W brytyjskim Hongkongu Chińczyk mógł być Chińczykiem – budować fortunę, zachowywać język, rodzinne tradycje i lokalną tożsamość – bez konieczności udowadniania ideologicznej lojalności. Po przekazaniu suwerenności w 1997 roku, a zwłaszcza po 2020, ten model został odwrócony: formalnej autonomii towarzyszy głęboka ingerencja w umysły i tożsamość.
Hongkong, 2014 (📷 Jacek Wachowiak)
Paradoks, który boli Pekin
Hongkong brytyjski był kolonią tylko na papierze. Psychologicznie i cywilizacyjnie był terytorium wolnej gry – miejscem, gdzie Chińczyk mógł być Chińczykiem, robić ogromne pieniądze i nie musieć nikomu udowadniać lojalności emocjonalnej. Po 1997 roku wszystko się odwróciło: formalnie „specjalny region autonomiczny”, de facto najintensywniejsza kolonizacja umysłów w historii współczesnych Chin.
Brytyjczycy nie kolonizowali dusz
Brytyjczycy nie przyszli do Hongkongu „cywilizować dzikusów”. Przyszli robić interesy. Dali common law, ochronę własności, stabilne reguły gry i… zostawili ludzi w spokoju. Nie ruszali chińskich struktur rodzinnych, nie narzucali masowo języka angielskiego, nie próbowali wychowywać Chińczyków na Brytyjczyków. Nie było misji ideologicznej, plantacyjnej ani rasowo-hierarchicznej. Przekaz był prosty: „Zróbcie pieniądze. My pilnujemy ram.”
Właśnie dlatego Hongkong nigdy nie wykształcił klasycznej mentalności kolonialnej – postawy ofiary, kompleksu niższości, oczekiwania, że metropolia coś „da”, „uratuje” albo „wskaże sens”. Hongkończyk ufał kontraktowi, nie ideologii. Myślał kategoriami działania, nie narracji krzywdy. Nie miał w głowie „my biedni, oni nami rządzą”. Miał w głowie: „ja ryzykuję, ja zarabiam, ja odpowiadam”.
Hongkong, 2015 (📷 Jacek Wachowiak)
Chińska propaganda „kolonii” – narzędzie moralne
Pekin zaczął używać słowa „kolonia” dopiero po fakcie – i to jako kij moralny, nie opis faktów. Cel był jeden: zdelegalizować cały dorobek instytucjonalny lat 1842–1997, przedstawić Hongkong jako ranne dziecko, które trzeba „ocalić” i „wyleczyć” oraz wymazać lokalną podmiotowość historyczną.
Tyle że Hongkong nigdy nie zachowywał się jak ofiara. Ofiary internalizują narrację krzywdy, czekają na wybawiciela, mówią językiem pretensji. Hongkong handlował, ryzykował i uciekał do przodu. Był terytorium wolnej gry, nie kolonią dusz.
Hongkong, 2020 (📷 Jacek Wachowiak)
Odwrócenie schematu – prawdziwa kolonizacja zaczyna się po 1997
I tu dochodzimy do największego paradoksu: Brytyjski Hongkong był kolonią formalną, ale bez kolonizacji psychiki. Chiński Hongkong po 1997 (a zwłaszcza po 2019/2020) stał się nie-kolonią z najcięższą kolonizacją umysłów w historii Chin.
Po 1997 roku (szczególnie po ustawie o bezpieczeństwie narodowym z 2020) Pekin zaczął robić dokładnie to, czego Brytyjczycy nigdy nie robili: przeprogramowywać tożsamość, wymuszać rytuał patriotyczny, zastępować kontrakt lojalnością emocjonalną wobec partii, zamieniać sprawczość na „harmonię” i wprowadzać „wychowanie patriotyczne” w szkołach i reinterpretować całą historię To jest klasyczna kolonizacja umysłów – tyle że prowadzona przez państwo, które samo siebie przedstawia jako „wyzwoliciela spod kolonialnego jarzma”.
Hongkong, 2024 (📷 Jacek Wachowiak)
Dlaczego Pekin tak bardzo boi się Hongkongu?
Bo Hongkong (ten sprzed 2019) był żywym dowodem, że Chińczyk może być bardzo bogaty bez daru od Partii, żyć w wysokim porządku społecznym opartym na prawie, a nie na kontroli i ideologii, być Chińczykiem i jednocześnie nie akceptować leninowskiego autorytaryzmu, mieć silną tożsamość lokalną i nie być „odszczepieńcem”. To herezja. W sensie religijnym i politycznym.
Partia jest mesjanistyczna: „tylko my możemy wskrzesić wielki naród chiński”. Hongkong pokazuje, że można być „bardzo chińskim” (język, rodzina, konfucjańskie wartości, szacunek dla nauki i pracy) i jednocześnie nie potrzebować mesjasza w postaci partii. To podważa cały mit legitymizujący władzę CCP. Herezji się nie negocjuje. Herezję się unieważnia.
Ironia historii
Hongkong brytyjski był kolonią bez kolonizacji dusz. Hongkong po 2020 stał się nie-kolonią z najcięższą kolonizacją psychiczną w historii Chin. To nie jest powrót do macierzy. To jest przejęcie macierzy przez kogoś, kto nie potrafi znieść, że dziecko wyrosło samodzielne i nie chce już siadać na kolanach matki.
Rewolucja przemysłowa nie była tylko kwestią węgla, maszyn i kolonii. Była przede wszystkim efektem pewnego rodzaju umysłu – umysłu, który odważył się myśleć samodzielnie, podważać autorytety i testować rzeczywistość eksperymentem. Ten rodzaj umysłu wykształcił się w Europie, ale nie w Azji Wschodniej – mimo że tamtejsze społeczeństwa były przez wieki bogatsze, bardziej uporządkowane i intelektualnie zdolne. Kluczową różnicą był brak rewolucji wolnomyślicieli: w Korei Joseon, Chinach Qing i Japonii Tokugawa filozofia i nauka pozostały narzędziami państwa, nigdy nie stały się przestrzenią prywatnego buntu.
