Fotografia, która wciąż wzrusza Japończyków do łez. Autorem zdjęcia wykonanego dwa miesiace po ataku atomowym na Nagasaki w sierpniu 1945 roku był amerykański fotograf Joe O’Donnell. Zauważył bosonogiego chłopca stojącego w kolejce do krematorium z ciałem brata uwiązanym do jego pleców. Gdy przyszła jego kolej, mężczyźni obsługujący krematorium odebrali zwłoki i złożyli je w urządzeniu kremacyjnym. Chłopiec, stojąc w dalszym ciągu w pozycji widocznej na fotografii, obserwował kremację, po czym w milczeniu odszedł. Do dziś nie udało się ustalić tożsamości chłopca. Prawdopodobnie po stracie rodziców w wyniku wybuchu bomby, chłopcy przez dwa miesiace błąkali się po mieście. Opatrunek w nosie świadczy o nieustającym krwawieniu spowodowanym uszkodzeniem szpiku kostnego w wyniku ekspozycji na radioaktywne promieniowanie.
W Korei dynastii Joseon (1392-1897) oraz Japonii w okresie Edo (1603-1868) najczęstszą formą kary za drobne przestępstwa (np. kradzież) był tatuaż na środku czoła. (Za poważniejsze przestępstwa kary były znacznie surowsze). W Korei również zbiegli niewolnicy byli w ten sposób oznaczani, a i zakochani tatuowali czasami swoje ciała.
Kiedy mój syn kilka lat temu poinformował swoją mamę o chęci wytatuowania przedramienia, moja żona wpadła w panikę. Niezależne Koreanki rzadko zwracają się do mężów o pomoc w sprawach wychowawczych, ale tym razem żona schowała ambicję do kieszeni i poprosiła bym z nim poważnie porozmawiał.
Tatuaż miłosny w Korei (fot. Grafika Google)
Dla mojej żony tatuaż kojarzy się z przestępczością. „Tylko gangsterzy i inni kryminaliści oszpecają w ten sposób swoje ciało” – pogląd podzielany wciąż przez większość Koreańczyków. „Oznaka braku szacunku dla rodziców, dziadków i przodków” dodają często starsi. Młodsze pokolenie jest bardziej otwarte na tatuaże, ale lęk przed wykluczeniem, uprzedzeniami lub złością zniechęca wielu z nich do wykonania zabiegu. Większość z tych, którzy się zdecydowali, najczęściej ukrywa swoje malowidła. Tym bardziej zaskoczyła mnie dziewczyna z tatuażem, której fotografię wykonałem w metrze przed godziną, chwilę zaś później młodemu mężczyźnie .
Młoda kobieta z niewielkim tatuażem na przedramieniu (Fot. JW)
W Korei legalnie tatuaże mogą być wykonywane jedynie przez osoby, które uzyskały prawo do wykonywania zawodu lekarza (również koreańskiej medycyny tradycyjnej). Pomimo przeszkód prawnych, w Seulu półlegalnie działają ponoć setki salonów tatuaży prowadzonych przez młodych ludzi bez wykształcenia medycznego. A syn? Do dziś tylko od czasu do czasu wspomni o tatuażu.
Mężczyzna z tatuażem na prawym przedramieniu (fot. JW)
Test rozbijania przedmiotów gołymi rękoma i stopami znany pod japońską nazwą „tameshiwari” najprawdopodobniej wywodzi się z chińskiego kung-fu, ale spopularyzowany został przez najsłynniejszego „łamacza”, twórcę karate kyokushin Mas Oyamę. Ten Japończyk koreańskiego pochodzenia (Koreańczyk Zainichi) uderzeniem pięści lub kantem dłoni (shuto) rozbijał cegły, butelki, kamienie, a nawet rogi byków (trzy z nich zabił pojedynczymi uderzeniami pięści).
Masutatsu Oyama (fot. Grafika Google)
Wiele przedmiotów, takich jak deseczki czy dachówki stosunkowo łatwo jest rozbić, tym bardziej jeśli rozdzielimy je przekładkami. W przypadku bloczków betonowych (tych produkowanych wyłącznie w tym celu), do rozbijania używa się betonu niezbrojonego. Ten materiał o dość niskiej wytrzymałości dość łatwo kruszy się pod wpływem uderzenia.
