Japonia

Punktualność w Japonii

Zapewne każdy, kto podróżował po Japonii musiał zetknąć się ze zjawiskiem dużych grup ludzi okupujących teren wokół wielu stacji metra. Początkowo sądziłem, że są to popularne miejsca spotkań mieszkańców miast, dowiedziałem się jednak, że na wskroś punktualni Japończycy ze znacznym wyprzedzeniem przyjeżdżają na miejsce szkoleń, konferencji czy rozmów kwalifikacyjnych i w ten sposób zabijają pozostały do spotkania czas.

Punktualni Japończycy na miejsce ważnych spotkań przyjeżdżają na długo przed czasem (fot. Grafika Google)

Japończycy bardzo rygorystycznie podchodzą do kwestii punktualności i już dzieci ćwiczone są w tym temacie od najmłodszych lat szkolnych. Przed kilkoma laty publiczne przeprosiny do narodu wystosowali japoński minister ds. organizacji igrzysk olimpijskich Yoshitaka Sakurada za 3-minutowe spóźnienie na posiedzenie komisji budżetowej, oraz szefowie urzędu miasta w Kobe, po tym, gdy jeden z urzędników został przyłapany na przedłużaniu o kilka minut przerwy obiadowej.

Shibuya w Tokio (fot. Grafika Google)

Wielu obcokrajowców pracujących w Japonii zwraca jednak uwagę, że Japończycy zazwyczaj punktualnie rozpoczynają spotkania, rzadko jednak punktualnie je kończą. W dodatku ich obsesja na punkcie punktualności nie dotyczy już prywatnych spotkań. W Japonii, gdzie nawet minutowe spóźnienie może oznaczać odstąpienie od umowy lub dyskwalifikację kandydata do pracy, punktualność ma ogromne znaczenie w kształtowaniu pierwszego wrażenia i budowaniu profesjonalnego wizerunku. Dlaczego więc biurowe spotkania potrafią się ciągnąć w nieskończoność przy biernej postawie jego uczestników? Wtedy już Japończycy mają tendencję do priorytetowego traktowania relacji ze współpracownikami i lojalności wobec grupy ponad własne subiektywne potrzeby.

Korea Południowa

Walki byków w Korei

Spotkałem kiedyś kobietę z Jinju, miasta na południu Korei, która na pytanie z czego ono na Półwyspie słynie, po chwili namysłu odpowiedziała „z walki byków”. Do tego czasu nie słyszałem o tradycji walki byków w Korei, a sięga ona ponoć 1000 lat wstecz.

Koreańska „korrida” (fot. Grafika Google)

Koreańska korrida, zwana tutaj sossaum (so – krowa, ssaum – walczyć) była popularną formą rozrywki zwłaszcza pośród mieszkańców prowincji. O miano czempiona walczyły między sobą wsie całych regionów. Prestiżowe zawody rozgrywano raz do roku po żniwach jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku. Stawką był nie tylko honor i prestiż właściciela bydła, ale całej lokalnej społeczności, do której należeli.

(Fot. Grafika Google)

Dziś sossaum organizuje się w kilkunastu miejscach na terenie kraju. Koreańskie walki byków są (prawie) bezkrwawe. Do walk wykorzystuje się byki koreańskiej rasy hanwoo. Zdarzają się czasami obrażenia, w końcu to „sport” kontaktowy, ale o przypadku zgonu zawodnika nikt tutaj nie słyszał. Potężne byki walczą między sobą do czasu, aż jeden z nich nie stwierdzi, że ma dosyć i daje drapaka.

Szkolenie byka na czempiona sossaum (fot. Grafika Google)

Część walk zresztą kończy się zanim jeszcze dojdzie do kontaktu fizycznego. „Spojrzenie spod byka” wystarczy często, by słabszy psychicznie zawodnik wziął nogi za pas.
Celem zwiększenia masy mięśniowej zwierząt, przymusza je się do reżimu treningowego, m.in. poprzez ciągnięcie opon samochodowych w górę zbocza. Technikę walki ćwiczą na masywnych konstrukcjach z opon samochodowych. A co zrobić z upartym zwierzęciem, które za Chiny nie chce poddać się szkoleniu? Można zachęcić je do współpracy pojąc soju, lokalnym winem.