Sokrates wprowadził krytyczne myślenie jako centralną praktykę filozoficzną: zamiast przyjmować opinie na wiarę, zmuszał do badania własnych przekonań, ujawniania sprzeczności i dążenia do jasnych definicji. To właśnie metoda sokratejska stała się wzorcem racjonalnego dochodzenia do prawdy, który przetrwał w filozofii, nauce, prawie i edukacji aż do dziś.
Wielka Dywergencja i brak iskry wolnej myśli
Od wielu dekad historycy i myśliciele próbują odpowiedzieć na pytanie, dlaczego rewolucja przemysłowa, powstanie nowoczesnej nauki i eksplozja idei liberalnych miały miejsce na Zachodzie, a nie w innych regionach świata – w szczególności nie w Azji Wschodniej, której mieszkańcy od wieków wykazywali bardzo wysoki poziom inteligencji i zdolności organizacyjnych. Przyczyn jest wiele, a żadna z nich nie działa w pojedynkę. Jedną z najważniejszych, choć rzadziej podkreślaną, jest brak w Azji Wschodniej tego, co w Europie można nazwać rewolucją wolnomyślicieli.
W Europie filozofia nigdy nie stała się własnością państwa. Sokrates podważał Ateny, nie im służył. Stoicy zachowywali dystans wobec władzy cesarskiej. Scholastycy spierali się z Kościołem. Oświecenie kontestowało monarchię absolutną. Kant zwracał się do króla pruskiego słowami „Sapere aude” – odważ się myśleć samodzielnie.
W Azji Wschodniej, a zwłaszcza w Korei okresu Joseon, filozofia była monopolem państwowym. Konfucjanizm neo-konfucjański stał się oficjalną ideologią państwa. Yangban – elita urzędnicza – byli jednocześnie filozofami i funkcjonariuszami systemu. Edukacja miała charakter inkubatora posłuszeństwa. Nie istniała przestrzeń dla sceptycyzmu, otwartej debaty ani intelektualnego buntu. Myślenie służyło harmonii i państwu – a służba państwu oznaczała konformizm.
Gary Walton, założyciel i dyrektor Muzeum Czcionki i Druku w Cincinnati, prezentuje replikę prasy Gutenberga. Chiny wynalazły druk z bloków drewnianych już w VII–VIII wieku, a ruchome czcionki około 1040 r. w czasie Song. Korea poszła dalej: w okresie Goryeo (ok. 1234–1250) udoskonalono metalowe ruchome czcionki (brązowe, odlewane), a najstarsza zachowana książka drukowana tą metodą to Jikji (1377) – powstałą prawie 80 lat przed Biblią Gutenberga (1455). A jednak dopiero Gutenberg (ok. 1440–1450) i jego prasa drukarska zrewolucjonizowały świat, otwierając drogę do masowego rozpowszechniania wiedzy, renesansu, rewolucji naukowej i wreszcie przemysłowej.
Pięć wieków monolitu – Joseon jako model stagnacji
Dynastia Joseon rządziła Koreą przez pięć wieków (1392–1897/1910) – dłużej niż istniały niektóre cywilizacje. Przez ten czas religia pozostała ta sama, ideologia ta sama, hierarchia ta sama, język polityczny ten sam, prawa te same. Myślenie kopiowano z ojca na syna. Pięćset lat jednej, niekwestionowanej doktryny wytworzyło mentalność absolutnej zgodności. W Europie idee starzały się, ścierały, rodziły rewolucje – renesans, reformacja, kontrreformacja, nowa nauka, oświecenie. W Korei idee leżały nieruchomo.
Korea nie miała konkurencyjnych religii, pluralizmu myśli, klasy mieszczan zdolnej rozbijać struktury feudalne, akademickiej swobody, wolnej prasy ani humanizmu w europejskim sensie. Społeczeństwo pozostawało rolnicze, izolowane, jednolite, hierarchiczne. Nie istniały klasy średnie ani intelektualne burze. Rewolucje wolnomyślicieli rodzą się tam, gdzie idee się o siebie ocierają. W Korei tarcia nie było. Był monolit.
Konfucjanizm kontra nauka – „Nie wymyślaj, powtarzaj”
Nauka wymaga hipotezy, eksperymentu, odrzucenia autorytetu, testowania i krytyki. Konfucjanizm koreański głosił coś innego: „Nie wymyślaj. Powtarzaj autorytety”. Dlatego nie powstała w Korei elita eksperymentatorów, odkrywców ani badaczy kontestacyjnych. Nie wykształcił się naukowy sceptycyzm. Myślący samodzielnie nigdy nie otrzymali kulturowej legitymacji.
W Europie Giordano Bruno spłonął, ale pamięć o nim przetrwała; Galileusz został uciszony, lecz nauka zwyciężyła; Voltaire był prześladowany, ale miał publiczność; David Hume publikował kontrowersyjne prace; Kierkegaard pozostawał outsiderem, lecz miał przestrzeń. W Korei każdy buntownik intelektualny trafiał do więzienia, na wygnanie lub ginął. Innowacja była herezją konfucjańską. Indywidualność postrzegano jako chaos, a chaos jako zagrożenie dla harmonii.
Śmierć księcia Sohyeon to jedna z największych tragedii Joseon – nie tylko stracono potencjalnie wielkiego króla, ale też zabito szansę na inny bieg historii Korei
Książę Sohyeon – śmierć pierwszej szansy na renesans
Najbardziej dramatycznym przykładem jest los księcia Sohyeona (1612–1645), najstarszego syna króla Injo. Po inwazji mandżurskiej w latach 1636–1637 spędził blisko dekadę jako zakładnik na dworze Qing. Tam zetknął się z jezuitami – w szczególności z Johannem Adamem Schallem von Bellem – i poznał zachodnią naukę: astronomię kopernikańską, matematykę wyższą, logikę, instrumenty (globusy, lunety, zegary mechaniczne), teologię chrześcijańską oraz nowocześniejszą administrację.
Wrócił do Seulu w lutym 1645 roku nie tylko z wiedzą, ale z czymś znacznie groźniejszym – z samodzielnością myślenia. Zobaczył alternatywny model rzeczywistości. Dla państwa opartego na jednym, niepodważalnym modelu konfucjańskim było to jak detonacja.