Masutatsu Oyama (fot. Grafika Google)
Rozbicie cegły czy kamienia wymaga już jednak doskonałego przygotowania fizycznego (utwardzenie dłoni), teoretycznego (technika uderzenia) i mentalnego (opanowanie lęku).
(Fot. Grafika Google)
Tameshiwari nie należy mylić z tameshigiri, próbnym cięciem nowego miecza samurajskiego. Każdy ręcznie wykonany miecz należało przetestować pod kątem ostrości i wytrzymałości. Dziś używa się do tego zwiniętej słomy lub zielonego bambusa, w okresie Edo (1603-1867) najlepiej do tego miały nadawać się ludzkie ciała, zazwyczaj skazańców, zarówno te martwe, jak i te żywe.
Tameshigiri (fot. Grafika Google)
Luis Frois, portugalski misjonarz katolicki, który przebywał w Japonii w XVI w., w swoim traktacie naukowym dotyczącym różnic kulturowych pomiędzy Europejczykami a Japończykami napisał, że w przeciwieństwie do Europy, gdzie do próbnych cięć wykorzystuje się zwierzęta, w Japonii używa się do nich ludzkie ciała. Testującymi nowe miecze (o-tameshi-goyo) mogli zostać jedynie wybrani, a do najsłynniejszych należała rodzina Asaemona Yamady, przez 8 pokoleń służąca swoimi umiejętnościami kolejnym szogunom. Rekordzista miał ponoć jednym cięciem przepołowić siedem ciał, choć nie udało mi się ustalić, czy dotyczyło to żyjących skazańców, czy też uwiązanych do bambusowej konstrukcji trupów. Inny znów „wirtuoz” miecza, Yamano Eikyu w trakcie swojej kariery uśmiercić miał 6 tysięcy skazańców.
Tamashigiri (fot. Grafika Google)
Co ciekawe, nie było to zajęcie dobrze płatne, o-tameshi-goyo handlowali więc różnymi organami, zwłaszcza wątrobą, mózgiem i woreczkiem żółciowym, które służyły do… wyrobu popularnych w tym okresie lekarstw. Wierzono wówczas, że ludzkie mięso jest skutecznym antidotum na gruźlicę. „Tabletki Yamada” oraz „tabletki Asaemon” uczyniły z rodziny Yamada zamożnych ludzi. Wraz z końcem szogunatu Edo wprowadzono zakaz testowania mieczy na skazańcach oraz sprzedaży leków wyrabianych z ludzkich ciał. Skończyła się złota era rodziny Asaemona Yamady.
Popijając herbatę w popularnej seulskiej kawiarni „A Twosome Place” moją uwagę zwróciło niecodzienne zachowanie dwóch młodych mężczyzn – obaj rozmawiali szeptem, rzecz wyjątkowa w Korei, nawet wśród tutejszych kobiet. Koreańczycy to naród gorącokrwisty, skłonny do głośnych zachowań, a zachowanie tych młodych ludzi na tyle mnie zaintrygowało, że postanowiłem dyskretnie przyjrzeć się bliżej ich interakcji. Wystarczyło tylko kilka chwil, by dojść do wniosku, że stanowią oni parę. W czasie około półgodzinnej obserwacji dostrzegłem m.in.:
• Długie i intymne spojrzenia, mniej więcej tak jak robią to młodzi kochankowie płci odmiennej • Ponadprzeciętną ilość dotyku dłoni partnera rozmowy • Modne, ale gustowne fryzury obu mężczyzn, zupełnie odmienne od tak charakterystycznego, monotonnego i szablonowego grzybka noszonego przez zdecydowaną większość chłopców, nastolatków oraz młodych mężczyzn w Korei • Rozmowy odbywające się naprzemiennie w dystansie intymnym (50cm) i indywidualnym (50-120cm) • Wzajemny, intymny dotyk kolan, obecny czasami podczas bliskiej rozmowy ojca z synem, ale nie wśród heteroseksualnych przyjaciół • Jeden z mężczyzn bez skrępowania zaczął badał zawartość plecaka drugiego z mężczyzn w poszukiwaniu jakiegoś artykułu • Mężczyzna siedzący po lewej stronie był osobnikiem dominującym w związku, nieco agresywnym, co przejawiało się inną dynamiką zachowań niewerbalnych, inną mimiką twarzy, inną ekspresją gestów rąk, a także był tym który dał sygnał zarówno do wyjścia na papierosa, jak i opuszczenia lokalu. Był też tym, który dominował wzrostem i budową ciała nad swoim partnerem i za każdym razem prowadził ten dwuosobowy orszak ku wyjściu, a jego nieco zagubiony partner posłusznie za nim dreptał • Poziom intymności, swobodne i komfortowe pozycje ich ciał, oraz brak sztuczności zachowań tak charakterystyczny dla zaczynających dopiero swoją romantyczną przygodę par wskazywał, że obaj mężczyźni pomimo młodego wieku, są już razem od dłuższego czasu, jednakże na tyle krótko, że nie znudzili się jeszcze sobą, zajęci byli więc swobodną rozmową, a nie treścią wyświetlaną na ekranach telefonów, cecha znów tak dziś niestety charakterystyczna dla wielu młodych par
Koreańczycy są umiarkowanie tolerancyjni w stosunku do homoseksualistów i obowiązuje tutaj niepisana zasada „nie mów, nie pytaj”. Ci młodzi mężczyźni próbowali ukryć przed światem swoją orientację, ale równie dobrze mogliby próbować ukryć swoje istnienie. Czy będą to pary hetero- czy homoseksualne, mowa ciała w każdym jej elemencie szybko zdradzi jak bliskie relacje łączą dane osoby (koleżeństwo, przyjaźń, narzeczeństwo, małżeństwo, kochankowie).
Czasami wystarczy jeden, zdawałoby się niewiele znaczący gest, jak choćby w przypadku pewnej mieszanej pary mężczyzn (Koreańczyk i biały) spotkanej przeze mnie nie tak dawno w seulskim muzeum, by poznać co łączy spędzające razem czas osoby. Jeden z nich przechodząc obok partnera delikatnie dotknął palcami jego plecy co najmniej 15 centymetrów niżej, niż uczyniłby to mężczyzna heteroseksualny. Chwilę wcześniej zwróciłem uwagę na ich powolny chód, ograniczoną gestykulację oraz brak pewności siebie (reakcja walki lub ucieczki) charakterystyczne dla osób starających nie rzucać w oczy innych uczestników życia społecznego. Te odbiegające od normy zachowanie przyciągnęło jednak moją uwagę. Delikatne, wręcz anemiczne sylwetki oraz spokojne rysy twarzy z góry pozwoliły mi odrzucić ewentualne złe intencje obu mężczyzn. Pozostała tylko jedna możliwość i szybko utwierdzili mnie w przekonaniu, że muzeum War Memorial of Korea wybrali na miejsce potajemnej schadzki.
Jedną z przyczyn, dla których Japonia fascynuje tak wielu ludzi są unikalne i intrygujące zjawiska kulturowe, zarówno te pozytywne, jak i te mniej korzystne, historyczne jak i współczesne charakterystyczne dla tego kraju.
Kawai Ikebus w tokijskiej dzielnicy Ikebukuro (fot. Grafika Google)
Nazwy niektórych z nich, tzw. japonizmy, weszły na trwałe do języka polskiego: seppuku (harakiri) – rytualne samobójstwo, kawaii – kultura celebrowania wszystkiego co urocze, karoshi – śmierć z przepracowania, hikikomori – syndrom wycofania społecznego, ikebana (kado) – sztuka układania kwiatów, bonsai – sztuka miniaturyzowania roślin, to tylko niektóre z nich. Inne, jak washoku (📷) – tradycyjna kuchnia japońska, zapewne wkrótce staną się jego częścią. Z pośród tych mniej znanych poza Japonią, a myślę wartych uwagi tradycyjnych praktyk wymienić można mottainai, daisugi i omotenashi.
