańskiej kultury, staje się świadectwem zarówno dawnych ograniczeń, jak i nowych możliwości.

Etiopia · Korea Południowa

Zapomniani bohaterowie Korei: Czarna gwardia w obronie wolności

Etiopscy żołnierze w Korei

Gdy w 1950 roku Organizacja Narodów Zjednoczonych zaapelowała o wsparcie dla Korei Południowej, pogrążonej w brutalnym konflikcie z Koreą Północną, pierwszym afrykańskim krajem, który odpowiedział, była Etiopia. To zaskakujące z dzisiejszej perspektywy, ale decyzja cesarza Hajle Selasje I była czymś więcej niż tylko gestem politycznym. Była manifestacją honoru, solidarności i pamięci o własnej walce o wolność. Etiopia, kraj nigdy nieskolonizowany, wysłała do Korei swoje najlepsze wojska – elitarny Kagnew Battalion – by walczyć o sprawiedliwość na drugim końcu świata. Oto historia „czarnych Spartan”, którzy zadziwili świat swoją odwagą i niezłomnością.

Etiopscy żołnierze w Korei

W 1950 roku Etiopia była krajem o bogatej, trwającej ponad trzy tysiące lat historii, który jako jeden z nielicznych w Afryce oparł się kolonializmowi. Wspomnienia włoskiej inwazji (1935–1936) i braku wsparcia ze strony Ligi Narodów wciąż były żywe w pamięci cesarza Hajle Selasje. Gdy ONZ wezwała do solidarności w obronie Korei Południowej, cesarz widział w tym szansę nie tylko na pokazanie siły Etiopii, ale także na oddanie sprawiedliwości dziejowej. Etiopia walczyła w Korei nie dla zysków, sojuszy czy wpływów, lecz dla idei – by stanąć po stronie narodu, który, podobnie jak Etiopia w przeszłości, zmagał się z agresją.
Cesarz Hajle Selasje wysłał do Korei trzy bataliony Cesarskiej Gwardii, łącznie około 3 500 żołnierzy, nazwanych „Kagnew Battalion” na cześć historycznej bitwy w Erytrei, będącej wówczas częścią Etiopii. Byli to najlepsi z najlepszych – elita armii etiopskiej, szkolona z żelazną dyscypliną, przepojona dumą imperialną i głęboką wiarą chrześcijańską. Ich motywacja była unikalna: walczyli nie jako „Afrykanie” w stereotypowym sensie, lecz jako dziedzice starożytnego imperium, lojalni wobec cesarza i przekonani o moralnej słuszności swojej misji.

Etiopskie hełmy przeciwsłoneczne w wojnie koreańskiej

Bataliony Kagnew wylądowały w Korei w 1951 roku i szybko zyskały szacunek aliantów. Pod dowództwem 7. Dywizji Piechoty USA walczyli na najtrudniejszych odcinkach frontu – w górzystych, mroźnych terenach, gdzie odwaga i wytrzymałość były kluczowe. Ich styl walki wyróżniał się niezwykłą dyscypliną, precyzją i niezłomnością. Etiopczycy nigdy nie oddali jeńca wrogowi ani nie stracili powierzonej pozycji – wyczyn, który zadziwiał nawet doświadczonych dowódców amerykańskich.
W bitwach takich jak Pork Chop Hill czy Old Baldy Kagnew Battalion pokazał, że potrafi utrzymać pozycje wbrew przeważającym siłom wroga, często bez wsparcia artylerii czy lotnictwa. Ich odwaga i skuteczność zyskały im przydomek „czarnych Spartan” wśród Amerykanów, którzy podziwiali ich nieustępliwość i dumę wojownika. Straty etiopskie były stosunkowo niskie – 121 zabitych i 536 rannych – co świadczy o ich doskonałym wyszkoleniu i taktycznym mistrzostwie.