Dwa miesiące po powrocie, w maju 1645 roku, książę nagle zmarł. Oficjalnie podano chorobę (być może malarię lub infekcję), lecz zapisy medyczne i objawy – zmiana koloru skóry, krwawienie z uszu, oczu i nosa, niezwykle szybki rozkład ciała – wskazują na otrucie. Legenda mówi o uderzeniu kałamarzem z atramentem przez samego króla Injo.
Bez względu na dokładną przyczynę, polityczny sens śmierci był jasny: należało zapobiec zmianie kulturowej. Po zgonie Sohyeona jego żonę otruto pod pretekstem zdrady, dzieci zesłano na wyspę Jeju (gdzie większość z nich zmarła), wszystkie notatki zniszczono, instrumenty naukowe rozbito, a idee pogrzebano. To publiczne oświadczenie: w tym kraju nie ma miejsca na wolnomyślicieli.
Śmierć Sohyeona ustawiła Joseon na kolejne 250 lat. Państwo zamknęło się jeszcze mocniej, odrzuciło każdy ślad zachodniej nauki, zniszczyło zaczątki możliwego koreańskiego renesansu i zabiło pierwszą realną szansę na racjonalizm i krytykę autorytetu.
Johann Adam Schall von Bell
Europa kontra Azja Wschodnia – mechanizmy represji i nagród
Porównanie z Europą jest uderzające. Tam Wolter walczył z Kościołem, Paine z monarchią, Rousseau ze społeczeństwem, Locke z tyranią, Jefferson z absolutyzmem. W Korei ci, którzy myśleli przeciwko systemowi, nie przeżywali. Ci, którzy myśleli za systemem, robili kariery. Ci, którzy nie myśleli, tworzyli masę społeczną. Taki mechanizm zabijał indywidualność przez stulecia.
W szerszym kontekście Azji Wschodniej sytuacja była podobna. Chiny Qing i Japonia Tokugawa również tłumiły niezależną myśl i innowację na rzecz stabilności i hierarchii. Dopiero zewnętrzne wstrząsy – w przypadku Japonii przybycie Perry’ego w 1853 roku, w przypadku Korei kolonizacja japońska i później wojna koreańska – zmusiły region do otwarcia i modernizacji.
Dziedzictwo Joseon we współczesnej Korei
„Cud nad Hanem” w Korei Południowej od lat 60. XX wieku pokazał, że kultura może ewoluować. Dziś Seul jest jednym z najważniejszych centrów innowacji na świecie. Jednak korzenie konfucjańskiego konformizmu wciąż są wyczuwalne – w edukacji, w korporacjach, w strukturach władzy. To przypomina, że długotrwała stabilność bez tarcia idei prowadzi do stagnacji intelektualnej i technologicznej.
W erze globalizacji i sztucznej inteligencji lekcja Joseon pozostaje aktualna: rewolucje rodzą się nie z harmonii, lecz z konfliktu idei i odwagi myślenia samodzielnego.
Źródła i inspiracje:
Ian Morris, Why the West Rules-for Now: The Patterns of History, and What They Reveal About the Future, 2010
Thomas E. Woods Jr., Jak Kościół katolicki zbudował zachodnią cywilizację, 2006
Jennifer McNabb, Renaissance: The Transformation of the West, 2018
Roczniki dynastii Joseon, 1392-1910
Nishiyama Matunosuke, Edo Culture: Daily Life and Diversions in Urban Japan, 1600–1868, 1997
Hanbok, tradycyjny koreański strój, często bywa uznawany za najmniej zmysłowy wśród wielkiej czwórki wschodnioazjatyckich ubiorów: hanboka, kimona, qipao i ao dai. Jego luźna, zakrywająca sylwetkę forma, pastelowe kolory i brak jakichkolwiek niedopowiedzeń nie są przypadkiem ani wadą – to świadomy wybór, głęboko zakorzeniony w konfucjańskiej filozofii dynastii Joseon (1392–1897). Jednak to, co tradycyjnie określano jako „piękno moralne” hanboka, budzi dziś pytania: czy ten strój celebruje harmonię, czy raczej narzuca patriarchalną kontrolę nad kobiecą ekspresją? Przyjrzyjmy się temu z bliska.
🇰🇷 Hanbok (fot. hanchao.com)
Kobiecy hanbok to strój, który nie pozostawia miejsca na eksponowanie sylwetki. Chima, szeroka spódnica w kształcie kopuły, zaczyna się tuż pod biustem i sięga ziemi, maskując talię, biodra i nogi. Jeogori, górna część stroju, zakrywa szyję, obojczyki i ramiona, a długie, szerokie rękawy dopełniają efektu całkowitego zasłonięcia. Efekt? Kobieta w hanboku wygląda jak pastelowa, urocza bryła – estetycznie zachwycająca, ale całkowicie aseksualna. Taka forma nie jest przypadkowa. Hanbok powstał w społeczeństwie konfucjańskim, gdzie kobieta miała być uosobieniem cnót – matką, żoną, córką – a nie obiektem pożądania. W okresie Joseon, kiedy hanbok przybrał swoją klasyczną formę, kobieca zmysłowość w przestrzeni publicznej była tabu. Strój miał wyrażać pokorę i „przynosić spokój”, a nie kusić. Ciało, postrzegane jako potencjalne źródło chaosu i pokus, musiało zostać ukryte.
🇯🇵 Kimono (fot. Pinterest)
W przeciwieństwie do innych tradycyjnych strojów Azji Wschodniej, hanbok nie flirtuje z wyobraźnią. Porównajmy: • Kimono (Japonia): Subtelnie odsłania kark – uznawany w Japonii za zmysłowy – a rytuał jego noszenia, np. uchylenie rękawa, buduje aurę niedopowiedzenia. • Qipao (Chiny): W swojej nowoczesnej formie ciasno opina piersi i biodra, a rozcięcie do uda podkreśla każdy krok. • Ao dai (Wietnam): Lejąca się tkanina kontrastuje obcisłą górą z rozciętą tuniką, tworząc efekt elegancji i subtelnej zmysłowości. Hanbok nie robi nic z tych rzeczy. Nie ma prześwitu, asymetrii ani napięcia między „widać” a „nie widać”. Jego statyczna, luźna forma unieruchamia sylwetkę, jakby mówiła: „Tu nie ma nic do oglądania”. Seksapil, który w dużej mierze opiera się na grze niedopowiedzeń, jest w hanboku świadomie wyeliminowany.