Typowe washoku składa się z białego ryżu (gohan), ryby, oraz jednego lub więcej dodatów do dania głównego (okazu) (fot. Grafika Google)
Mottainai
Słowo „mottainai” w jego współczesnym znaczeniu, „co za strata!” pochodzi z epoki Edo, kiedy to zachęcano ludzi do ponownego wykorzystywania (recyklingu) przedmiotów codziennego użytku, do czasu, aż będą nadawały się jedynie do wrzucenia w ogień, by uzyskany w ten sposób popiół można było wykorzystać na polu lub w ogrodzie. Praktyka ta wywodzi się z religii shinto i wiary, że przedmioty mogą zawierać w sobie duszę (kami), dlatego też nie należy ich niepotrzebnie marnować oraz buddyjskiej koncepcji żalu z powodu niewłaściwego użytkowania lub marnowania przedmiotów materialnych. Po II wojnie światowej, gdy Japończycy zmagali się ze skrajnym ubóstwem, słowo „mottainai” miało zachęcać ich do świadomego, mądrego korzystania z przedmiotów materialnych i niemarnowania żywności. Do dziś w Japonii za przejaw złych manier uważa się pozostawienie na talerzu resztek jedzenia.
Sukiya-zukuri (fot. Grafika Google)
Daisugi
Daisugi, to 600-letnia japońska metoda hodowli cedrów – drzew z rodziny sosnowatych, która pozwala uzyskać idealnie proste drewno. Gdy w XV w. jedna z japońskich prowincji ze względu na niekorzystne warunki klimatyczne, geograficzne i glebowe zaczęła borykać się z niedoborem sadzonek i ziemi, potrzebnej do uprawy drzew, lokalni ogrodnicy wpadli na pomysł przycinania pędów w taki sposób, by ich pień rósł w górę wyprostowany. Drewno w ten sposób uzyskane (tarugi) okazało się bardziej elastyczne i mocniejsze i używane było do produkcji elementów konstrukcyjnych, zwłaszcza więźby dachowej, tradycyjnych japońskich domów sukiya-zukuri. Dziś daisugi stosuje się głównie w celach ozdobnych.
Cedry uprawiane metodą daisugi (fot. Grafika Google)
Omotenashi
Omotenashi to japońska tradycja, sztuka i filozofia gościnności. Te trudne do zdefiniowania słowo, które można z grubsza przetłumaczyć jako „duch bezinteresownej gościnności” jest źródłem dumy Japończyków, którzy wierzą, że udało im się stworzyć unikalny na skalę światową, wyjątkowo uprzejmy sposób traktowania gości i klientów.
Ukłon pracowników odpowiedzialnych za nieskazitelną czystość wnętrz japońskich pociągów osobowych (fot. Grafika Google)
Czy będzie to głęboki ukłon wykonany w stronę pasażerów przez konduktorów pociągu, uśmiech pracowników obsługi w ryokan (tradycyjny japoński hotel), czy też uprzejme słowa skierowane do klientów depachika (popularna w Japonii część gastronomiczna w domach towarowych) gość lub klient rzeczywiście może się poczuć wyjątkowo.
