8 listopada 1928 r. odbywający podróż dookoła świata przyszli profesorowie Tadeusz Perkitny i Leon Mroczkiewicz, w najgorszym z możliwych terminie docierają na statku Ginyo Maru do portu Jokohama w Japonii. W zalewie uśmiechów i ukłonów urzędnicy portowi odmawiają im zgody na zejście na ląd. Ich zabawna interakcja z japońskim urzędnikiem, który na pokładzie statku przywitał się z naszymi podróżnikami słowami „bon jour messieurs” może doskonale posłużyć do opisu różnic kulturowych pomiędzy naszymi krajami.
Trasa podróży dookoła świata
Słysząc te słowa, Perkitny wygłosił w języku francuskim dość długie „exposé”, któremu Japończyk uważnie się przysłuchiwał, przytakiwał głową, stroił miny i uprzejmie nie przerywał, by w końcu, gdy Perkitny doszedł już do końca stwierdzić, że nic a nic z przemówienia nie zrozumiał, gdyż nie włada francuskim i prosi o powtórzenie w j. angielskim. „Kretyn”, mruczy pod nosem Perkitny.
Jedyna fotografia z Japonii zamieszczona w książce Tadeusza Perkitnego „Okrążmy świat raz jeszcze”
Lekcja z tej zabawnej interakcji? Primo, można wywnioskować, że nie inaczej ten japoński urzędnik ocenił rozwlekłość i gadatliwość Perkitnego. Japończycy odnoszą się do naszego gawędziarstwa z pogardą, określając ją słowem „sekkyo” (kazanie) i często, choćby w negocjacjach tę naszą słabość z ochotą wykorzystują. Secundo, Japończycy za niegrzeczne uważają przerywać rozmówcy, nawet jeśli niewiele z jego mowy pojmują. Dodatkowo zdezorientować nas może nawykowe przez Japończyków kiwanie głową i wtrącanie krótkich „hai” (tak), „honto” (na prawdę?) „un” (aha) (tzw. aizuchi) podczas rozmów.
Perkitny i Mroczkiewicz
Cały tydzień zajmuje Japończykom skontaktowanie naszych młodych podróżników z dr. Eugeniuszem Banasińskim¹, polskim konsulem w Tokio, który po przybyciu na statek śmieję się, że wciąż, pomimo 3 lat spędzonych na Wyspach nie potrafi rozgryźć Japończyków. „Oni powariowali do reszty” dodaje. „Mają w tej chwili koronację nowego mikada² i (…) w każdym przybyszu widzą zamachowca.” Okazało się, że urzędnicy wbili w paszporty naszych podróżników stemple o treści: „Uwaga! Typ niebezpieczny! Nie spuszczać z niego oka!” Co naszym zuchom nie udało się w Jokohamie, nadrobili w Kobe i Moji. Dwa razy przechytrzają urzędników i bez wymaganej wizy przedostają się na ląd. W Moji (dziś dzielnica miasta Kitakiusiu) zostają jednak aresztowani, odprowadzeni pod bagnetami na statek i odtąd bacznie strzeżeni przez uzbrojonych wartowników aż do podniesienia kotwicy.
¹Dr. Eugeniusz Banasiński, od 1 czerwca 1925 r. do 30 kwietnia 1931r. kierował wydzialem konsularnym przy Poselstwie Rzeczypospolitej Polskiej w Tokio. (Źródło: Wikipedia)
²Mowa o cesarzu Hirohito. Na Chryzantemowym Tronie, po śmierci Yoshihito, cesarza Taishō, Hirohito zasiadł 25 grudnia 1926 roku, jednakże dwa lata później, w tym samym czasie, w którym statek Perkitnego i Mroczkiewicza zawijał do portu w Jokohamie, odbywała się kolejna ceremonia intronizacji cesarza (sokui), stąd też wyniknęły zarówno wzmożona czujność urzędników imigracyjnych, jak i liczne przygody dwójki naszych rodaków.