🇨🇳 Qipao (fot. Pinterest)
Konfucjanizm, który ukształtował hanbok, promował ideę „piękna moralnego” – estetyki, w której kobieta miała być niewidzialna jako obiekt pożądania, a widoczna jako uosobienie cnót. W traktatach takich jak Samgang Haengsildo (XVI w.) podkreślano czystość, posłuszeństwo i poświęcenie. Hanbok, jako „zbroja cnót”, był narzędziem tej ideologii: wysoka chima i obszerna jeogori deseksualizowały kobietę, podporządkowując ją społecznym oczekiwaniom. Z dzisiejszej perspektywy to „piękno moralne” budzi kontrowersje. Nie było ono wyborem kobiet, lecz wymogiem patriarchalnego społeczeństwa, które postrzegało kobiecą seksualność jako zagrożenie dla porządku społecznego. Kobiety, które przyciągały uwagę wyglądem, mogły być posądzane o niemoralność. Hanbok nie tylko ukrywał ciało, ale także ograniczał kobiecą ekspresję, narzucając jednowymiarowy ideał skromności. Współczesna krytyka wskazuje, że takie normy internalizowały w kobietach poczucie wstydu związanego z ich ciałem, czyniąc hanbok nie tylko strojem, ale i instrumentem społecznej kontroli.
🇻🇳 Ao dai (fot. Pinterest)
Mimo tych uwag, hanbok pozostaje fascynującym przykładem estetyki opartej na harmonii i prostocie. Jego piękno – określane jako quiet beauty – wynika z: • Harmonii kolorów: Pastelowe odcienie i delikatne gradienty, często oparte na obangsaek (pięciu podstawowych barwach kosmologicznych), tworzą spokojną, nieprzeciążoną wizualnie całość. • Miękkości linii: Brak ostrych krawędzi czy podkreślania sylwetki – wszystko jest płynne i łagodne. • Rytualnej grzeczności: Hanbok, jako strój ceremonialny, wyraża szacunek i powściągliwość, a nie spontaniczność. W przeciwieństwie do qipao (odważnego), ao dai (subtelnie uwodzicielskiego) czy kimona (rytualnie zmysłowego), hanbok jest jak czajnik z celadonu: idealny w formie, ale niepożądany w sensie zmysłowym.
🇨🇳 Qipao (fot. Pinterest)
Współczesne podejście do hanboka pokazuje, że jego forma może być reinterpretowana. Projektanci tacy jak Lee Young-hee tworzą hyundai hanbok – wersje z krótszymi jeogori, węższymi spódnicami czy lżejszymi materiałami, które czasem podkreślają sylwetkę. Te zmiany są odpowiedzią na krytykę patriarchalnych korzeni stroju, dając kobietom możliwość wyrażania indywidualności, a nawet zmysłowości. To dowód, że hanbok może ewoluować, oddzielając swoje estetyczne walory od konfucjańskich ram.
Współczesne Koreanki, szczególnie młodsze pokolenia, coraz rzadziej noszą hanbok, nawet podczas tradycyjnych świąt, takich jak Chuseok czy Seollal. Zamiast tego, na co dzień wybierają obcisłe dżinsy, legginsy czy przylegające koszulki, które eksponują talię, biodra, piersi i nogi – czyli wszystko, co hanbok świadomie ukrywał. Ta gwałtowna zmiana estetyki odzwierciedla głębokie przemiany społeczne i psychologiczne. Globalizacja, wpływ zachodniej mody i wzrost świadomości kobiecej autonomii w Korei Południowej pozwoliły kobietom przejąć kontrolę nad swoją ekspresją. Noszenie odzieży podkreślającej ciało jest formą wyzwolenia z konfucjańskich norm, które narzucały skromność i deseksualizację. Dla wielu młodych kobiet eksponowanie sylwetki to nie tylko kwestia estetyki, ale także manifestacja autonomii i pewności siebie. Psychologicznie, może to być reakcja na dziesięciolecia tłumienia kobiecej indywidualności – potrzeba wyrażenia zmysłowości staje się sposobem na odzyskanie prawa do własnego ciała i tożsamości. Jednak ta zmiana budzi też pytania: czy jest to pełna emancypacja, czy może nowe normy, narzucane przez globalną kulturę konsumpcyjną i media, które promują inny, ale równie sztywny ideał kobiecości?
Współczesna Koreanka zamiast „workowatego” hanbok często wybiera odzież obcisłą (fot. koreaavenue.com)
Kobiecy hanbok jest aseksualny nie przez przypadek, lecz z powodu świadomego projektowania w duchu konfucjańskiej ideologii, która stawiała moralność ponad fizycznością. Jego luźna forma i brak gry niedopowiedzeń odzwierciedlają patriarchalny ideał „piękna moralnego”, które jednak było narzędziem kontroli nad kobiecą ekspresją. Choć hanbok fascynuje harmonią i prostotą, jego historia przypomina o ograniczeniach narzucanych kobietom. Współczesne odejście od hanboka na rzecz odzieży eksponującej ciało pokazuje, jak młode Koreanki redefiniują piękno, odrzucając patriarchalne ramy na rzecz autonomii i indywidualności. Hanbok, choć wciąż symbol koreańskiej kultury, staje się świadectwem zarówno dawnych ograniczeń, jak i nowych możliwości.
Stare filmy mają swój urok, ale niektóre role potrafią dziś zaskoczyć. Azjatyccy bohaterowie grani przez białych aktorów w mocnym makijażu? To była codzienność Hollywood przez wiele dekad. Ówczesne decyzje obsadowe, zrozumiałe w kontekście tamtej epoki, ograniczały różnorodność na ekranie. Dziś oceniamy je inaczej niż kiedyś, bo branża filmowa ewoluuje razem ze społeczeństwem.