Etiopscy żołnierze w Korei


Co sprawiało, że Kagnew Battalion był tak wyjątkowy? Klucz leży w psychologii etiopskich żołnierzy, ukształtowanej przez unikalny kontekst historyczny i kulturowy:
• Duma imperialna: Żołnierze walczyli jako przedstawiciele cesarza i narodu o ponad trzech tysiącach lat niepodległej historii. Byli dziedzicami królestwa Aksum i zwycięzców bitwy pod Aduą (1896), gdzie Etiopia pokonała Włochy, umacniając swoją suwerenność.
• Brak mentalności kolonialnej: W przeciwieństwie do wielu innych narodów afrykańskich, Etiopia nigdy nie była w pełni skolonizowana, co dawało jej żołnierzom poczucie wyjątkowości i niezależności. Nie walczyli jako „poddani” obcego mocarstwa, lecz jako równi partnerzy ONZ.
• Religia i moralność: Większość żołnierzy była wyznawcami Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego, głęboko wierzącymi w sprawiedliwość i karę za zło. Ich wiara dodawała im siły w obliczu trudów wojny i wzmacniała poczucie misji.
• Solidarność z cierpiącymi: Etiopia, która sama doświadczyła inwazji i izolacji międzynarodowej, widziała w Korei Południowej naród walczący o przetrwanie. Kagnew Battalion walczył, by oddać solidarność, której Etiopia nie otrzymała w swojej historii.

Kapelan batalionu Kagnew w Korei

Udział Etiopii w wojnie koreańskiej miał znaczenie wykraczające poza pole bitwy. Dla cesarza Hajle Selasje był to sposób na wzmocnienie pozycji Etiopii na arenie międzynarodowej i pokazanie, że kraj jest równorzędnym graczem w globalnej polityce. Dla żołnierzy Kagnew była to misja honoru, w której mogli udowodnić swoją wartość i oddać hołd wartościom, w które wierzyli. Po wojnie Etiopia zyskała szacunek USA i ONZ, a doświadczenie Kagnew Battalion przyczyniło się do modernizacji etiopskiej armii dzięki dostępowi do amerykańskiego sprzętu i szkolenia.

Etiopscy żołnierze w Korei

Po zakończeniu wojny koreańskiej bohaterowie Kagnew Battalion wrócili do Etiopii jako symbole dumy narodowej, a ich udział w konflikcie wzmocnił pozycję kraju na arenie międzynarodowej. Jednak po zamachu stanu w 1974 roku, gdy marksistowska junta wojskowa, znana jako Derg, obaliła cesarza Hajle Selasje, los weteranów dramatycznie się zmienił. Nowe władze, promujące ideologię socjalistyczną i odrzucające imperialną przeszłość, uznały Cesarską Gwardię, w tym weteranów Kagnew, za ideologicznych wrogów. Rozpoczęły się brutalne represje i czystki wymierzone w dawne elity armii. Wielu byłych żołnierzy Kagnew Battalion, niegdyś czczonych jako „czarni Spartanie”, zostało uwięzionych, torturowanych lub straconych. Inni musieli uciekać z kraju lub żyć w ukryciu, zmagając się z prześladowaniami i utratą statusu. Ta tragiczna ironia – bohaterowie, którzy walczyli za honor Etiopii, stali się ofiarami nowej władzy – pozostaje mrocznym rozdziałem w historii kraju, przypominającym o kruchości pamięci narodowej w obliczu politycznych przewrotów.

Etiopscy weterani z batalionu Kagnew, którzy walczyli u boku 7. Dywizji Piechoty Armii Stanów Zjednoczonych (fot. army.mil)
Japonia · Korea Południowa

Świątynie Wschodu i Zachodu: Jak architektura wyznacza granicę między codziennością a świętością

Brama tori w sintoistycznym chramie Fushimi Inara-taisha w Kioto

Porównanie świątyń sintoistycznych, buddyjskich i kościołów katolickich ujawnia zaskakująco wiele podobieństw, mimo różnic kulturowych i teologicznych. Przykładowo w religiach wschodu, jak sintoizm w Japonii czy buddyzm w Korei i Japonii, bramy takie jak torii, sanmon czy iljumun pełnią funkcję symboliczną i praktyczną. Są one fizyczną granicą oddzielającą codzienny, zwykły świat od przestrzeni świętej, gdzie przebywają kami (duchy/bóstwa w shinto) lub gdzie praktykuje się duchowe oczyszczenie. Przekroczenie bramy to moment rytualny – wierni często zatrzymują się, by się pokłonić, uznając, że wchodzą w obszar sacrum. Architektura tych bram jest prosta, ale wymowna: torii to zazwyczaj dwa słupy z poprzeczką, a iljumun może być bardziej ozdobne, ale obie sygnalizują zmianę stanu – z chaosu i brudu codzienności do harmonii i czystości świętego miejsca.