Po spacerze z psem wsiadłem wraz z dwoma mężczyznami mężczyznami. do windy – młodym sąsiadem mieszkającym z żoną i dwójką maluchów na tym samym piętrze, oraz dostawcą jedzenia, który dostarczał komuś na 13 piętrze pieczonego kurczaka. Jessie wpadła więc w podniecenie i z nosem w górze radośnie delektowała się zapachem mięsa. Wyglądała zabawnie, rzuciłem więc w kierunku mężczyzn jakiś żart. Dostawca wciśnięty w kąt szybko wbił oczy w ekran telefonu i bez słowa kciukiem zaczął przerzucać jakieś fotografie na ekranie, sąsiad natomiast w swoim kącie jeszcze bardziej zniżył głowę intensywnie wpatrując się w podłogę.
W windach, w których wielu ludzi czuje się niekomfortowo dochodzi do naruszenia przestrzeni osobistej, a czasami i intymnej, a Koreańczycy, pomimo znacznej gęstości zaludnienia w kraju, a zwłaszcza w Seulu, nie zdają się czuć w nich ani trochę bardziej komfortowo od innych nacji. Windowe savoir-vivre w Korei nie odbiega aż tak znacznie od tego w życiu codziennym – unikaj kontaktu wzrokowego i rozmów z nieznajomymi, wliczając w to przywitanie. Większość z tych sąsiadów, z którymi witam się we windzie, zdaje się czynić to tylko ze mną i to pod warunkiem, że przywitam się jako pierwszy. Kobietom przychodzi to nieco łatwiej. W naszym budynku jedynie starszy, sympatyczny i wyjątkowo jak na Koreańczyków ekstrawertyczny i pogodny jegomość lubi podyskutować we windzie (być może pewną rolę odgrywa woda ognista, którą lubi się delektować, a także brak wykształcenia wyższego, co nie jest tutaj bez znaczenia), choć zdecydowana większość sąsiadów ignoruje jego próby nawiązania rozmowy. Reszta nie zamieni słowa, choć niektórzy panowie nabierają odwagi w towarzystwie swoich żon lub własnych, małych dzieci. Jeszcze dekadę temu wiele osób czekających na windę na parterze wchodziło do niej, zanim osoby w niej się znajdujące ją opuściły (wciąż niektóre osoby w ten sposób postępują wchodząc do budynku), dziś na szczęście to już rzadkość. Panie przeciskają się zawsze przodem do ściany (ochrona piersi), panowie częściej plecami do niej (obserwacja potencjalnego zagrożenia). Panowie nie przepuszczają pań przed wejściem do windy, czasami (również młodzież) przepychają się, by dostać się do niej przed innymi. Niektóre osoby zawsze ustawiają się w swoich ulubionych kątach, prawa strona jest bardziej popularna od lewej i ja sam mam tendencję do ustawiania się po tej właśnie stronie. Panów częściej zobaczyć można wciśniętych w tylne kąty (ewolucyjnie ukształtowana potrzeba obserwacji przestrzeni), panie zaś z przodu bliżej drzwi (szybka ewakuacja i unikanie wzroku innych osób).
Nigdy nie spotkałem się z sytuacją, by ktoś stojący przy panelu sterowania spytał inną osobę znajdującą się w windzie, który przycisk dla niej wcisnąć, ani też kogoś proszącego o wciśnięcie dla niej lub niego przycisku w zatłoczonej windzie. Będą się raczej bez słowa powoli przepychać w kierunku panelu. Dziś wiele osób podróżuje windą wpatrzonych w telefony, które pozwalają im uniknąć kontaktu wzrokowego z innymi osobami znajdującymi się wewnątrz kabiny.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Patronite)
Ponad 19 lat w Korei, dziś (12 września) jednak dopiero po raz pierwszy wziąłem udział we mszy świętej celebrowanej w neogotyckiej katedrze Myeongdong, symbolu religii katolickiej w Korei.
Wnętrze katedry Myeongdong (fot. JW)
Sympatyczny włoski ksiądz, z którym rozmawiałem przed nabożeństwem udzielił mi zgody na wykonanie fotografii wnętrza świątyni – z telefonu, bez flesza i dźwięku, przed i po mszy. Innego zdania była jednak jedna z kilku pań odpowiedzialnych za zabezpieczenie porządku podczas mszy.
Kobiety z Kościelnej Służby Porządkowej (fot. JW)
Krzyżując palce wskazujące obu rąk na wysokości twarzy, dała mi do zrozumienia, 15 minut przed rozpoczęciem mszy, że obowiązuje zakaz fotografowania. Nie dyskutowałem. Wcześniej na szczęście udało mi się wykonać kilka zdjęć. Później jeszcze zwróciła mi uwagę na wciąż opadającą mi poniżej nosa maseczkę. Znaczna część kobiet zakłada w świątyni koronkową mantylkę – tradycyjne nakrycie głowy.