Marlon Brando w filmie Herbaciarnia „Pod Księżycem”
W 1956 roku Marlon Brando wystąpił w filmie Herbaciarnia „Pod Księżycem” w roli Okinawczyka o imieniu Sakini. Każdego dnia przed zdjęciami spędzał niemal dwie godziny w charakteryzacji: zmieniano kolor skóry, modelowano usta i brwi, stylizowano włosy, a najbardziej kontrowersyjnym elementem były protezy powiek mające nadać jego oczom „azjatycki wygląd”.
Dziś taka charakteryzacja budzi oczywiste kontrowersje. Warto jednak pamiętać, że nie była ona wyjątkiem, lecz normą w klasycznym Hollywood. Co ciekawe, w tym samym filmie rolę Kwiatu Lotosu zagrała japońska aktorka Michiko Kyō, nominowana za tę kreację do Złotego Globu. Hollywood potrafiło więc zatrudniać azjatyckich aktorów — byle nie na pierwszym planie.
Marlon Brando (L) i Michiko Kyo
Tradycja „żółtej maski”
Praktyka obsadzania białych aktorów w rolach Azjatów sięga początków amerykańskiego kina. Już od lat 1910. Europejczycy wcielali się w postacie Chińczyków i Japończyków, niemal zawsze w sposób stereotypowy: przesadna mimika, karykaturalna mowa ciała, „egzotyczna” obcość.
W 1944 roku Katharine Hepburn zagrała Chinkę — przywódczynię lokalnego ruchu oporu — w filmie Dragon Seed, opowiadającym o japońskiej okupacji Chin. Aktorka starała się naśladować maniery i gesty Chinek, jednak efekt został powszechnie uznany za sztuczny i nieprzekonujący.
Problemem nie był brak talentu Hepburn. Problemem było przekonanie Hollywood, że „prawdziwa” Azjatka nie jest w stanie unieść ciężaru głównej roli dla zachodniej widowni.
Katharine Hepburn w filmie „Dragon Seed”
Jednym z najbardziej znanych przykładów tej logiki była obsada serialu Kung Fu. W rolę mnicha Shaolin — pół Chińczyka, pół Amerykanina — wcielił się David Carradine. Pierwotnie to Bruce Lee był autorem pomysłu i naturalnym kandydatem do tej roli. Ostatecznie jednak uznano, że jego akcent jest „zbyt azjatycki”, wcześniejsze role były zbyt dynamiczne, a przede wszystkim, że amerykańska publiczność nie zaakceptuje Azjaty jako głównego bohatera serialu. Carradine stał się ikoną, a Bruce Lee musiał czekać jeszcze kilka lat, by przebić się na własnych warunkach.
David Carradine w „Kung Fu”
Szczególnie jaskrawym przykładem była rola pana Yunioshiego w filmie Śniadanie u Tiffany’ego. Mickey Rooney stworzył postać japońskiego fotografa jako zbiór krzykliwej karykatury: przerysowany akcent, niezdarność, groteskowe gesty. Dziś ta rola uchodzi za jeden z najbardziej kompromitujących przykładów stereotypizacji Azjatów w historii kina. Wówczas jednak była traktowana jako „niewinna komedia”.
Mickey Ronney w filmie „Śniadanie u Tiffany’ego”
Z dzisiejszej perspektywy łatwo ulec pokusie moralizowania. Tymczasem problem Hollywood nie polegał wyłącznie na rasizmie, lecz na czymś bardziej subtelnym — lęku przed obcością, która mogłaby przemówić własnym głosem.
Azjata mógł być egzotycznym tłem, postacią drugoplanową, komicznym dodatkiem lub mentorem bez erotyki. Nie mógł być natomiast pełnoprawnym nośnikiem emocji, pożądania i identyfikacji widza. Dlatego łatwiej było założyć „maskę” białemu aktorowi, niż oddać centrum narracji komuś naprawdę innemu.
Źródła i inspiracje:
Matthew Polly, Bruce Lee. Życie, Wyd. Znak Literanova, 2019
Roger Moore w filmie „Człowiek ze złotym pistoletem” (ang. „The Man with the Golden Gun”)
Jeden z moich ulubionych momentów mojego ulubionego Bonda, Rogera Moore’a. Nawiązuje on, choć w sposób żartobliwy, do trudności, jakie Europejczycy w Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej napotykali i w dalszym ciągu napotykają w sytuacjach, które wymagają od nas wykonania głębokiego ukłonu. Czasami z poważnymi tego konsekwencjami. W roku 1793 podczas audiencji Lorda George’a Macartneya u chińskiego cesarza Qianlonga doszło do skandalu dyplomatycznego. Brytyjczyk odmówił wykonania ukłonu kowtow.
Lord George Macartney
W Chinach okresu Dynastii Qing (1644-1912), system hołdu i kowtow były integralną częścią relacji dyplomatycznych. Kowtow oznaczało trzykrotne upadnięcie na kolana i dziewięciokrotne dotknięcie głową ziemi jako wyraz najwyższego szacunku i uległości wobec cesarza. Wszystkie państwa, które chciały utrzymywać stosunki z Chinami, musiały przestrzegać tego rytuału, co symbolizowało ich podległość wobec cesarstwa. Brytyjczycy przyzwyczajeni byli do równoprawnego traktowania w dyplomacji europejskiej i nie zamierzali uznać wyższości cesarza nad swoim królem. Przed audiencją Macartney był świadomy, że oczekuje się od niego wykonania kowtow, ale był zdeterminowany, by tego uniknąć.
Cesarz Qianlong
Wyraził zgodę na kompromis. Zamiast kowtow, on i jego świta wykonali jedno głębokie zgięcie nogi w kolanie, co w brytyjskim protokole było formą szacunku dla koronowanych głów i innych godnych osobistości, ale nie było równoznaczne z uznaniem wyższości cesarza nad królem Jerzym III. Ten gest jednak nie zadowolił cesarza Qianlonga. Chiński władca nie wyraził otwarcie niezadowolenia w trakcie audiencji, ale zinterpretował gest Macartneya jako brak należytego szacunku. W konsekwencji Brytyjczycy nie osiągnęli żadnego z zamierzonych celów misji.