Wczoraj późnym wieczorem, po godzinie 9 w parku obok mnie i polującego na świerszcze psa ociężale przeczłapał chłopak z płócienną torbą w ręce. Kanciaste kształty książek przebijały się przez materiał, a więc wracał do domu z popołudniowej szkoły (hagwon). Przygarbiona sylwetka, spuszczona głowa, torba spodem szurała po ścieżce. Daleki od stanu optymalnej formy psychicznej. Doszedł do podnóża wzgórza, zakręcił torbą jak Dawid celujący procą w Goliata i rzucił ją ze złością w kierunku drzew. Całkiem zręcznie, gdyż książki wyfrunęły w kilku kierunkach. Zrezygnowanym krokiem podszedł do torby i zaczął do niej wkładać książki. Krzyknąłem z daleka czy wszystko w porządku. Nie odpowiedział. Zbliżyłem się i ponowiłem pytanie. Znów nic. Klepnąłem go w plecy. Trochę się przestraszył, gdyż nie jest to gest stosowany w Korei, spojrzał na mnie i wyciągnął słuchawki z uszu. „Coś nie tak”? pytam. „Nienawidzę szkoły” odpowiedział po chwili wahania patrząc znów pod nogi. Wracał z zajęć matematyki i j. japońskiego. Uczeń trzeciej klasy gimnazjum. Przemęczony, wypalony. Przeszliśmy razem kawałek drogi rozmawiając. „Dziękuję, że ze mną porozmawiałeś” powiedział na koniec. Chyba nigdy wcześniej nie słyszałem z ust Koreańczyka takich słów. Problem przepracowania i depresji wśród uczniów koreańskich szkół ponadpodstawowych staje się coraz bardziej powszechny. Nauka od rana do późnego wieczora, zajęcia pozaszkolne w weekendy, niedobór snu. Hobby, życie rodzinne, gry i zabawy z rówieśnikami są im często nieznane. Po powrocie do domu postanowiłem bliżej przyjrzeć się danym w Internecie. „W porównaniu z 6.6% dorosłych, co czwarty (25.9%) uczeń gimnazjum w Korei cierpi na depresję” „Samobójstwo jest główną przyczyną śmierci nastolatków w Korei, a wskaźnik samobójstw wśród młodzieży w Korei jest najwyższy w OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju).” Depresja u nastolatków często objawia się zmęczeniem, drażliwością, obniżeniem nastroju oraz wyzywającymi zachowaniami. I rzucaniem torbą z książkami w drzewa. W marcu (nowy rok szkolny w Korei) ten młody człowiek rozpocznie naukę w szkole średniej. Będzie jeszcze trudniej.
W pewien weekend 2019 roku zatrzymałem się w hotelu niedaleko Tokyo Disneyland i za każdym razem w drodze do i ze stacji metra napotykałem ubranych w kolorowe kostiumy Japończyków. Postanowiłem powrócić za parę tygodni i poświęcić dzień na fotografowanie Japończyków w strojach znanych nam z filmów i bajek Disneya.
Tokyo Disneyland (fot. JW)
Zabrałem ze sobą niewielki aparat, w ten sposób zmuszając się do bezpośrednich interakcji z ludźmi, zamiast „bezpiecznego” fotografowania z dystansu. Większość gości przyjeżdżała do Disneylandu metrem, niektórzy już przebrani, inni wskakiwali w kostiumy w przebieralniach w centrum handlowym nieopodal parku rozrywki. Droga do głównego wejścia wiodła przez obszerny plac i tam też postanowiłem zaczaić się na moje „ofiary”.
Tokyo Disneyland. Pan z wąsem i fryzurą a’la Walt Disney poruszający się spacerowym krokiem z myszką Miki pod pachą w kierunku kas parku rozrywki ustawił się do fotografii w sekundę, niczym zawodowy model. (fot. JW)
Liczyłem się z tym, że pewna część gości parku odmówi mi zgody, reszta zaś chętnie na moją prośbę przystanie. By zwiększyć prawdopodobieństwo uzyskania zgody, podchodziłem wyłącznie (z wyjątkiem Pana z myszką Miki) do poruszających się wolno, zrelaksowanych grup osób, a tych była zdecydowana większość. Przepraszałem, przedstawiałem się, komplementowałem strój i prosiłem o zgodę na wykonanie fotografii. Japończycy zaskoczyli mnie. Na co dzień nieco nieśmiali, introwertyczni, raczej niechętnie pozwalający się fotografować na moją prośbę odpowiadali z entuzjazmem.
