Plakaty i hasłaa propagandowe w okresie Wojny na Pacyfiku miały szczególną wymowę. Łącząc starannie zaprojektowane elementy graficzne oraz tekst, w sugestywny sposób przedstawiały zagrożenia płynące ze strony wroga. Dziś mogą wydawać się zabawne (choć te same plakaty wciąż są wykorzystywane we współczesnej politycznej i medialnej propagandzie), jednakże w okresie powszechnego lęku przed zagrożeniem ze strony przeciwnika, wraz z innymi treściami dostępnymi w ówczesnych mediach, oraz szerzącymi się plotkami i teoriami spiskowymi musiały niewątpliwie wzbudzać negatywne emocje, o czym mogłem przekonać się kilka lat temu, gdy każdy dodatkowy element informacji związanych z przygotowaniami Kim Dzong Una do wystrzelenia rakiet w kierunku Seulu wywoływał jeszcze większy lęk wśród członków rodziny, znajomych i sąsiadów.
Spotkałem na spacerze ojca wraz z ok. 7-letnim synem, który kazał nazywać się Jason, oraz ich psotliwym szczeniakiem rasy labrador. Jason doskonale posługiwał się j. angielskim i czuł się wyjątkowo swobodnie w moim towarzystwie. Spytałem go jak ma ich labrador na imię, a w odpowiedzi usłyszałem „secret”. „Och, doprawdy?” zapytałem z żartobliwą ironią w głosie. „To bardzo nietypowe imię dla psa” dodałem i zawołałem w kierunku labradora „Secret! Secret! Choć tutaj” W tym momencie do rozmowy włączył się jego ojciec, który z całą powagą odrzekł, że pies nie ma na imię „secret”, jego syn tylko się ze mną droczy, a imię psa brzmi „Coco”. Ironia nie jest elementem komunikacji werbalnej używanym przez Koreańczyków i Japończyków. Interpretują taki komunikat w jego dosłownej formie i zazwyczaj nie potrafią wychwycić jego humorystycznych intencji. Co pozwala nam zrozumieć ironię werbalną jest kontekst sytuacyjny, mimika twarzy oraz intonacja głosu nadawcy, tak często dodatkowo wzmacniana u dorosłych w trakcie przekomarzania się z dziećmi, które w ten sposób uczą się odróżniać ją od innych form wypowiedzi, z czym nie spotkałem się w Korei, gdzie podczas interakcji z dziećmi dorośli, zwłaszcza kobiety często mówią (czego w kulturze zachodniej nie pochwalają znów psycholodzy dziecięcy) dziecięcym głosem. Z własnego doświadczenia wiem, że można pozytywnej ironii użyć czasami w swobodnych interakcjach z dziećmi i kobietami i w ten sposób budować lub wzmacniać z nimi relacje i więzi, pod warunkiem jednak, że wytłumaczymy, jakie były nasze intencje. Unikać natomiast jej należy w sytuacjach formalnych i w rozmowach z mężczyznami, którzy zazwyczaj nie są w stanie wychwycić subtelnych różnic w intonacji głosu i niekoniecznie wyrażą aprobatę dla tego typu żartów. Dodam jeszcze, że sarkazm, złośliwy kuzyn ironii, może być przez Azjatów postrzegany bardzo negatywnie.
W epoce, gdy Europa zachwycała się perłowymi zębami dam z portretów, Japonia rozwijała zupełnie inną estetykę piękna. Ohaguro – zwyczaj barwienia zębów na głęboką czerń – nie był fanaberią, lecz świadomym wyborem kulturowym. Od okresu Heian po schyłek Edo czarne zęby kontrastowały z bladą cerą oshiroi, podkreślały dojrzałość płciową i chroniły przed próchnicą. To jeden z najbardziej charakterystycznych i dziś zaskakujących elementów japońskiej historii ciała i mody.
Ohaguro
Zwyczaj barwienia zębów na czarno pojawiał się w różnych kulturach na świecie, ale najsilniej kojarzy się z Japonią, gdzie nosił nazwę ohaguro (dosł. „czarne zęby”). Praktyka ta sięga co najmniej okresu Kofun, ale największą popularność zdobyła wśród arystokracji w epoce Heian (794–1185). Później, zwłaszcza w okresie Edo (1603–1868), ohaguro stało się zjawiskiem szeroko rozpowszechnionym.