Kobieta w mantylce (fot. JW)
Co może cieszyć Kościół w Korei, to masa młodych ludzi obecnych na mszy, co zaś zapewne niepokoi, to niewielka liczba mężczyzn. Znaczna część osób uczestniczących we mszach to kobiety. Ławy kościelne pozbawione są klęczników, gdyż wierni zamiast zginania nóg w kolanach w trakcie mszy wykonują ukłony. W ten sam sposób wszyscy okazują szacunek świętym, witają się z duchownymi, lub też wzajemnie sobie dziękują za wspólne pozowanie do fotografii.
Ukłony w podziękowaniu za wspólne pozowanie do fotografii (fot. JW)
W kościele zamiast zbierania „na tacę”, wierni nawą główną w połowie mszy udają się w kierunku prezbiterium, by wrzucić pieniądze do wiklinowych koszy w kształcie dzbanów ustawionych wzdłóż balasków ołtarzowych.
Duchowny z koszami na datki (fot. JW)
Pierwsze zawsze wstają osoby znajdujące się najbliżej prezbiterium, dalej osoby siedzące za nimi i tak aż do ostatniej ławy w pobliżu przedsionka. Powrót na miejsce zawsze nawami bocznymi. Identyczne reguły obowiązują podczas przyjmowania komunii świętej (na rękę). Fotografię duchownego z koszami udało mi się wykonać zaraz po mszy, chwilę przed tym, zanim nakazano mi opuszczenie świątyni 🙂 Pół godziny przed mszą wpis na listę, bilet z imieniem i nazwiskiem, który należy pozostawić przy wejściu, i kolejka, w której należy się ustawić przed wejściem do budynku. Zaledwie minutę po mszy zostałem grzecznie poproszony o opuszczenie świątyni. Na zewnątrz czekała już kolejna grupa wiernych.
Japonia słynie z licznych tradycyjnych festiwali i uroczystości organizowanych regularnie w całym kraju. Wśród nich znajdziemy i takie, które z naszego punktu widzenia mogą nam wydać się co najmniej dziwne, a nawet, jak w przypadku festiwalu Nakizumo (naki sumo, „płaczące sumo”) okrutne. W trakcie festiwalu odbywa się konkurencja, której zasady są proste: należy zmusić dziecko do płaczu.
Nakizumo (fot. Grafika Google)
Rodzice przyprowadzają do świątyni swoje pociechy, celem uzyskania dla nich od kapłanów shinto (shinshoku) błogosławieństwa długiego życia w zdrowiu. Kilkoro dzieci w wieku od 6 do 18 miesięcy weźmie następnie udział w konkurencji płaczu.
Kapłan shinto w towarzystwie rodziców i ich dzieci (fot. Grafika Google)
Dwóch zapaśników sumo (sumo-tori) chwyta w ręce po jednym dziecku i na środku ringu pod czujnym okiem sędziego (gyoji) wykrzykującego „nake, nake, nake” (płacz, płacz, płacz) delikatnymi wstrząsami, minami i krzykami próbują zmusić dzieci do płaczu.
Sumō-tori i gyoji (fot. Grafika Google)
Zwycięzcą zostaje ten maluch, który jako pierwszy zaniesie się płaczem. Jeśli oba z nich wybuchną płaczem w tym samym momencie, championem płaczu ogłasza się tego, który zalewać się będzie łzami głośniej i dłużej. Co jednak, jeśli dzieci okazują się nieustraszone i mazgaić się nie chcą? Wtedy gyoji sięga po ostateczną broń. Przykłada do twarzy straszliwą maskę demona oni i nią straszy dzieci.