Tokyo Disneyland. Wokół tej pary szybko ustawiła się grupka gapiów i fotografujących. Z chęcią przystali na moją prośbę, ale ta nagła popularność wprawiła ich w zakłopotanie. (fot. JW)
Wszyscy bez wyjątku. Niektórzy pozwalali sobie nawet na pewną ekstrawagancję w pozach. Znacznie trudniej do fotografii namówić Koreańczyków w tradycyjnych strojach hanbok. Wypożyczają je w licznych zwłaszcza w seulskiej dzielnicy Jongno-gu wypożyczalniach tradycyjnej odzieży i spacerują wokół Pałacu Gyeongbokgung. Pewna część osób na prośbę kiwa głową i przyspiesza kroku, innych muszę trochę dłużej namawiać i choć ostatecznie godzą się, nie zawsze są zadowoleni.
Za trzecim razem ta para wyraziła zgodę na wykonanie zdjęcia, ale ich miny mówią wszystko (fot. JW)
Badania wskazują, że ubrania, które nosimy, wpływają na nasze postawy, zachowania, nastrój, a nawet sposób, w jaki wchodzimy w interakcje z innymi. Te noszone na co dzień (w przeciwieństwie do formalnych strojów) mogą zwiększyć naszą otwartość i ugodowość, a kolorowe kostiumy poprawiają nasze samopoczucie, zachęcają do przyjaznych interakcji, a nawet nieco ekstrawaganckich zachowań. Tak też było z napotkanymi Japończykami. W poniedziałek rano zapewne znów wskoczyli w swoje ciemne garsonki i garnitury, stając się na powrót bardzo poważnymi obywatelami Kraju Kwitnącej Wiśni.
Tokyo Disneyland. Mężczyzna stojący pierwszy od lewej odezwał się do mnie doskonałym angielskim z amerykańskim akcentem. (fot. JW)
8 listopada 1928 r. odbywający podróż dookoła świata przyszli profesorowie Tadeusz Perkitny i Leon Mroczkiewicz, w najgorszym z możliwych terminie docierają na statku Ginyo Maru do portu Jokohama w Japonii. W zalewie uśmiechów i ukłonów urzędnicy portowi odmawiają im zgody na zejście na ląd. Ich zabawna interakcja z japońskim urzędnikiem, który na pokładzie statku przywitał się z naszymi podróżnikami słowami „bon jour messieurs” może doskonale posłużyć do opisu różnic kulturowych pomiędzy naszymi krajami.
Trasa podróży dookoła świata
Słysząc te słowa, Perkitny wygłosił w języku francuskim dość długie „exposé”, któremu Japończyk uważnie się przysłuchiwał, przytakiwał głową, stroił miny i uprzejmie nie przerywał, by w końcu, gdy Perkitny doszedł już do końca stwierdzić, że nic a nic z przemówienia nie zrozumiał, gdyż nie włada francuskim i prosi o powtórzenie w j. angielskim. „Kretyn”, mruczy pod nosem Perkitny.
Jedyna fotografia z Japonii zamieszczona w książce Tadeusza Perkitnego „Okrążmy świat raz jeszcze”
Lekcja z tej zabawnej interakcji? Primo, można wywnioskować, że nie inaczej ten japoński urzędnik ocenił rozwlekłość i gadatliwość Perkitnego. Japończycy odnoszą się do naszego gawędziarstwa z pogardą, określając ją słowem „sekkyo” (kazanie) i często, choćby w negocjacjach tę naszą słabość z ochotą wykorzystują. Secundo, Japończycy za niegrzeczne uważają przerywać rozmówcy, nawet jeśli niewiele z jego mowy pojmują. Dodatkowo zdezorientować nas może nawykowe przez Japończyków kiwanie głową i wtrącanie krótkich „hai” (tak), „honto” (na prawdę?) „un” (aha) (tzw. aizuchi) podczas rozmów.