W epoce Heian czernienie zębów praktykowali zarówno arystokraci, jak i niektórzy samuraje. W tym drugim przypadku bywało ono odczytywane jako wyraz lojalności – symbol, że wojownik „nie służy dwóm panom” i oddaje życie jednemu daimyō. Z czasem jednak zwyczaj ten zdecydowanie bardziej kojarzył się z kobietami.
Japońska grafika ukiyo-e. Kobieta barwiąca zęby na czarno
Biały makijaż twarzy (oshiroi) bardzo uwydatniał naturalny, żółtawy odcień zębów. W odpowiedzi kobiety zaczęły barwić je na głęboką czerń, która w ówczesnej estetyce kontrastowała z bladą cerą i była postrzegana jako wyjątkowo atrakcyjna. Dodatkowym atutem praktycznym było działanie antybakteryjne roztworu – garbniki i sole żelaza pomagały ograniczać rozwój próchnicy i chorób dziąseł, co w epoce bez współczesnej stomatologii miało realne znaczenie.
Proteza drewniana z czarnymi zębami. Okres Edo (1603-1867)
W okresie Edo ohaguro stało się jednym z najważniejszych znaków rozpoznawczych stanu cywilnego kobiety. Obok golenia brwi (hikimayu) i malowania ust, czarne zęby oznaczały, że kobieta jest zaręczona lub zamężna – znak dojrzałości płciowej i gotowości do roli żony. Zwyczaj ten przyjmowały również niektóre gejsze oraz kobiety z dzielnic przyjemności (choć nie wszystkie). W kulturze popularnej czarne zęby uchodziły za element uwodzicielski i podnoszący atrakcyjność.
Cesarzowa Haruko (1849-1914)
Do barwienia używano przede wszystkim kanemizu – ciemnego roztworu octanu żelaza, otrzymywanego przez rozpuszczanie opiłków żelaza w occie ryżowym, niekiedy z dodatkiem sake, mocnej herbaty lub galasów (galasówka wzmacniała czarny kolor). Przygotowany płyn nanoszono miękkim pędzelkiem na zęby – zabieg trzeba było powtarzać 2–3 razy w tygodniu, bo barwnik dość szybko tracił połysk. Smak i zapach roztworu były bardzo nieprzyjemne (metaliczno-kwaśne), dlatego dodawano przyprawy, anyż, goździki czy cynamon, by choć trochę złagodzić doznania.
Czerniono nie tylko własne zęby, ale też protezy – zarówno drewniane (popularne w epoce Edo), jak i późniejsze porcelanowe (okres Taishō). Zachowały się nawet fotografie i drzeworyty pokazujące kobiety z idealnie czarnymi, lśniącymi protezami.
Dawne narzędzia używane w Japonii do czernienia zębów
Zwyczaj zaczął zanikać w okresie Meiji. 5 lutego 1870 r. rząd oficjalnie zakazał ohaguro mężczyznom (w ramach porzucania dawnych wojowniczych zwyczajów), a w 1873 r. decydujący cios zadało publiczne pojawienie się cesarzowej Shōken (Haruko) z naturalnie białymi zębami. To wydarzenie stało się sygnałem dla elit i szybko rozprzestrzeniło się na resztę społeczeństwa – czerń zębów zaczęła być postrzegana jako „wsteczna” i niepasująca do nowoczesnej, zachodniej estetyki.
Wietnamka na przełomie XIX i XX wieku.Zwyczaj czernienia zębów nie ograniczał się wyłącznie do Japonii.
Ohaguro przetrwało najdłużej na prowincji i wśród aktorów teatru, ale na początku XX wieku praktycznie zniknęło. Dziś pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych i jednocześnie zaskakujących dla współczesnego obserwatora elementów dawnej japońskiej kultury piękna.
Na prywatny cmentarz Yangsajeong rodziny Yoon w Gimpo natknąłem się przypadkiem zeszłej jesieni podczas eksploracji rowerem obrzeży Seulu. Niepospolity urok krajobrazu zachwycił mnie już z daleka. Pierwszy pochówek na starannie wybranym przez koreańskiego mistrza feng shui (kor. pungsu) zboczu wzgórza odbył się w roku 1529 i od tego też czasu cmentarzem opiekują się członkowie rodu Yoon.
Cmentarz Yangsajeong
Napis na tablicy pamiątkowej głosi, że nazwa cmentarza, Yangsajeong („Niezapomniane Miejsce”) została nadana przez króla Jeongjo (1752-1800) z dynastii Joseon zachwyconego niezwykłością nekropolii.