(Fot. Grafika Google)

Korea Południowa

Sąsiedzkie savoir-vivre

Dziś rano, gdy zjeżdżałem windą w dół, na siódmym piętrze wszedł młody mężczyzna, który ni stąd, ni zowąd odezwał się słowami, „Ostatnim razem przytrzymałeś mi drzwi jak szedłem z pakunkami, pamiętasz?” Przypomniałem sobie dopiero po chwili, jak już nasze drogi się rozeszły. Już z dwa tygodnie minęły od tego czasu. Drzwi wejściowe do budynku zamykają się automatycznie, a przed przytrzaśnięciem mieszkańców chroni umieszczona w futrynie na wysokości kolana fotokomórka. Wychodząc z budynku przystawiam do niej stopę za każdym razem, gdy ktoś do niego się zbliża. Fakt, Koreańczycy tak nie postępują, nawet drzwi przytrzymują niemalże wyłącznie osobom im towarzyszącym, ale nie obcym, choć w większości przypadków dziękują mi za ten niewielki w końcu gest uprzejmości. Okazuje się jednak, że tak mała rzecz może niektórym zapaść nawet na dłużej w pamięci. Czy inni Polacy za granicą postępują inaczej? Wątpię.
Czytając jednak niektórą polską prasę, można dojść do wniosku, że Polacy to wyłącznie nieokrzesane gbury i warcholstwo. Na ekrany kin wszedł właśnie kolejny film Wojciecha Smarzewskiego ukazujący Polaków w krzywym zwierciadle. „Jeżdżę za granicę i widzę to polskie chamstwo”, słyszę czasami od niektórych rodaków. Nigdy oczywiście nie mają na myśli siebie samych, ani swoich znajomych. Im częściej media przedstawiają Polaków w niekorzystnym świetle, tym częściej niektórzy dostrzegają ten margines rodaków zachowujących się niewłaściwie (zjawisko zwane iluzją częstotliwości / Baader-Meinhof), lub też interpretują neutralne lub przypadkowe zachowania krajanów w taki sposób by uzyskać odpowiedź twierdzącą na stawianą przez te media tezę (efekt potwierdzenia).
W zeszłym już chyba roku nasz osiedlowy dostawca przesyłek pocztowych, starszy jegomość, zjeżdżał windą ze swoim wózkiem załadowanym paczkami. Wcisnął przycisk 11 piętra, po czym wysiadł z przesyłką. Przytrzymałem drzwi w oczekiwaniu na jego powrót. Podziękował, ukłonił się i po chwili z kolejną przesyłką wysiadł piętro niżej. Wcześniej poprosił, bym nie czekał, ale zignorowałem jego prośbę. Powrócił, ponownie podziękował i jeszcze raz poprosił bym jechał dalej sam. Odrzekłem, że się nie śpieszę i z przyjemnością zaczekam. Zatrzymaliśmy się na dwóch kolejnych piętrach zanim dobiliśmy do parteru. „W mojej całej karierze nie spotkałem się z taką sytuacją” dodał. Od tego czasu za każdym razem jak mnie widzi na ulicy już z daleka kłania się lub radośnie macha do mnie ręką. Od dziecka w domu byłem uczony tego (jak i wielu innych) gestu, czynili tak również nasi sąsiedzi, mieszkańcy innych domów w naszym mieście i zapewne we wszystkich innych polskich miastach. „Jacek, pomóż pani”, zachęcała mnie zawsze w ten sposób mama do prospołecznych zachowań. Wielu innych rodziców w Polsce czyniło podobnie. Nic szczególnego wydawałoby się. W Korei jednak ten niewielki gest znaczy wiele.

Japonia

Słynne fotografie: chłopiec z Nagasaki

Fotografia, która wciąż wzrusza Japończyków do łez. Autorem zdjęcia wykonanego dwa miesiace po ataku atomowym na Nagasaki w sierpniu 1945 roku był amerykański fotograf Joe O’Donnell. Zauważył bosonogiego chłopca stojącego w kolejce do krematorium z ciałem brata uwiązanym do jego pleców. Gdy przyszła jego kolej, mężczyźni obsługujący krematorium odebrali zwłoki i złożyli je w urządzeniu kremacyjnym. Chłopiec, stojąc w dalszym ciągu w pozycji widocznej na fotografii, obserwował kremację, po czym w milczeniu odszedł. Do dziś nie udało się ustalić tożsamości chłopca. Prawdopodobnie po stracie rodziców w wyniku wybuchu bomby, chłopcy przez dwa miesiace błąkali się po mieście. Opatrunek w nosie świadczy o nieustającym krwawieniu spowodowanym uszkodzeniem szpiku kostnego w wyniku ekspozycji na radioaktywne promieniowanie.