Gyoji z maską oni (fot. Grafika Google)
Przypuszczam, że w naszej tradycji celebrowalibyśmy to dziecko, które ani krzykami, ani wstrząsami, ani tym bardziej demoniczną maską nie da się przestraszyć. Japońscy rodzice cieszą się, gdy ich brzdąc zapłacze jako pierwszy. Konkurs, którego tradycja sięga 400 lat wstecz, zainspirowany został japońskim przysłowiem „naku ko wa sodatsu” („płaczące dzieci rosną szybciej”), a jego intencją jest -jak wierzą rodzice- wspieranie zdrowego rozwoju dzieci, ale także odpędzenie z ich otoczenia złych duchów. Festiwal Naki Sumo odbywa się co roku w wybranych świątyniach shinto w całej Japonii. W niektórych z nich odstąpiono od ogłaszania zwycięzcy.
W świecie, gdzie średnia długość życia startupu wynosi kilka lat, a korporacje zmieniają właścicieli jak rękawiczki, Japonia wydaje się z innej planety. Tu firmy nie umierają – one trwają. Od budowniczych świątyń z VI wieku po cukiernie sprzedające te same ciasteczka od tysiąca lat. Shinise, japońskie „stare sklepy”, to nie relikty przeszłości, lecz żywe dowody na to, że biznes może być sztuką przetrwania przez wieki.
Nisiyama Onsen Keiunkan
Shinise – japońskie firmy, które przetrwały wieki
Japonia jest domem dla największej liczby najstarszych firm na świecie. Według badań Banku Korei z 2008 roku, spośród ponad 5,5 tys. przedsiębiorstw działających dłużej niż 200 lat aż 56% znajduje się właśnie tu. Nowsze dane (np. Teikoku Databank) wskazują, że firm starszych niż 100 lat jest w Japonii ponad 33 tysiące – to fenomen na skalę globalną. Te długowieczne biznesy nazywane są shinise (dosł. „stary sklep”).
Najstarszym nieprzerwanie działającym przedsiębiorstwem świata jest firma budowlana Kongō Gumi (założona w 578 r. w Osace), specjalizująca się w budowie świątyń buddyjskich (choć od 2006 r. jest częścią większej grupy). Tuż za nią plasuje się najstarszy hotel – Nishiyama Onsen Keiunkan w prefekturze Yamanashi, założony w 705 r. przez Fujiwara no Mahito. Ten ryokan z gorącymi źródłami (onsen) jest zarządzany przez tę samą rodzinę od 52 pokoleń i wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa jako najstarszy hotel świata. W jego wodach kąpali się cesarze, szoguni (w tym Tokugawa Ieyasu) i współcześni notable.
Ichimonjiya Wasuke
Inne ikony shinise to m.in..:
Ichimonjiya Wasuke (zwana potocznie Ichiwa) w Kioto – założona ok. 1000 r., najstarsza cukiernia świata, serwująca od ponad tysiąca lat aburi-mochi (prażone ryżowe ciastka z sosem miso).
Tanaka Iga Butsugu w Kioto (ok. 885 r.) – najstarszy producent akcesoriów buddyjskich.
Sudo Honke w prefekturze Ibaraki (1141 r., 55 pokoleń) – najstarsza browar sake, korzystająca z tego samego źródła wody od założenia.
Mitsukoshi – ikoniczny dom towarowy w tokijskiej dzielnicy Nihonbashi, założony w 1673 r.
Wiele shinise koncentruje się w historycznych centrach, jak Kioto czy tokijskie Nihonbashi, i cieszy się ogromnym zaufaniem klientów dzięki tradycji i jakości.
Sudo Honke
Sekret długowieczności shinise
Dlaczego tyle firm przetrwało w Japonii setki lat? Kluczowych czynników jest kilka:
1. Specjalizacja w jednej dziedzinie i dbałość o jakość — Większość to małe lub średnie firmy w jednej niszy, bez gonitwy za globalnym wzrostem czy giełdą – ważniejsza jest reputacja i stałe, choć małe marże.
2. Lokalizacja i historia — Większość powstała wzdłuż dawnych szlaków handlowych (np. Tōkaidō między Edo/Tokio a Kioto), w okresie pokoju i rozkwitu gospodarki w erze Edo.
3. Izolacjonizm sakoku (1633–1868) — Długi okres zamknięcia kraju przed wpływami zewnętrznymi pozwolił na stabilny rozwój lokalnych biznesów bez ostrej konkurencji zagranicznej.
4. Rodzinny charakter i poczucie tożsamości — Shinise to często firmy wielopokoleniowe, gdzie pracownicy i dostawcy czują się częścią jednej „wielkiej rodziny”. Priorytetem jest długoterminowa stabilność, nie krótkoterminowy zysk – co kontrastuje z zachodnim modelem maksymalizacji profitu.