Perkitny i Mroczkiewicz
Cały tydzień zajmuje Japończykom skontaktowanie naszych młodych podróżników z dr. Eugeniuszem Banasińskim¹, polskim konsulem w Tokio, który po przybyciu na statek śmieję się, że wciąż, pomimo 3 lat spędzonych na Wyspach nie potrafi rozgryźć Japończyków. „Oni powariowali do reszty” dodaje. „Mają w tej chwili koronację nowego mikada² i (…) w każdym przybyszu widzą zamachowca.” Okazało się, że urzędnicy wbili w paszporty naszych podróżników stemple o treści: „Uwaga! Typ niebezpieczny! Nie spuszczać z niego oka!” Co naszym zuchom nie udało się w Jokohamie, nadrobili w Kobe i Moji. Dwa razy przechytrzają urzędników i bez wymaganej wizy przedostają się na ląd. W Moji (dziś dzielnica miasta Kitakiusiu) zostają jednak aresztowani, odprowadzeni pod bagnetami na statek i odtąd bacznie strzeżeni przez uzbrojonych wartowników aż do podniesienia kotwicy.
¹Dr. Eugeniusz Banasiński, od 1 czerwca 1925 r. do 30 kwietnia 1931r. kierował wydzialem konsularnym przy Poselstwie Rzeczypospolitej Polskiej w Tokio. (Źródło: Wikipedia)
²Mowa o cesarzu Hirohito. Na Chryzantemowym Tronie, po śmierci Yoshihito, cesarza Taishō, Hirohito zasiadł 25 grudnia 1926 roku, jednakże dwa lata później, w tym samym czasie, w którym statek Perkitnego i Mroczkiewicza zawijał do portu w Jokohamie, odbywała się kolejna ceremonia intronizacji cesarza (sokui), stąd też wyniknęły zarówno wzmożona czujność urzędników imigracyjnych, jak i liczne przygody dwójki naszych rodaków.
Po spacerze z psem wsiadłem wraz z dwoma mężczyznami mężczyznami. do windy – młodym sąsiadem mieszkającym z żoną i dwójką maluchów na tym samym piętrze, oraz dostawcą jedzenia, który dostarczał komuś na 13 piętrze pieczonego kurczaka. Jessie wpadła więc w podniecenie i z nosem w górze radośnie delektowała się zapachem mięsa. Wyglądała zabawnie, rzuciłem więc w kierunku mężczyzn jakiś żart. Dostawca wciśnięty w kąt szybko wbił oczy w ekran telefonu i bez słowa kciukiem zaczął przerzucać jakieś fotografie na ekranie, sąsiad natomiast w swoim kącie jeszcze bardziej zniżył głowę intensywnie wpatrując się w podłogę.
W windach, w których wielu ludzi czuje się niekomfortowo dochodzi do naruszenia przestrzeni osobistej, a czasami i intymnej, a Koreańczycy, pomimo znacznej gęstości zaludnienia w kraju, a zwłaszcza w Seulu, nie zdają się czuć w nich ani trochę bardziej komfortowo od innych nacji. Windowe savoir-vivre w Korei nie odbiega aż tak znacznie od tego w życiu codziennym – unikaj kontaktu wzrokowego i rozmów z nieznajomymi, wliczając w to przywitanie. Większość z tych sąsiadów, z którymi witam się we windzie, zdaje się czynić to tylko ze mną i to pod warunkiem, że przywitam się jako pierwszy. Kobietom przychodzi to nieco łatwiej. W naszym budynku jedynie starszy, sympatyczny i wyjątkowo jak na Koreańczyków ekstrawertyczny i pogodny jegomość lubi podyskutować we windzie (być może pewną rolę odgrywa woda ognista, którą lubi się delektować, a także brak wykształcenia wyższego, co nie jest tutaj bez znaczenia), choć zdecydowana większość sąsiadów ignoruje jego próby nawiązania rozmowy. Reszta nie zamieni słowa, choć niektórzy panowie nabierają odwagi w towarzystwie swoich żon lub własnych, małych dzieci. Jeszcze dekadę temu wiele osób czekających na windę na parterze wchodziło do niej, zanim osoby w niej się znajdujące ją opuściły (wciąż niektóre osoby w ten sposób postępują wchodząc do budynku), dziś na szczęście to już rzadkość. Panie przeciskają się zawsze przodem do ściany (ochrona piersi), panowie częściej plecami do niej (obserwacja potencjalnego zagrożenia). Panowie nie przepuszczają pań przed wejściem do windy, czasami (również młodzież) przepychają się, by dostać się do niej przed innymi. Niektóre osoby zawsze ustawiają się w swoich ulubionych kątach, prawa strona jest bardziej popularna od lewej i ja sam mam tendencję do ustawiania się po tej właśnie stronie. Panów częściej zobaczyć można wciśniętych w tylne kąty (ewolucyjnie ukształtowana potrzeba obserwacji przestrzeni), panie zaś z przodu bliżej drzwi (szybka ewakuacja i unikanie wzroku innych osób).