Chłopiec z Nagasaki. (fot. Joe O’Donnell)

Japonia · Korea Południowa

Tatuaże w Korei i Japonii

W Korei dynastii Joseon (1392-1897) oraz Japonii w okresie Edo (1603-1868) najczęstszą formą kary za drobne przestępstwa (np. kradzież) był tatuaż na środku czoła. (Za poważniejsze przestępstwa kary były znacznie surowsze). W Korei również zbiegli niewolnicy byli w ten sposób oznaczani, a i zakochani tatuowali czasami swoje ciała.

Tatuaowanie przestępców w Japonii (fot. Grafika Google)

Kiedy mój syn kilka lat temu poinformował swoją mamę o chęci wytatuowania przedramienia, moja żona wpadła w panikę. Niezależne Koreanki rzadko zwracają się do mężów o pomoc w sprawach wychowawczych, ale tym razem żona schowała ambicję do kieszeni i poprosiła bym z nim poważnie porozmawiał.

Tatuaż miłosny w Korei (fot. Grafika Google)

Dla mojej żony tatuaż kojarzy się z przestępczością. „Tylko gangsterzy i inni kryminaliści oszpecają w ten sposób swoje ciało” – pogląd podzielany wciąż przez większość Koreańczyków. „Oznaka braku szacunku dla rodziców, dziadków i przodków” dodają często starsi.
Młodsze pokolenie jest bardziej otwarte na tatuaże, ale lęk przed wykluczeniem, uprzedzeniami lub złością zniechęca wielu z nich do wykonania zabiegu. Większość z tych, którzy się zdecydowali, najczęściej ukrywa swoje malowidła. Tym bardziej zaskoczyła mnie dziewczyna z tatuażem, której fotografię wykonałem w metrze przed godziną, chwilę zaś później młodemu mężczyźnie .

Młoda kobieta z niewielkim tatuażem na przedramieniu (Fot. JW)

W Korei legalnie tatuaże mogą być wykonywane jedynie przez osoby, które uzyskały prawo do wykonywania zawodu lekarza (również koreańskiej medycyny tradycyjnej). Pomimo przeszkód prawnych, w Seulu półlegalnie działają ponoć setki salonów tatuaży prowadzonych przez młodych ludzi bez wykształcenia medycznego. A syn? Do dziś tylko od czasu do czasu wspomni o tatuażu.

Mężczyzna z tatuażem na prawym przedramieniu (fot. JW)
Japonia

„Test rozbijania” i „test miecza”

Test rozbijania przedmiotów gołymi rękoma i stopami znany pod japońską nazwą „tameshiwari” najprawdopodobniej wywodzi się z chińskiego kung-fu, ale spopularyzowany został przez najsłynniejszego „łamacza”, twórcę karate kyokushin Mas Oyamę. Ten Japończyk koreańskiego pochodzenia (Koreańczyk Zainichi) uderzeniem pięści lub kantem dłoni (shuto) rozbijał cegły, butelki, kamienie, a nawet rogi byków (trzy z nich zabił pojedynczymi uderzeniami pięści).

Masutatsu Oyama (fot. Grafika Google)

Wiele przedmiotów, takich jak deseczki czy dachówki stosunkowo łatwo jest rozbić, tym bardziej jeśli rozdzielimy je przekładkami. W przypadku bloczków betonowych (tych produkowanych wyłącznie w tym celu), do rozbijania używa się betonu niezbrojonego. Ten materiał o dość niskiej wytrzymałości dość łatwo kruszy się pod wpływem uderzenia.

Masutatsu Oyama (fot. Grafika Google)

Rozbicie cegły czy kamienia wymaga już jednak doskonałego przygotowania fizycznego (utwardzenie dłoni), teoretycznego (technika uderzenia) i mentalnego (opanowanie lęku).

(Fot. Grafika Google)

Tameshiwari nie należy mylić z tameshigiri, próbnym cięciem nowego miecza samurajskiego. Każdy ręcznie wykonany miecz należało przetestować pod kątem ostrości i wytrzymałości. Dziś używa się do tego zwiniętej słomy lub zielonego bambusa, w okresie Edo (1603-1867) najlepiej do tego miały nadawać się ludzkie ciała, zazwyczaj skazańców, zarówno te martwe, jak i te żywe.