5. Adaptacja do zmian — Mimo tradycji, shinise potrafią się modernizować (np. Nishiyama Onsen Keiunkan dodało Wi-Fi i prywatne onseny w pokojach).
6. Konserwatywne podejście do ryzyka i finansów — Shinise unikają agresywnej ekspansji czy ryzykownych inwestycji. Wolą gromadzić rezerwy gotówki, co pomaga przetrwać kryzysy, katastrofy naturalne czy wojny.
7. Filozofia „sampo-yoshi” (dobre dla sprzedawcy, kupującego i społeczeństwa) — Wiele shinise kieruje się zasadą korzyści dla wszystkich stron, w tym lokalnej społeczności (np. Kikkoman udostępnił konkurentom swoją metodę produkcji sosu sojowego, by chronić jakość całego rynku).
8. Rola w zachowaniu tradycji kulturowej i zaufanie klientów — Shinise często pełnią funkcję „strażników” rzemiosła (wagashi, sake, akcesoria świątynne), co nadaje im wysoki status społeczny i lojalność klientów – w Japonii wybór „sprawdzonej” marki to symbol bezpieczeństwa i dobrego smaku.
Osamu Suzuki (fot. Nikkei.com)
Mukoyōshi – adopcja sukcesora
A co zrobić, gdy nie ma męskiego potomka lub synowie nie chcą lub nie nadają się do prowadzenia firmy? Tu z pomocą przychodzi stara japońska instytucja mukoyōshi („adoptowany zięć”). Rodzina adoptuje zdolnego dorosłego mężczyznę (często żeniąc go z córką), który przyjmuje nazwisko rodziny i przejmuje biznes.
Tradycja ta ma korzenie w prawie dziedziczenia po linii męskiej, ale przetrwała do dziś – nawet po II wojnie światowej, gdy zniesiono primogeniturę (prawo dziedziczenia przez najstarszego syna). Co roku w Japonii dochodzi do ok. 80–90 tys. adopcji dorosłych, z czego większość (ok. 98%) to mężczyźni w wieku 20–30 lat. Powstała nawet cała branża swatania i portali randkowych specjalizujących się w kandydatach na mukoyōshi.
Klasyczny przykład to Suzuki Motor Corporation: obecny prezes Osamu Suzuki (wcześniej Matsuda) był czwartym z rzędu adoptowanym zięciem zarządzającym firmą. Podobnie w gigantach jak Toyota, Panasonic czy Kikkoman.
Dzięki mukoyōshi shinise łączą tradycję rodzinną z merytokracją – wybierają najzdolniejszego sukcesora, co daje im przewagę nad firmami opartymi wyłącznie na krwi.
Wagashi z Ichiwa
Shinise w oczach współczesnych Japończyków
Dziś shinise to dla Japończyków źródło dumy narodowej i symbol ciągłości kulturowej. Produkty z takich firm uchodzą za szczyt dobrego smaku i bezpieczeństwa – kupując je, nikt nie ryzykuje krytyki, a często zyskuje szacunek (wynika to częściowo z japońskiego nacisku na konformizm). Są często postrzegane jako prawdziwe dobra luksusowe najwyższej klasy.
W dobie szybkich zmian shinise pełnią rolę strażników dziedzictwa, przypominając o wartościach jak cierpliwość i harmonia. Coraz częściej przyciągają turystów (krajowych i zagranicznych), stając się atrakcjami w Kioto czy Nihonbashi – wiele z nich dostosowało się, oferując warsztaty czy doświadczenia online.
Jednak nie brakuje wyzwań: starzejące się społeczeństwo utrudnia sukcesję, konkurencja od sieciowych gigantów i e-commerce zmusza do innowacji, a niektóre shinise balansują na granicy przetrwania, polegając bardziej na turystyce niż lokalnych klientach codziennych.
Najstarsze firmy w każdym kraju (Visual Capitalist)
Gejsze, w Japonii symbol piękna i elegancji zaczęto kojarzyć z prostytutkami po drugiej wojnie światowej, kiedy dziewczęta z niższych warstw społecznych zaczęły przedstawiać się żołnierzom sił okupacyjnych właśnie jako gejsze.