Nigdy nie spotkałem się z sytuacją, by ktoś stojący przy panelu sterowania spytał inną osobę znajdującą się w windzie, który przycisk dla niej wcisnąć, ani też kogoś proszącego o wciśnięcie dla niej lub niego przycisku w zatłoczonej windzie. Będą się raczej bez słowa powoli przepychać w kierunku panelu. Dziś wiele osób podróżuje windą wpatrzonych w telefony, które pozwalają im uniknąć kontaktu wzrokowego z innymi osobami znajdującymi się wewnątrz kabiny.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Patronite)
Ponad 19 lat w Korei, dziś (12 września) jednak dopiero po raz pierwszy wziąłem udział we mszy świętej celebrowanej w neogotyckiej katedrze Myeongdong, symbolu religii katolickiej w Korei.
Wnętrze katedry Myeongdong (fot. JW)
Sympatyczny włoski ksiądz, z którym rozmawiałem przed nabożeństwem udzielił mi zgody na wykonanie fotografii wnętrza świątyni – z telefonu, bez flesza i dźwięku, przed i po mszy. Innego zdania była jednak jedna z kilku pań odpowiedzialnych za zabezpieczenie porządku podczas mszy.
Kobiety z Kościelnej Służby Porządkowej (fot. JW)
Krzyżując palce wskazujące obu rąk na wysokości twarzy, dała mi do zrozumienia, 15 minut przed rozpoczęciem mszy, że obowiązuje zakaz fotografowania. Nie dyskutowałem. Wcześniej na szczęście udało mi się wykonać kilka zdjęć. Później jeszcze zwróciła mi uwagę na wciąż opadającą mi poniżej nosa maseczkę. Znaczna część kobiet zakłada w świątyni koronkową mantylkę – tradycyjne nakrycie głowy.
Kobieta w mantylce (fot. JW)
Co może cieszyć Kościół w Korei, to masa młodych ludzi obecnych na mszy, co zaś zapewne niepokoi, to niewielka liczba mężczyzn. Znaczna część osób uczestniczących we mszach to kobiety. Ławy kościelne pozbawione są klęczników, gdyż wierni zamiast zginania nóg w kolanach w trakcie mszy wykonują ukłony. W ten sam sposób wszyscy okazują szacunek świętym, witają się z duchownymi, lub też wzajemnie sobie dziękują za wspólne pozowanie do fotografii.
Ukłony w podziękowaniu za wspólne pozowanie do fotografii (fot. JW)
W kościele zamiast zbierania „na tacę”, wierni nawą główną w połowie mszy udają się w kierunku prezbiterium, by wrzucić pieniądze do wiklinowych koszy w kształcie dzbanów ustawionych wzdłóż balasków ołtarzowych.
Duchowny z koszami na datki (fot. JW)
Pierwsze zawsze wstają osoby znajdujące się najbliżej prezbiterium, dalej osoby siedzące za nimi i tak aż do ostatniej ławy w pobliżu przedsionka. Powrót na miejsce zawsze nawami bocznymi. Identyczne reguły obowiązują podczas przyjmowania komunii świętej (na rękę). Fotografię duchownego z koszami udało mi się wykonać zaraz po mszy, chwilę przed tym, zanim nakazano mi opuszczenie świątyni 🙂 Pół godziny przed mszą wpis na listę, bilet z imieniem i nazwiskiem, który należy pozostawić przy wejściu, i kolejka, w której należy się ustawić przed wejściem do budynku. Zaledwie minutę po mszy zostałem grzecznie poproszony o opuszczenie świątyni. Na zewnątrz czekała już kolejna grupa wiernych.