Tameshigiri (fot. Grafika Google)

Luis Frois, portugalski misjonarz katolicki, który przebywał w Japonii w XVI w., w swoim traktacie naukowym dotyczącym różnic kulturowych pomiędzy Europejczykami a Japończykami napisał, że w przeciwieństwie do Europy, gdzie do próbnych cięć wykorzystuje się zwierzęta, w Japonii używa się do nich ludzkie ciała. Testującymi nowe miecze (o-tameshi-goyo) mogli zostać jedynie wybrani, a do najsłynniejszych należała rodzina Asaemona Yamady, przez 8 pokoleń służąca swoimi umiejętnościami kolejnym szogunom. Rekordzista miał ponoć jednym cięciem przepołowić siedem ciał, choć nie udało mi się ustalić, czy dotyczyło to żyjących skazańców, czy też uwiązanych do bambusowej konstrukcji trupów. Inny znów „wirtuoz” miecza, Yamano Eikyu w trakcie swojej kariery uśmiercić miał 6 tysięcy skazańców.

Tamashigiri (fot. Grafika Google)

Co ciekawe, nie było to zajęcie dobrze płatne, o-tameshi-goyo handlowali więc różnymi organami, zwłaszcza wątrobą, mózgiem i woreczkiem żółciowym, które służyły do… wyrobu popularnych w tym okresie lekarstw. Wierzono wówczas, że ludzkie mięso jest skutecznym antidotum na gruźlicę. „Tabletki Yamada” oraz „tabletki Asaemon” uczyniły z rodziny Yamada zamożnych ludzi. Wraz z końcem szogunatu Edo wprowadzono zakaz testowania mieczy na skazańcach oraz sprzedaży leków wyrabianych z ludzkich ciał. Skończyła się złota era rodziny Asaemona Yamady.

Wybrane źródła:

山田浅右衛門、死刑執行人の仕事とは。斬った人間の臓器で薬を製造した?

Korea Południowa

Zachowania niewerbalne homoseksualistów

Popijając herbatę w popularnej seulskiej kawiarni „A Twosome Place” moją uwagę zwróciło niecodzienne zachowanie dwóch młodych mężczyzn – obaj rozmawiali szeptem, rzecz wyjątkowa w Korei, nawet wśród tutejszych kobiet. Koreańczycy to naród gorącokrwisty, skłonny do głośnych zachowań, a zachowanie tych młodych ludzi na tyle mnie zaintrygowało, że postanowiłem dyskretnie przyjrzeć się bliżej ich interakcji. Wystarczyło tylko kilka chwil, by dojść do wniosku, że stanowią oni parę. W czasie około półgodzinnej obserwacji dostrzegłem m.in.:

• Długie i intymne spojrzenia, mniej więcej tak jak robią to młodzi kochankowie płci odmiennej
• Ponadprzeciętną ilość dotyku dłoni partnera rozmowy
• Modne, ale gustowne fryzury obu mężczyzn, zupełnie odmienne od tak charakterystycznego, monotonnego i szablonowego grzybka noszonego przez zdecydowaną większość chłopców, nastolatków oraz młodych mężczyzn w Korei
• Rozmowy odbywające się naprzemiennie w dystansie intymnym (50cm) i indywidualnym (50-120cm)
• Wzajemny, intymny dotyk kolan, obecny czasami podczas bliskiej rozmowy ojca z synem, ale nie wśród heteroseksualnych przyjaciół
• Jeden z mężczyzn bez skrępowania zaczął badał zawartość plecaka drugiego z mężczyzn w poszukiwaniu jakiegoś artykułu
• Mężczyzna siedzący po lewej stronie był osobnikiem dominującym w związku, nieco agresywnym, co przejawiało się inną dynamiką zachowań niewerbalnych, inną mimiką twarzy, inną ekspresją gestów rąk, a także był tym który dał sygnał zarówno do wyjścia na papierosa, jak i opuszczenia lokalu. Był też tym, który dominował wzrostem i budową ciała nad swoim partnerem i za każdym razem prowadził ten dwuosobowy orszak ku wyjściu, a jego nieco zagubiony partner posłusznie za nim dreptał
• Poziom intymności, swobodne i komfortowe pozycje ich ciał, oraz brak sztuczności zachowań tak charakterystyczny dla zaczynających dopiero swoją romantyczną przygodę par wskazywał, że obaj mężczyźni pomimo młodego wieku, są już razem od dłuższego czasu, jednakże na tyle krótko, że nie znudzili się jeszcze sobą, zajęci byli więc swobodną rozmową, a nie treścią wyświetlaną na ekranach telefonów, cecha znów tak dziś niestety charakterystyczna dla wielu młodych par