Strażnik Muninseok
Liczne zdobienia miejsc pochowku pełniły w Korei wiele funkcji kulturowych. Muninseok, strażnik grobowców, na ogół przybierał postać urzędnika państwowego ubranego w oficjalny mundur z rękoma dzierżącymi berło trzymane na piersi. Jego funkcją była ochrona grobowców przed złymi duchami. Ta kamienna statua ustawiona przy grobowcu mówi nam, że zmarły za życia zajmował wysoką pozycję społeczną (yangban) lub posiadał szlachetną osobowość.
Posąg owcy Seokyang
Seokyang, to posąg owcy umieszczany przed grobowcami, kapliczkami lub budynkami, celem zapobieżenia wtargnięciu złych duchów lub katastrofom naturalnym. Wg. znajomej, z którą rozmawiałem kilka dni temu, wokół miasta Gimpo znajduje się wiele historycznych prywatnych cmentarzy. Tradycyjnie był to region zamieszkany przez bogatych właścicieli ziemskich.
Polowałem na to zdjęcie od kilku lat. Zorientowałem się dopiero, jak obaj mężczyźni znaleźli się zbyt blisko, by wykonać fotografię. Szybko zawróciłem, przygotowałem ostrożnie telefon, tak, by nie zepsuć tej dwójce przyjaciół dobrego nastroju, drugą ręką nacisnąłem w rysiku spust migawki i zrobiłem zdjęcie. Nieco wstawieni, po pracy w sobotni wieczór poszli na kieliszek soju. Jeszcze przed kilkunastu laty mężczyźni trzymający się za ręce stanowili powszechny widok w Korei, zwłaszcza wieczorami, gdy po wyjściu z baru w głośnej atmosferze udawali się w kierunku przystanku autobusowego lub aby złapać taksówkę. Dziś, za sprawą rozpowszechnienia się ruchów LGBT heteroseksualni mężczyźni, zwłaszcza młodsi, unikają już wyrażania w ten sposób swojej przyjaźni.
Odzież sportowa jest na topie w Korei (fot. JW)
Co ciekawe, ich eleganckie, kolorowe marynarki są niepopularne wśród młodszego pokolenia Koreańczyków, które w ubiorze formalnym i nieformalnym preferuje kolory ciemne (czasami szare lub beżowe), jak w przypadku młodego mężczyzny w klapkach poruszającego się w przeciwnym kierunku. Kiedy pewnego razu zapytałem żonę na zakupach jak podoba jej się trzymana przeze mnie w ręku granatowa marynarka w kratkę odpowiedziała z niesmakiem na twarzy, „będziesz wyglądał jak ajossi” (starszy mężczyzna). Nie inaczej dzisiaj, gdy zachwalałem ich gustowny wygląd, żona rzuciła tylko „ajossi”. Na moją uwagę, że jest uprzedzona wobec koreańskich mężczyzn w średnim wieku niemalże się obraziła. Za to wszyscy zdają się w Korei akceptować tak tutaj modną na każdą okazję pospolitą odzież sportową (jakby ktoś się pytał, dlaczego w „Squid Game” obowiązuje właśnie ta forma odzieży…).
Zielone dresy noszone przez uczestników „Squid Game” (fot. Grafika Google)
Zaledwie minutę temu, gdy przymierzałem się do wrzucenia dzisiejszego wątku na tt w oczy wpadła mi fotografia @SławomirMentzen. Pokazałem żonie gustowną marynarkę prezesa KPB, na co ona odpowiedziała zaskoczeniem na twarzy. Tak wiele rzeczy, w tym moda, zdaje się być na opak w Korei.
Od czasu otwarcia się na świat w roku 1853 Japonia nieprzerwanie wzbudza ogromne zainteresowanie swoją oryginalnością. Wśród ludzi zafascynowanych kulturą japońską byli m.in. piosenkarz David Bowie, współzałożyciel firmy Apple, Steve Jobs, wokalisty grupy Queen, Freddie Mercury oraz polski reżyser Andrzej Wajda.