Kowtow
Niektórzy historycy twierdzą, że odmowa Macartneya stanowiła punkt zwrotny w stosunkach chińsko-brytyjskich i przyczyniła się do wybuchu wojen opiumowych. W roku 1666 w podobne tarapaty wpadł ambasador holenderski, Pieter de Goyer, który odmówił wykonania kowtow przed cesarzem Kangxi. Doprowadziło to do tymczasowego wstrzymania relacji handlowych pomiędzy Chinami a Holandią. 23 lata po niefortunnej audiencji lorda Macartneya u cesarza Quianlonga z podobnymi kłopotami spotkała się brytyjska misja pod wodzą Lorda Williama Amhersta. Amherst został wezwany przed cesarza Jiaqinga, ale odmówił wykonania kowtow, co również skutkowało przedwczesnym zakończeniem wizyty.
Lord William Amherst Roger Moore przed walką kłania się swojemu przeciwnikowi, jednakże nie pochyla się jednakowo nisko.
W roku 1907 do gabinetu Sigmunda Freuda przyszedł młody mężczyzna, doktor prawa nazwiskiem Ernst Lanzer. Zmagający się z bolesnymi objawami natręctw i lękiem przed szczurami 29-latek zyskał od Freuda przydomek Człowiek od szczurów (Rattenmannem) i stał się jednym z najbardziej znanych pacjentów austriackiego psychoanalityka. Lanzer od początku sprawiał wrażenie człowieka inteligentnego, o jasnym umyśle, dlatego Freud nakazał mu mówić wszystko, co tylko przyjdzie mu do głowy, nawet jeśli będzie to sprawiało ból, wydawało się mało ważne, bezsensowne lub niezwiązane z tematem. Okazało się, że w trakcie manewrów wojskowych kilka miesięcy wcześniej „jeden z dowódców opowiedział […] o okrutnej torturze stosowanej w dawnych Chinach z wykorzystaniem szczurów. Ofiarę sadzano na wiadrze, w którym umieszczano gryzonia, a następnie dno naczynia podgrzewano; w końcu nieszczęsne zwierzę, chcąc uciec, wgryzało się w odbyt ofiary.” (Iwona Kienzler – „Freud. Miłość i psychoanaliza”). Opis katuszy był na tyle sugestywny, że Lanzer zaczął odczuwać irracjonalny strach przed torturami, których ofiarami mieli być jego ojciec i dziewczyna. Oddawał się kompulsywnym zachowaniom, takim jak liczenie, powtarzanie słów lub modlitw, aby tylko odpędzić od siebie irytujące myśli i obrazy. Zaczął miewać trudności z koncentracją. Według Freuda po kilkunastu miesiącach terapii pacjent został uwolniony od objawów obsesyjnych, jednak sześć lat później, w trakcie I wojny światowej, zginął on w Rosji.
Tortury lingchi
W starożytnych Chinach stosowano różne formy tortur i egzekucji; by wspomnieć chociażby stosowaną jeszcze na początku XX wieku niezwykle brutalną karę tysiąca cięć (lingchi), która polegała na wielokrotnym wycinaniu ostrym narzędziem ciała skazanego, zaczynając od miejsc mniej istotnych i mniej bolesnych, takich jak skóra i uszy, stopniowo przechodząc do mięśni i organów wewnętrznych, zadając w ten sposób okrutny ból i wydłużając proces umierania więźnia (w niektórych przypadkach skazanym podawano środek odurzający, zazwyczaj opium, w innych znów upokarzano ich okaleczając ich ciała post mortem). Brak jednakże dowodów na to, że Chińczycy kiedykolwiek stosowali tortury z wykorzystaniem szczurów.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na YouTube oraz X (d. Twitterze)
Peter Paul Rubens – „Mężczyzna w koreańskim kostiumie”
Peter Paul Rubens (1577-1640), flamandzki malarz i jeden z najbardziej wpływowych artystów epoki baroku, ok. roku 1617 naszkicował tajemniczą postać Azjaty. Ponad 300 lat później, w roku 1934 brytyjska historyk sztuki Claire Stuart Wortley wysunęła teorię, że tematem szkicu może być pierwszy Koreańczyk, który postawił nogę na kontynencie europejskim. Nazywał się Antonio Corea i był niewolnikiem zakupionym w Japonii przez florenckiego podróżnika i kupca Francesco Carlettiego. Corea został schwytany podczas japońskiej inwazji na Koreę w latach 1592-1598. W jej wyniku wielu Koreańczyków i Koreanek dostało się do japońskiej niewoli, a następnie uprowadzonych zostało do Japonii.
Peter Paul Rubens, autoportret z roku 1623
Antonio Corea był jednym z nich. Po pojmaniu, Corea trafił do Nagasaki, gdzie został sprzedany jako niewolnik. W 1597 roku, Corea wraz z kilkoma innymi Koreańczykami zostali zakupieni przez Carlettiego. Razem z Toskańczykiem Corea opuścił Japonię w marcu 1598 roku i w drodze do Europy odwiedził różne kraje, w tym Chiny, Malezję, Indie oraz wyspę Świętej Heleny, gdzie Koreańczyk omal nie stracił życia w wyniku ataku holenderskich okrętów na ich galeon. Uratował go ponoć krucyfiks, który zawiesił sobie na szyi. Holendrzy, którzy bezlitośnie wycinali marynarzy ze statku Florentczyka darowali mu życie. Wraz z nim do Holandii w roku 1602 dotarł również Carletti.
Francesco Carletti, „Moja podróż dookoła świata”
W swoim notatniku toskański podróżnik zapisał: „Z nadmorskich prowincji Korei przywieźli [Japończycy] nieskończoną liczbę mężczyzn i kobiet, chłopców i dziewcząt w każdym wieku, a wszyscy zostali sprzedani jako niewolnicy po najniższych cenach. Kupiłem pięciu z nich za niewiele ponad dwanaście skudów. Ochrzciwszy ich, zabrałem ich ze sobą do Goa w Indiach i tam ich uwolniłem. Jednego z nich przywiozłem ze sobą do Florencji i myślę, że dzisiaj można go znaleźć w Rzymie, gdzie jest znany jako António.” Niewiele wiadomo na temat życia Antonio na Półwyspie Apenińskim, istnieją jednak teorie, że Corea może mieć potomków we Włoszech, szczególnie w regionie Albi w Kalabrii, choć te twierdzenia nie są poparte solidnymi dowodami.