Prowadząca do seulskiej świątyni Jogyesa brama iljumun

W średniowiecznych katedrach katolickich podobną rolę odgrywa przedsionek (narteks) i przejście do nawy głównej. Architektura katedr była projektowana tak, by oddziaływać na zmysły i duszę wiernych, a symbolika światła i ciemności odgrywała tu kluczową rolę. Narteks (przedsionek) przy wejściu do katedry był zwykle ciemniejszy, węższy i często oddzielony od nawy głównej. Symbolizował świat zewnętrzny – grzeszny, chaotyczny, „ciemny” w sensie duchowym. W średniowieczu narteks był też miejscem dla tych, którzy nie mogli wejść do wnętrza, np. katechumenów (przygotowujących się do chrztu) czy pokutników.

Ołtarz w sanktuarium maryjnym Notre-Dame de Garaison we francuskiej miejscowości Monléon-Magnoac

Ciemność i prostota tego miejsca kontrastowały z tym, co czekało dalej. Po przekroczeniu progu z narteksu do nawy głównej wierny wkraczał w przestrzeń sacrum – miejsce modlitwy, liturgii i bliskości z Bogiem. Nawy były zazwyczaj wyższe, szersze i jaśniejsze dzięki dużym oknom (często witrażom), które wpuszczały światło. To przejście z ciemności do jasności miało symbolizować ruch od grzechu i niewiedzy do zbawienia i oświecenia. Światło w katedrach było metaforą boskiej obecności – w teologii chrześcijańskiej Chrystus jest często nazywany „światłością świata” (ewangelia Jana 8:12). Średniowieczni budowniczowie projektowali katedry, by odzwierciedlały drogę duszy ku Bogu. Wysokie sklepienia i witraże miały kierować wzrok (i myśli) w górę, ku niebu, a gradacja światła wzmacniała wrażenie transcendencji.

Narteks w sanktuarium maryjnym Notre-Dame de Garaison

Wraz z rozwojem architektury gotyckiej narteks stopniowo zanikał, a jego rolę przejęła kruchta – niewielki przedsionek o bardziej użytkowym charakterze. Niemniej jednak idea stopniowego przejścia z przestrzeni świeckiej do sakralnej przetrwała w koncepcji gotyckich katedr, gdzie światło, przestrzeń i wysokość wnętrza miały prowadzić wiernych ku transcendencji. W obu przypadkach – wschodnich bramach i katedrach – mamy do czynienia z ideą granicy i transformacji. Przekroczenie torii lub iljumun czy wejście z narteksu do nawy to nie tylko fizyczna zmiana miejsca, ale rytuał duchowy.

Bazylika św. Marcina w opactwo benedyktyńskie Pannonhalma na Węgrzech

Różnica leży w szczegółach: w religiach wschodu granica jest bardziej zewnętrzna i minimalistyczna (brama stoi na otwartej przestrzeni), podczas gdy w katedrach jest to proces bardziej wewnętrzny, rozciągnięty w przestrzeni budowli i wzbogacony symboliką światła. Jednak cel jest podobny – wyznaczyć moment, w którym człowiek zostawia za sobą codzienność i wkracza w sferę świętości. W katedrach gotyckich, takich jak Notre-Dame w Paryżu, efekt przejścia z ciemności do światła był szczególnie wyraźny dzięki technice witraży i rozet, które rozpraszały kolorowe światło w nawach. To dodatkowo wzmacniało wrażenie, że wierny „wychodzi z mroku” do boskiej rzeczywistości.