Koreańczycy są umiarkowanie tolerancyjni w stosunku do homoseksualistów i obowiązuje tutaj niepisana zasada „nie mów, nie pytaj”. Ci młodzi mężczyźni próbowali ukryć przed światem swoją orientację, ale równie dobrze mogliby próbować ukryć swoje istnienie. Czy będą to pary hetero- czy homoseksualne, mowa ciała w każdym jej elemencie szybko zdradzi jak bliskie relacje łączą dane osoby (koleżeństwo, przyjaźń, narzeczeństwo, małżeństwo, kochankowie).

Czasami wystarczy jeden, zdawałoby się niewiele znaczący gest, jak choćby w przypadku pewnej mieszanej pary mężczyzn (Koreańczyk i biały) spotkanej przeze mnie nie tak dawno w seulskim muzeum, by poznać co łączy spędzające razem czas osoby. Jeden z nich przechodząc obok partnera delikatnie dotknął palcami jego plecy co najmniej 15 centymetrów niżej, niż uczyniłby to mężczyzna heteroseksualny. Chwilę wcześniej zwróciłem uwagę na ich powolny chód, ograniczoną gestykulację oraz brak pewności siebie (reakcja walki lub ucieczki) charakterystyczne dla osób starających nie rzucać w oczy innych uczestników życia społecznego. Te odbiegające od normy zachowanie przyciągnęło jednak moją uwagę. Delikatne, wręcz anemiczne sylwetki oraz spokojne rysy twarzy z góry pozwoliły mi odrzucić ewentualne złe intencje obu mężczyzn. Pozostała tylko jedna możliwość i szybko utwierdzili mnie w przekonaniu, że muzeum War Memorial of Korea wybrali na miejsce potajemnej schadzki. 

Japonia

Mottainai, daisugi i omotenashi

Jedną z przyczyn, dla których Japonia fascynuje tak wielu ludzi są unikalne i intrygujące zjawiska kulturowe, zarówno te pozytywne, jak i te mniej korzystne, historyczne jak i współczesne charakterystyczne dla tego kraju.

Kawai Ikebus w tokijskiej dzielnicy Ikebukuro (fot. Grafika Google)

Nazwy niektórych z nich, tzw. japonizmy, weszły na trwałe do języka polskiego: seppuku (harakiri) – rytualne samobójstwo, kawaii – kultura celebrowania wszystkiego co urocze, karoshi – śmierć z przepracowania, hikikomori – syndrom wycofania społecznego, ikebana (kado) – sztuka układania kwiatów, bonsai – sztuka miniaturyzowania roślin, to tylko niektóre z nich. Inne, jak washoku (📷) – tradycyjna kuchnia japońska, zapewne wkrótce staną się jego częścią. Z pośród tych mniej znanych poza Japonią, a myślę wartych uwagi tradycyjnych praktyk wymienić można mottainai, daisugi i omotenashi.

Typowe washoku składa się z białego ryżu (gohan), ryby, oraz jednego lub więcej dodatów do dania głównego (okazu) (fot. Grafika Google)

Mottainai

Słowo „mottainai” w jego współczesnym znaczeniu, „co za strata!” pochodzi z epoki Edo, kiedy to zachęcano ludzi do ponownego wykorzystywania (recyklingu) przedmiotów codziennego użytku, do czasu, aż będą nadawały się jedynie do wrzucenia w ogień, by uzyskany w ten sposób popiół można było wykorzystać na polu lub w ogrodzie. Praktyka ta wywodzi się z religii shinto i wiary, że przedmioty mogą zawierać w sobie duszę (kami), dlatego też nie należy ich niepotrzebnie marnować
oraz buddyjskiej koncepcji żalu z powodu niewłaściwego użytkowania lub marnowania przedmiotów materialnych.
Po II wojnie światowej, gdy Japończycy zmagali się ze skrajnym ubóstwem, słowo „mottainai” miało zachęcać ich do świadomego, mądrego korzystania z przedmiotów materialnych i niemarnowania żywności. Do dziś w Japonii za przejaw złych manier uważa się pozostawienie na talerzu resztek jedzenia.