Gejsza, geiko, maiko A jednak gejsza nie jest ani kurtyzaną, ani prostytutką (ta funkcja przypadała yujo), a artystką, kobietą wykształconą w tradycyjnych japońskich sztukach, takich jak taniec, muzyka (wagakki), poezja (haiku), śpiew, ceremonia parzenia herbaty (chādo), kaligrafii (shodō), sztuce układania kwiatów (ikebana), która bawi gości na bankietach organizowanych w herbaciarniach ochaya w dzielnicach gejsz zwanych hanamachi (z najsłynniejszą z nich Gijon w mieście Kioto). Dzisiejsze gejsze promują również tradycyjną japońską kulturę. Mieszkańcy Kioto gejsze nazywają geiko („dziecko sztuki”), młode praktykantki zaś maiko („dziecko tańca”). Słowo gejsza składa się z dwóch słów: „gei” – sztuka i „sha” – osoba, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza osobę sztuki. Za 2-3 godzinne towarzystwo gejszy należy przygotować się na wydatek rzędu 2000-10.000 zł, ale do ochiya nie można wejść ot tak, prosto z ulicy. Bez znajomości można o spotkaniu z gejszą jedynie pomarzyć.
Gejsza (fot. Grafika Google)
Maiko Maiko (hangyoku w Tokio) to praktykantka szkoląca się na gejszę. Słowo maiko składa się ze słów „mai” – taniec i „ko” – dziecko. Praktyka maiko zaczyna się około 15 roku życia i zwykle trwa sześć lat. Dziewczyna przenosi sie z domu rodzinnego do domu gejsz (okiya) i oddaje pod opiekę okā-san, „matki” (właścicielkami wszystkich okiya są kobiety), która bierze ją pod swoje skrzydła.
Maiko (fot. Grafika Google)
Trening Maiko jest bardzo rygorystyczny: praktykują tanieć, grę na instrumentach strunowych (shamisen), dętych i perkusyjnych, przygotowują się na spotkania z klientami. Mogą liczyć na co najwyżej dwa dni wolne w miesiącu. Geisze i maiko różnią się nie tylko wiekiem, ale także ubiorem, fryzurą (peruka w przypadku gejsz) oraz makijażem.
Gejsza i Maiko (fot. Grafika Google)
Yūjo, oiran, tayu Prostytutki i kurtyzany (yujo) pracowały w dzielnicach czerwonych latarń zwanych w Japonii yūkaku (później akasen).
Yukaku (fot. John W. Bennet, 1949)
Wśród nich byly również oiran i tayū. Słowo oiran odnosiło się do wysokich rangą kurtyzan lub prostytutek w Japonii okresu Edo (1603-1868). Chodziły charakterystycznym krokiem w wysokim na 20-30 cm obuwiu, były eleganckie i podobnie jak gejsze dobrze wykształcone w tradycyjnych sztukach japońskich. Tayū natomiast, to ekskluzywne yūjo, elita wśród kurtyzan. Pracowały wyłącznie w Kioto i obsługiwały klientów z najwyższych sfer. Wraz z wprowadzeniem zakazu prostytucji w roku 1958, zniknęły z pejzażu miast zarówno yūjo i oiran. Niewielką grupę tayū można wciąż spotkać w Kioto do dziś, ale ich funkcja jest teraz zbliżona do tych pełnionej przez gejsze – przy śpiewie i tańcu bawią gości na ekskluzywnych imprezach.
Oiran (fot. Grafika Google)
Dziewczyny pan-pan Osobną kategorię pań stanowiły dziewczęta pan-pan (📷), które zaraz po drugiej wojnie światowej służyły amerykańskim żołnierzom. Młode, zazwyczaj nastoletnie prostytutki, pośród których były również dziewczęta ze wsi i mniejszych miast, szukały w stolicy lepszego życia. Podążały za zachodnią modą odzieżową (moga) w nadziei na poderwanie żołnierza sił okupacyjnych. W samej dzielnicy Shinjuku miało ich być w roku 1949 aż 3000.
Dziewczyny pan-pan (Fot. John W. Bennet, 1949)
Wybrana literatura: John W. Dower – „Embracing Defeat” The Japan Times Lesley Downer – „Geisha: The Secret History of a Vanishing World”