Narteks w bazylice św. Marcina w opactwo benedyktyńskie Pannonhalma na Węgrzech
Korea Południowa

Społeczeństwo gniewu: Korea Południowa i jej trudna relacja z emocjami

Prezydent Moon Jae-in. Spośród ostatnich pięciu koreańskich prezydentów tylko jemu udało się przejść na spokojną prezydencką emeryturę. Reszta przekonała się, co znaczy zadrzeć z sfrustrowanym koreańskim narodem.

Rywalizacja, traumy kolektywne, rozczarowujący liderzy, presja społeczna, historia pisana w cierpieniu. Koreańczycy wpadli w pułapkę własnych emocji. Dziś rano stanąłem na czerwonym świetle przy niewielkim, niemal pustym wyjeździe z osiedla. Kierowca jedynego samochodu stojącego przed pasami nie ruszył mimo zielonego światła, postanowiłem więc przejść na drugą stronę ulicy. W tym samym czasie ruszył również on. Prawdopodobnie był zajęty telefonem i nie zwracał uwagi na sygnalizację. Większość koreańskich samochodów ma przyciemniane szyby, co sprawia, że kontakt wzrokowy między pieszym a kierowcą jest niemalże niemożliwy (👇).

Mężczyzna natychmiast wielokrotnie nacisnął klakson, otworzył okno i czerwony na twarzy, z grymasem złości, wyrzucił w moim kierunku stek przekleństw. Moje przewinienie nie było warte aż tak gwałtownej reakcji. Pozwoliłem mu się jednak wykrzyczeć, a następnie w ciągu trzech sekund rozładowałem jego złość. W jaki sposób? O tym za chwilę. Koreańscy psychologowie zwracają uwagę, że mieszkańcy tego kraju są niezwykle sfrustrowani i pełni gniewu. Od dziecka są wychowywani w systemie, który uczy ich tłumienia emocji – nie powinni okazywać niezadowolenia wobec przełożonych, starszych, klientów, nauczycieli itd.. Problem w tym, że tłumione emocje nie znikają – w końcu gdzieś muszą znaleźć ujście. Ludzie nie okazują ich tam, gdzie „nie wypada”, ale pozwalają sobie na wybuchy w sytuacjach, gdzie nie ma bezpośrednich konsekwencji – np. wobec nieznajomych na ulicy, kelnerów, kasjerów, podwładnych czy w internecie. Koreańczycy żyją w społeczeństwie pełnym kontroli i oczekiwań – muszą być idealni w pracy, mieć dobre wykształcenie, dobrze wyglądać, odnosić sukcesy. Nawet na poziomie języka muszą dobierać każde słowo do wieku, statusu i relacji z rozmówcą. Nie mogą swobodnie mówić, co myślą, bo zbyt szczera wypowiedź może mieć dla nich poważne konsekwencje – np. w pracy może ich kosztować awans. Skoro nie mogą wyrazić swoich frustracji wprost, gromadzą je w sobie, aż w końcu znajdują pretekst do wybuchu. Kolejny powód to rywalizacja. Korea to społeczeństwo nastawione na współzawodnictwo – od dzieciństwa mieszkańcy kraju rywalizują o oceny, najlepsze uczelnie, pracę, pozycję społeczną. Rywalizacja w szkole. Rywalizacja w pracy. Nikt nie chce być tym, który odpada, więc ludzie żyją w ciągłym stresie. To prowadzi do chronicznego zmęczenia, wypalenia i frustracji, która musi znaleźć ujście. Koreańczycy są też chronicznie niezadowoleni z pracy polityków. Żyją w ciągłym rozczarowaniu – zazwyczaj nie znoszą obecnej władzy, a kiedy, często pod naciskiem opinii publicznej, ją zmieniają, po roku lub dwóch nie znoszą nowej. Ten cykl złości i rozczarowań wobec polityków nakręcają jeszcze media, które podsycają podziały.