Sukiya-zukuri (fot. Grafika Google)

Daisugi

Daisugi, to 600-letnia japońska metoda hodowli cedrów – drzew z rodziny sosnowatych, która pozwala uzyskać idealnie proste drewno. Gdy w XV w. jedna z japońskich prowincji ze względu na niekorzystne warunki klimatyczne, geograficzne i glebowe zaczęła borykać się z niedoborem sadzonek i ziemi, potrzebnej do uprawy drzew, lokalni ogrodnicy wpadli na pomysł przycinania pędów w taki sposób, by ich pień rósł w górę wyprostowany. Drewno w ten sposób uzyskane (tarugi) okazało się bardziej elastyczne i mocniejsze i używane było do produkcji elementów konstrukcyjnych, zwłaszcza więźby dachowej, tradycyjnych japońskich domów sukiya-zukuri. Dziś daisugi stosuje się głównie w celach ozdobnych.

Cedry uprawiane metodą daisugi (fot. Grafika Google)

Omotenashi

Omotenashi to japońska tradycja, sztuka i filozofia gościnności. Te trudne do zdefiniowania słowo, które można z grubsza przetłumaczyć jako „duch bezinteresownej gościnności” jest źródłem dumy Japończyków, którzy wierzą, że udało im się stworzyć unikalny na skalę światową, wyjątkowo uprzejmy sposób traktowania gości i klientów.

Ukłon pracowników odpowiedzialnych za nieskazitelną czystość wnętrz japońskich pociągów osobowych (fot. Grafika Google)

Czy będzie to głęboki ukłon wykonany w stronę pasażerów przez konduktorów pociągu, uśmiech pracowników obsługi w ryokan (tradycyjny japoński hotel), czy też uprzejme słowa skierowane do klientów depachika (popularna w Japonii część gastronomiczna w domach towarowych) gość lub klient rzeczywiście może się poczuć wyjątkowo.

Japońskie depachika (fot. Grafika Google)
Korea Południowa

Wypalenie uczniowskie

Wczoraj późnym wieczorem, po godzinie 9 w parku obok mnie i polującego na świerszcze psa ociężale przeczłapał chłopak z płócienną torbą w ręce. Kanciaste kształty książek przebijały się przez materiał, a więc wracał do domu z popołudniowej szkoły (hagwon). Przygarbiona sylwetka, spuszczona głowa, torba spodem szurała po ścieżce. Daleki od stanu optymalnej formy psychicznej. Doszedł do podnóża wzgórza, zakręcił torbą jak Dawid celujący procą w Goliata i rzucił ją ze złością w kierunku drzew. Całkiem zręcznie, gdyż książki wyfrunęły w kilku kierunkach. Zrezygnowanym krokiem podszedł do torby i zaczął do niej wkładać książki. Krzyknąłem z daleka czy wszystko w porządku. Nie odpowiedział. Zbliżyłem się i ponowiłem pytanie. Znów nic. Klepnąłem go w plecy. Trochę się przestraszył, gdyż nie jest to gest stosowany w Korei, spojrzał na mnie i wyciągnął słuchawki z uszu. „Coś nie tak”? pytam. „Nienawidzę szkoły” odpowiedział po chwili wahania patrząc znów pod nogi. Wracał z zajęć matematyki i j. japońskiego. Uczeń trzeciej klasy gimnazjum. Przemęczony, wypalony. Przeszliśmy razem kawałek drogi rozmawiając. „Dziękuję, że ze mną porozmawiałeś” powiedział na koniec. Chyba nigdy wcześniej nie słyszałem z ust Koreańczyka takich słów.
Problem przepracowania i depresji wśród uczniów koreańskich szkół ponadpodstawowych staje się coraz bardziej powszechny. Nauka od rana do późnego wieczora, zajęcia pozaszkolne w weekendy, niedobór snu. Hobby, życie rodzinne, gry i zabawy z rówieśnikami są im często nieznane.
Po powrocie do domu postanowiłem bliżej przyjrzeć się danym w Internecie.
„W porównaniu z 6.6% dorosłych, co czwarty (25.9%) uczeń gimnazjum w Korei cierpi na depresję”
„Samobójstwo jest główną przyczyną śmierci nastolatków w Korei, a wskaźnik samobójstw wśród młodzieży w Korei jest najwyższy w OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju).”
Depresja u nastolatków często objawia się zmęczeniem, drażliwością, obniżeniem nastroju oraz wyzywającymi zachowaniami. I rzucaniem torbą z książkami w drzewa. W marcu (nowy rok szkolny w Korei) ten młody człowiek rozpocznie naukę w szkole średniej. Będzie jeszcze trudniej.