Peter Paul Rubens, „Cuda św. Franciszka Ksawerego”, rok 1617 1618
Czy rysunek Rubensa faktycznie przedstawia Anionio Coreę? Tożsamość i pochodzenie osoby przedstawionej na szkicu holenderskiego malarza są od lat przedmiotem sporów historyków sztuki. Niektórzy sugerują, że Rubens mógł spotkać Antonio w Rzymie około roku 1607, gdzie malarz przebywał wraz ze swoim przyjacielem i pierwszym uczniem Deodatem del Monte. Inni skłaniają się ku teorii, że Rubens naszkicował postać chińskiego kupca Ypponga, jednego z pierwszych Chińczyków, którzy przybyli do Europy, tym bardziej, że to jego wizerunek prawdopodobnie widnieje na obrazie Rubensa „Cuda św. Franciszka Ksawerego” z roku 1617 lub 1618. Corea i Yppong nigdy się nie spotkali.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Wizerunek Azjaty na obrazie Rubensa „Cuda św. Franciszka Ksawerego”
Japoński właściciel włoskiej restauracji w Tokio (👆) zdecydował, że z powodu „częstych przypadków przemocy i nękania pracowników” nie będzie obsługiwał koreańskich i chińskich klientów. Koreańczycy poczuli się urażeni i media koreańskie piszą o gwałtownej reakcji mieszkańców kraju, jednakże dyskryminacja cudzoziemców ma długą tradycję w całej Azji Wschodniej, nie tylko w Japonii.
(👆) W roku 2013 w oknie restauracji w Pekinie pojawiła się wywieszka informująca turystów łamaną angielszczyzną, że „nie obsługuje się Japończyków, Filipińczyków, Wietnamczyków i psów”. W tym przypadku właściciel restauracji odmawiał serwowania posiłków klientom pochodzącym z trzech krajów zaangażowanych w spory terytorialne z Chinami.
(👆) Napis informujący o niesprzedawaniu artykułów tytoniowych i alkoholu obcokrajowcom pojawił się kilka lat temu w witrynie jednego z koreańskich sklepów spożywczych, a w 2016 roku bar w popularnej wśród młodzieży i studentów seulskiej dzielnicy Hongdae swoją decyzję o ograniczeniu obsługi wyłącznie do Koreańczyków tłumaczył barierą językową (👇).
(👇) Niektóre z wywieszek potrafią być nawet całkiem zabawne, jak choćby ta informująca, że z 47 przypadków złamania przez klientów japońskich mieczy, aż 42 dotyczyły zagranicznych turystów, którzy, w przeciwieństwie do winnych niezgulstwa Japończyków, nigdy za swój czyn nie przeprosili. „Nienawidzimy zagranicznych turystów. Wynocha.”
Pomimo tego, że we wszystkich trzech krajach regularnie dochodzi do skandali związanych z dyskryminacją cudzoziemców, wielu Azjatom najbardziej w pamięci utkwił incydent, który nigdy się nie wydarzył. Przynętę połknął nawet Bruce Lee, który w filmie „Wściekła pięść” z roku 1972 rozbija efektownym kopnięciem drewnianą tabliczkę informującą mieszkańców Szanghaju, że „Chińczykom i psom wstęp wzbroniony”.
Kadr z filmu „Wściekła pięść” Bruce Lee jednym uderzeniem stopy rozprawia się z antychińskimi nastrojami w Szanghaju
Do dziś wielu Chińczyków sądzi, że takie tabliczki rzeczywiście umieszczano przy bramach prowadzących do parków. Jak piszą autorzy artykułu „Zakaz wstępu psom i Chińczykom w Szanghaju” przez kilkadziesiąt lat, aż do roku 1928 większość Chińczyków faktycznie miała zakaz wstępu do parków administrowanych przez Radę Miejską Szanghaju (założona w roku 1854 przez grupę w większości brytyjskich i amerykańskich przedsiębiorców, w celu zarządzania dzielnicą obcokrajowców Shanghai International Settlement). Zakaz dotyczył także wprowadzania psów, gry w piłkę, jazdy na rowerze i dewastowania zieleni i był rygorystycznie egzekwowany zwłaszcza w pierwszych trzech dekadach XX wieku, jednakże brak jest dowodów na to, że kiedykolwiek miało miejsce zestawienie w jednym zdaniu zakazu korzystania z parku przez Chińczyków i psy.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Tablica informacyjna z parku w Szanghaju, rok 1917Szanghaj, koniec lat 20. XX wieku.
Nowy Jork, lata 20. XX w. Chiński marynarz zostaje aresztowany za próbę przemytu opium (👆). Od końca XIX wieku do połowy lat 20. wieku XX chińska dzielnica w Nowym Jorku była areną gangsterskiej aktywności, przemocy, handlu narkotykami, hazardu i przemytu chińskich migrantów. W roku 1870 w Wielkim Jabłku mieszkało prawdopodobnie nie więcej niż 100 Chińczyków. 20 lat później było już ich kilkanaście tysięcy. Większość z nich znajdowała zatrudnienie w pralniach lub na targowiskach prowadzonych przez chińskich imigrantów, z których tylko garstka posiadała amerykańskie obywatelstwo i sprawnie posługiwała się językiem angielskim. Z czasem, podobnie jak w innych amerykańskich miastach zamieszkałych przez chińską diasporę, zaczęły organizować się tam nieoficjalne struktury samorządowe silnie powiązane z półświatkiem. Rywalizacja pomiędzy dwoma gangami stała się przyczyną rozlewu krwi, z którym nie potrafiła sobie poradzić skorumpowana nowojorska policja.