Sushiiwa. Ulubiona restauracja Steve’a Jobsa w Kioto (fot. Grafika Google)
David Bowie
12 stycznia 2016 roku gazeta The Japan Times podała, że na posterunek policji w Sapporo dzień wcześniej trafił 25-latek próbujący popełnić samobójstwo w miejscu publicznym. „Wiadomość o śmierci Davida Bowie tak mnie zaszokowała, że chciałem się zabić”, powiedział stróżom prawa. Powszechnie znana fanom Davida Bowie była jego fascynacja Japonią, jej kulturą i sztuką.
David Bowie na stacji metra w Kioto, rok 1980 (fot. Masayoshi Sukita)
Muzyk przyjął do swoich występów scenicznych wiele elementów kultury japońskiej. W tym celu pobierał nawet lekcje makijażu kabuki od słynnego onnagaty (grana przez mężczyzn rola kobiety w tradycyjnym japońskim teatrze kabuki) Tamasaburo Bando. Miastem, które w szczególności sobie upodobał było Kioto, gdzie w przebraniu odwiedzał lokalne galerie sztuki. W 1992 roku Bowie wraz z żoną Iman spędzili w Kioto swój miesiąc miodowy.
David Bowie w Kioto. Sklep z tradycyjnymi artykułami japońskimi (fot. Masayoshi Sukita)
Steve Jobs
Ryoan-ji, ulubiona buddyjska świątynia i ogród skalny Steve’a Jobsa w Kioto (fot. Grafika Google)
Kolejną sławną postacią zafascynowaną tym krajem był Steve Jobs, który przez całe życie interesował się japońską estetyką i stylem życia. Był zagorzałym fanem i kolekcjonerem nowoczesnych drzeworytów shinhanga. Kolekcjonował m.in. prace mistrza Goyo Hashiguchi.
Jeden z bliskich sercu drzeworytów Steve’a Jobsa autorstwa Goyo Hashiguchi (1920)
Kupował je często osobiście w swojej ulubionej galerii sztuki w tokijskiej dzielnicy Ginza, którą odwiedził po raz pierwszy wraz ze Stevem Wozniakiem w 1983 r. Preferował portrety kobiet i obrazy przedstawiające zimowe krajobrazy. I tak jak w przypadku Bowie, Jobs również uwielbiał spędzać czas pośród tradycyjnej drewnianej zabudowy Kioto, zawsze zatrzymując się ryokanie Tawaraya jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych w mieście.
Steve Jobs z córką Erin Sieną w Kioto, swoim ulubionym mieście (fot. Grafika Google)
Freddie Mercury
Freddie Mercury w Japonii (fot. Grafika Google)
„Jedynym miejscem, w którym Freddie kiedykolwiek zachowywał się jak prawdziwy turysta, była Japonia. To co japońskie, stało się dla niego pasją, której oddawał się cały, podczas gdy pozostałe miejsca na świecie traktował jak noclegownie.” Tak wspominał Freddiego Mercury’ego jego asystent Peter Freestone. Wg. L.A. Jones, autorki biografii muzyka, jego uwagę w Japonii absorbowało niemalże wszystko, począwszy od japońskiej historii, tradycji i kultury, a skończywszy na zaawansowanej technologii.
Grupa Queen w Japonii (fot. Grafika Google)
I tak jak w przypadku Steve’a Jobsa i Davida Bowie, frontman grupy Queen stał się gorliwym kolekcjonerem japońskich dzieł sztuki i antyków, których ogromną kolekcję zgromadził w swojej posiadłości Garden Lodge w Londynie, którą muzyk postanowił również upiększyć japońskim ogrodem, oraz stawem z karpiami koi.
Posiadłość Freddiego Mercury’ego w Londynie (fot. Grafika Google)
Andrzej Wajda
Entuzjastą filmu i kinematografii nie jestem, ale interesują mnie znanych ludzi związki z Japonią. Jednym z największych polskich miłośników kultury japońskiej był Andrzej #Wajda. Reżyser odniósł w Kraju Kwitnącej Wiśni artystyczny sukces, a Japonię, wraz z żoną, aktorką Krystyną Zachwatowicz odwiedzał wielokrotnie, podczas których to podróży poznał m.in. reżysera Akirę Kurosawę. Twórca „Siedmiu samurajów” przyjął naszego reżysera w swoim domu w Gotemba.
Andrzej Wajda i Akira Kurosawa
W 1995 r. Wajda otrzymał Order Wschodzącego Słońca III Klasy. Został też pierwszym polskim laureatem (drugim był kompozytor Witold Lutosławski) Nagrody Kioto – japońskiego Nobla. Nagrodę 450 tys. dolarów reżyser w całości przeznaczył na budowę Muzeum Manggha w Krakowie – decyzja, która poruszyła serca Japończyków.