Republika rozczarowań

Koreańscy badacze społeczni nie pomijają też kwestii traum narodowych. Pamięć historycznych krzywd – od japońskiej okupacji, przez podział Korei, po wojny i dyktatury – jest wciąż żywa i pielęgnowana przez edukację oraz media.
A wracając do gniewnego kierowcy. Nie dałem się wciągnąć w wymianę zdań, lecz pozwoliłem mu się wykrzyczeć, a następnie przekierowałem jego uwagę na samą złość. W najbardziej przyjazny sposób, na jaki mogłem się zdobyć, zapytałem, skąd w Koreańczykach tyle gniewu i frustracji. To pytanie wystarczyło, by zyskać jego uwagę. Jego rysy twarzy błyskawicznie złagodniały, a surowość ustąpiła miejsca zaciekawieniu. Kiedy powtórzyłem pytanie, dodając kilka przykładów agresji znanych z mediów, spojrzał przed siebie, machnął ręką i bez słowa odjechał. To nie pierwszy raz, gdy w ten sposób rozładowałem czyjąś złość. Koreańczycy są tak przyzwyczajeni do gniewu i frustracji, że często nie zdają sobie sprawy, jak bardzo są nimi przepełnieni.

„Ciągła rywalizacja doprowadza Koreańczyków do rozpaczy.”
Korea Południowa

Zmiana przekonań – koniec kultu przodków w mojej rodzinie

Na zdjęciu powyżej znajduje się grób mojego teścia w górach w pobliżu południowokoreańskiego miasta Pungi. Jego prostota i brak elementów sztuki sepulkralnej wskazują, że nie należał on do koreańskiej elity. Jego przodkowie, zapewne wolni chłopi lub rzemieślnicy z klasy sangmin, nie mieli nic wspólnego z arystokratycznym stanem yangban. Mój 58-letni szwagier, który od śmierci ojca w 2001 roku regularnie organizował ceremonie upamiętniające przodków i przygotowywał syna do przejęcia tej roli w przeszłości, ogłosił, że nadszedł czas na zerwanie z tradycją oddawani czci zmarłym i składania ofiar na ołtarzu przodków. Powiedzieć, że jego decyzja mnie zaskoczyła, to zbyt mało. Odkąd go poznałem, z nabożną czcią odprawiał te rytuały kilka razy do roku: w Święto Dziękczynienia, Nowy Rok oraz w rocznicę śmierci ojca.

Moja żona nie potrafiła wyjaśnić powodów tej nagłej zmiany. W Korei pytania o powody decyzji starszych mogą być postrzegane jako niegrzeczne lub konfrontacyjne. Skoro ktoś stojący wyżej w hierarchii coś postanawia, pozostali powinni to zaakceptować. Mnie jednak zjadała ciekawość. Okazja nadarzyła się podczas rodzinnego obiadu u szwagra. W atmosferze akceptacji, bez oceniania, bez krytyki, z autentycznym zainteresowaniem, można Koreańczykom zadawać pytania sięgające głębiej, w zakamarki ich duszy. Wtedy wielu z nich potrafi się otworzyć. Tak też zrobiłem, a jego wyjaśnienie było zaskakujące. Jako pierwszą przyczynę podał masowe odchodzenie Koreańczyków od kultu przodków i konfucjańskich rytuałów. Lecz to, co powiedział potem, zaskoczyło wszystkich gości siedzących przy stole. On, przez lata zagorzały agnostyk, po długiej walce z Bogiem i religijnością doszedł do wniosku, że Bóg istnieje i tylko w nim, w tym chaotycznym i niepewnym świecie, można odnaleźć stabilność i pełne zaufanie. Nie tylko sam fakt tej przemiany mnie zaskoczył, ale i sposób, w jaki o tym mówił: otwarcie i pogodnie. Może to refleksja nad przedwczesną śmiercią jego i mojej żony siostry w zeszłym roku przyczyniła się do odrzucenia agnostycyzmu? Może dopiero w obliczu straty dostrzegł sens wiary? To już tylko moje domysły.
Zmiana przekonań szwagra wpłynęła również na sytuację w jego rodzinie. Jego 22-letni syn, Jaewoo, student Uniwersytetu Hanyang, przez całe życie nasiąkał antychrześcijańskimi wypowiedziami ojca, sam wyrastając na przekonanego ateistę. Teraz ojciec przyjmuje wiarę, a syn w dalszym ciągu odrzuca jej przejawy. A co na to jego żona? Półaktywna buddystka, w odpowiedzi na moje pytanie spojrzała na talerz przed sobą i, niemal bez przekonania, rzuciła, że odnajduje spokój w buddyjskich świątyniach. Zachowanie dla niej nietypowe. Kiedy jest o czymś przekonana potrafi to oznajmić z całą stanowczością. Być może nie akceptuje wyboru swojego męża, ale jako lojalna żona, nie sprzeciwia się jego decyzji. Czas pokaże, jak rozwinie się sytuacja w rodzinie.