Tom Lee
Na czele grupy On Leong stał Tom Lee, imigrant z Chin, nieoficjalny burmistrz kształtującego się Chinatown, który prowadził nielegalne jaskinie hazardu, palarnie opium i skutecznie przemawiał do kieszeni policjantów i dziennikarzy. Jego rywalem był trzydzieści lat młodszy i bezwzględny Young Mock Duck, przywódca gangu Hip Sing Tong.
Young Mock Duck
Do pierwszego morderstwa doszło w roku 1900 na ulicy Pell, co doprowadziło do eskalacji przemocy. W roku 1905 w trakcie przedstawienia w Chińskim Teatrze przy ulicy Doyers siepacze Hip Sing otworzyli ogień do członków konkurencyjnego gangu zabijając czterech z nich, a przy okazji dwóch przypadkowych widzów, jednakże dopiero inne morderstwo wywołało w NYC gwałtowną falę niechęci mieszkańców miasta do Chińczyków.
Skrzyżowanie ulic Pell i Doyers, ok 1910 r.
W roku 1909 w mieszkaniu pracownika chińskiej restauracji znaleziono zwłoki Elsie Sigel, zaledwie 19-letniej białej misjonarki i wnuczki znanego weterana wojny secesyjnej, generała Franka Sigela. Rząd federalny wkroczył jednak do akcji dopiero w roku 1925 po zamordowaniu dwójki gangsterów z grupy On Leong zmarłego 7 lat wcześniej Toma Lee. Agenci federalni nie przejmowali się takimi „błahostkami” jak prawa człowieka czy nakaz aresztowania i przymykali każdego Chińczyka, który mógł mieć cokolwiek wspólnego z wojną gangów. Taktyka ta okazała się skuteczna i wkrótce w Chinatown zapanował spokój.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Chiński handlarz w Chinatown w San Francisco (SF), ok. 1900 r.
Wprawdzie młody Henryk Sienkiewicz w trakcie swoich amerykańskich wojaży (1876-1878) do Teksasu nigdy nie dotarł, ale za to pisał o chińskich imigrantach w Ameryce, w tym o Chinkach, które, jeśli wierzyć jego słowom, gdyż potrafił czasami bujać na skrzydłach fantazji, swoimi stopami ogrzewały w nocy jego własne zmarznięte stopy. W liście pisanym z Kalifornii do swojego przyjaciela Daniela Zglińskiego pisarz zdobył się na wyjątkową szczerość. Dziś jego słowa uznalibyśmy za nieprzyzwoite i obelżywe, ale warto myślę je przytoczyć: „Tego interesu, który Pan lubisz nad wszelki statek ziemski, wprawdzie czasem brak – ale Chinki zastępują go, jak mogą. Tylko moja skromność, tylko wszelki brak miłości własnej wstrzymuje mnie od pochwalenia się przed Wami, ile razy…”. Dalej możemy przeczytać, że „Chinki się golą, ale nie dość często, skutkiem tego ‚ten interes’ wygląda jak twarda szczotka”.
Chińska telefonistka w SF Chinatown
Twierdził również, że do jego „tipi” zaglądała Indianka, jednakże ani Chinki, ani Indianki nie mogły równać się z Murzynkami: „Powiadam Wam: klękajcie narody. Panie! Sprowadź Pan sobie koniecznie chociaż kominiarza, żeby nabrać pojęcia o tych rozkoszach”. Miał za to Sienkiewicz to wyjątkowe szczęście spacerować uliczkami starego Chinatown w San Francisco, zanim nie strawił tej dzielnicy pożar w roku 1906. „Dziwne wrażenie robi tu ta ludność gwarna i ruchliwa, ubrana w jednakowe kostiumy, o cerze żółtej, skośnych oczach i długich, sięgających ziemi warkoczach.”
SF Chinatown, 1898 r.
Zauważył, że z wyjątkiem patrolujących ulice policjantów, niewielu spotyka się w Chinatown ludzi białych. Pisał, że w godzinach wieczornych w okolicach chińskiego teatru zbiera się chuliganeria z całego miasta i często dochodzi do bójek pomiędzy nimi a Chińczykami. Chińczycy wg Sienkiewicza nie wchodzili w drogę białym, ale „między sobą […] kłócą się dość często i równie często kłótnie kończą się pchnięciem noża”. Sprawiali również sporo kłopotów stróżom prawa: „Skłonni są także dosyć do kradzieży”. Wszyscy mieszkańcy dzielnicy podobni są do siebie „jak dwie krople wody” i nieskorzy do współpracy z policją. Dostrzegł wszechobecną wśród chińskich imigrantów biedę: „Cała też ludność chińska prowadzi życie lada jakie, niechlujne i niezdrowe.
Palarnia opium, SF Chinatown, ok. 1900 r.Chiński rzeźnik i sklep spożywczy, SF Chinatown, ok. 1885 r.
Mieszkania chińskie, zawsze przepełnione, są zaraźliwymi jamami, w których grasuje syfilis i ospa. Pojęć o racjonalnej higienie nie mają żadnych; jedzą byle co”, a „skąpstwo chińskie przechodzi wszelkie wyobrażenia.” Sienkiewicz nie ustrzegł się jednak hipokryzji. W liście do Zglińskiego bardzo instrumentalnie potraktował kobiety, jednak czytelnikom swoich popularnych reportaży starał się dowieść, że „moralność Chińczyków kalifornijskich stoi na dosyć niskim stopniu”. Ponieważ aż 90% Chińczyków w Chinatown to mężczyźni „kwitnie między nimi […] rozpusta”. Prosperowały nielegalne domy publiczne oraz poliandria: „Między dziesięcioma Chińczykami zajmującymi mieszkanie znajduje się jedna kobieta, żyją z nią wszyscy razem”. Twierdził, że „żółci” zabierają pracę białym, zarazem jednak zauważył, że „położone na bezpłodnych wydmach i wzgórzach piaszczystych” San Francisco Chińczykom i ich „mrówczej pracy” zawdzięcza fantastyczny rozwój sadów i ogrodów.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Henryk Sienkiewicz pozuje do fotografii przed wyjazdem na safariOkolice Chinatown, ok. 1900 r. 📷 Arnold Genthe Okolice Chinatown, ok. 1900 r. 📷 Arnold Genthe SF Chinatown, 1904 r.