Źródła:

https://m.health.chosun.com/svc/news_view.html?contid=2017080803226&ref=no_ref

Japonia

Tokyo Disneyland

W pewien weekend 2019 roku zatrzymałem się w hotelu niedaleko Tokyo Disneyland i za każdym razem w drodze do i ze stacji metra napotykałem ubranych w kolorowe kostiumy Japończyków. Postanowiłem powrócić za parę tygodni i poświęcić dzień na fotografowanie Japończyków w strojach znanych nam z filmów i bajek Disneya.

Tokyo Disneyland (fot. JW)

Zabrałem ze sobą niewielki aparat, w ten sposób zmuszając się do bezpośrednich interakcji z ludźmi, zamiast „bezpiecznego” fotografowania z dystansu. Większość gości przyjeżdżała do Disneylandu metrem, niektórzy już przebrani, inni wskakiwali w kostiumy w przebieralniach w centrum handlowym nieopodal parku rozrywki. Droga do głównego wejścia wiodła przez obszerny plac i tam też postanowiłem zaczaić się na moje „ofiary”.

Tokyo Disneyland. Pan z wąsem i fryzurą a’la Walt Disney poruszający się spacerowym krokiem z myszką Miki pod pachą w kierunku kas parku rozrywki ustawił się do fotografii w sekundę, niczym zawodowy model. (fot. JW)

Liczyłem się z tym, że pewna część gości parku odmówi mi zgody, reszta zaś chętnie na moją prośbę przystanie. By zwiększyć prawdopodobieństwo uzyskania zgody, podchodziłem wyłącznie (z wyjątkiem Pana z myszką Miki) do poruszających się wolno, zrelaksowanych grup osób, a tych była zdecydowana większość. Przepraszałem, przedstawiałem się, komplementowałem strój i prosiłem o zgodę na wykonanie fotografii. Japończycy zaskoczyli mnie. Na co dzień nieco nieśmiali, introwertyczni, raczej niechętnie pozwalający się fotografować na moją prośbę odpowiadali z entuzjazmem.

Tokyo Disneyland. Wokół tej pary szybko ustawiła się grupka gapiów i fotografujących. Z chęcią przystali na moją prośbę, ale ta nagła popularność wprawiła ich w zakłopotanie. (fot. JW)

Wszyscy bez wyjątku. Niektórzy pozwalali sobie nawet na pewną ekstrawagancję w pozach. Znacznie trudniej do fotografii namówić Koreańczyków w tradycyjnych strojach hanbok. Wypożyczają je w licznych zwłaszcza w seulskiej dzielnicy Jongno-gu wypożyczalniach tradycyjnej odzieży i spacerują wokół Pałacu Gyeongbokgung. Pewna część osób na prośbę kiwa głową i przyspiesza kroku, innych muszę trochę dłużej namawiać i choć ostatecznie godzą się, nie zawsze są zadowoleni.

Za trzecim razem ta para wyraziła zgodę na wykonanie zdjęcia, ale ich miny mówią wszystko (fot. JW)

Badania wskazują, że ubrania, które nosimy, wpływają na nasze postawy, zachowania, nastrój, a nawet sposób, w jaki wchodzimy w interakcje z innymi. Te noszone na co dzień (w przeciwieństwie do formalnych strojów) mogą zwiększyć naszą otwartość i ugodowość, a kolorowe kostiumy poprawiają nasze samopoczucie, zachęcają do przyjaznych interakcji, a nawet nieco ekstrawaganckich zachowań. Tak też było z napotkanymi Japończykami. W poniedziałek rano zapewne znów wskoczyli w swoje ciemne garsonki i garnitury, stając się na powrót bardzo poważnymi obywatelami Kraju Kwitnącej Wiśni.

Tokyo Disneyland. Mężczyzna stojący pierwszy od lewej odezwał się do mnie doskonałym angielskim z amerykańskim akcentem. (fot. JW)