Korea Południowa · Polska

Dwa trony, jeden los: Co łączyło ostatnich królów Polski i Korei

Stanisław August Poniatowski

Historia rzadko splata losy monarchów z odległych części świata w tak podobny sposób. Mimo że dzieliły ich epoki i kontynenty, losy króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego (1732–1798) oraz króla Korei Gojonga (1852–1919) wykazują uderzające podobieństwa. Obaj byli ostatnimi suwerennymi władcami swoich państw, obaj próbowali reformować kraje w niesprzyjających warunkach, obaj musieli zmagać się z wewnętrzną opozycją i wpływami obcych mocarstw. W pewnym stopniu obaj byli również zależni od Rosji, obaj abdykowali w obliczu nieuchronnych zmian geopolitycznych, a ich kraje znalazły się pod kontrolą obcych sił. Po śmierci obaj byli krytykowani za nieudolność w obronie niepodległości.
Zarówno Stanisław August, jak i Gojong, próbowali modernizować swoje kraje. Polski monarcha zapisał się w historii przede wszystkim jako inicjator Konstytucji 3 Maja – pierwszej w Europie i drugiej na świecie. Choć przełomowa, nie wystarczyła, by ocalić państwo. Gojong z kolei próbował unowocześnić Koreę, otwierając ją na zachodnie technologie, administrację, kulturę i nowe idee. W obu przypadkach wewnętrzne podziały oraz wpływy zagranicznych mocarstw sabotowały te wysiłki.
Stanisław August był uzależniony od Rosji i Katarzyny II, podczas gdy Gojong musiał balansować między Chinami, Rosją i Japonią, próbując zachować niezależność Korei. W obu przypadkach ostatecznie to obce mocarstwa przejęły kontrolę nad ich państwami.
Stanisław August i Gojong zostali zmuszeni do ustąpienia z tronu. Polski król abdykował w 1795 roku po III rozbiorze i został wywieziony do Petersburga, gdzie do końca życia pozostawał pod nadzorem rosyjskiego dworu. Cesarz Gojong został zmuszony do abdykacji przez Japończyków w 1907 roku, co przyspieszyło aneksję Korei w 1910 roku. Do końca życia mieszkał w Seulu jako symbol utraconej niepodległości. Ciekawostką jest fakt, że kilka lat wcześniej Gojong ukrył się przed Japończykami w rosyjskim poselstwie w Seulu i przez rok rządził krajem z tego miejsca.
Obaj monarchowie zmarli jako poddani obcych mocarstw. Stanisław August odszedł w 1798 roku w Petersburgu, nie doczekawszy się odrodzenia Polski. Jego śmierć była symbolicznym końcem człowieka, który marzył o nowoczesnym państwie, lecz nie był w stanie go ocalić. Gojong, który pragnął silnej i niezależnej Korei, zmarł w 1919 roku w okupowanym przez Japończyków kraju, w dodatku w zdewastowanym pałacu, który Japończycy zdegradowali do rangi parku.
Dziś zarówno Stanisław August, jak i Gojong pozostają postaciami kontrowersyjnymi. Są krytykowani za zbytnią uległość wobec obcych sił, lecz jednocześnie docenia się ich reformy i próby unowocześnienia państw. Ich losy pokazują, że sama chęć modernizacji nie wystarczy, gdy państwo jest osłabione wewnętrznymi konfliktami i wpływami zewnętrznymi.

Król Gojong