Dalekowschodnie Refleksje znajdziesz również na Patronite, YouTube oraz X (d. Twitterze)
Japoński plakat do filmu „Popiół i Diament” (Haitodaiyamondo) z 1958 r.
Wraz z otwarciem się Japonii (wymuszonym przez Stany Zjednoczone po jej ponad 200-letniej izolacji) w 1853 roku na świat zewnętrzny, do Europy zaczęły napływać wytwory artystyczne tamtejszych mistrzów ukiyo-e (malarstwo i drzeworyt japoński), oraz japońskie wyroby rzemieślnicze (meble, wachlarze, naczynia, parasole itp.) zapoczątkowując wśród Europejczyków modę na japońską kulturę i sztukę.
Vincent van Gogh, Portret „ojca” Tanguy, 1887
Wytwory japońskiej sztuki pojawiły się na światowych wystawach w Londynie, Wiedniu, a zwłaszcza Paryżu, gdzie w r. 1862 otwarto pierwszy sklep z „japońszczyzną”. Fascynacji sztuką japońską nie ukrywali najwybitniejsi przedstawiciele impresjonizmu i postimpresjonizmu, m.in. Claude Monet, Edouard Manet, Vincent van Gogh, Edgar Degas, Henri Lautrec, Camille Pissarro, Auguste Renoir, co nie pozostało bez wpływu na ich malarstwo (japonizm).
Portret Emila Zoli Maneta, 1868
Europejska fascynacja kulturą i sztuką Kraju Kwitnącej Wiśni na ziemie polskie dotarła z kilkunastoletnim opóźnieniem. Podczas pobytu w Paryżu ze sztuką japońską i japonizmem zetknęli się Olga Boznańska, Stanisław Wyspiański, Wojciech Weiss, Józef Mehoffer, oraz Feliks „Manggha” Jasieński, kolekcjoner sztuki i propagator japońskiej kultury na ziemiach polskich.
Olga Boznańska, Kobieta (autoportret?) z parasolką, 1882
Sztukę Kraju Wschodzącego Słońca docenił również akwarelista Julian Fałat, który w roku 1886 w trakcie podróży dookoła świata zahaczył o Japonię.
Nowy nurt w sztuce nie od razu przypadł do gustu mieszkańcom Warszawy, którzy potrzebowali trochę czasu by oswoić się z japonizmem i grafiką japońską. Niestrudzony Jasieński kontynuował swoją misję w Krakowie, gdzie na początku XX w. znalazł grono entuzjastów sztuki japońskiej. W tym czasie już jednak jej wpływy w Europie Zachodniej znacząco maleją.
Anna Bilińska-Bohdanowicz, Kobieta w kimonie z japońską parasolką, 1888
Zapewne każdy, kto podróżował po Japonii musiał zetknąć się ze zjawiskiem dużych grup ludzi okupujących teren wokół wielu stacji metra. Początkowo sądziłem, że są to popularne miejsca spotkań mieszkańców miast, dowiedziałem się jednak, że na wskroś punktualni Japończycy ze znacznym wyprzedzeniem przyjeżdżają na miejsce szkoleń, konferencji czy rozmów kwalifikacyjnych i w ten sposób zabijają pozostały do spotkania czas.
Punktualni Japończycy na miejsce ważnych spotkań przyjeżdżają na długo przed czasem (fot. Grafika Google)
Japończycy bardzo rygorystycznie podchodzą do kwestii punktualności i już dzieci ćwiczone są w tym temacie od najmłodszych lat szkolnych. Przed kilkoma laty publiczne przeprosiny do narodu wystosowali japoński minister ds. organizacji igrzysk olimpijskich Yoshitaka Sakurada za 3-minutowe spóźnienie na posiedzenie komisji budżetowej, oraz szefowie urzędu miasta w Kobe, po tym, gdy jeden z urzędników został przyłapany na przedłużaniu o kilka minut przerwy obiadowej.
Shibuya w Tokio (fot. Grafika Google)
Wielu obcokrajowców pracujących w Japonii zwraca jednak uwagę, że Japończycy zazwyczaj punktualnie rozpoczynają spotkania, rzadko jednak punktualnie je kończą. W dodatku ich obsesja na punkcie punktualności nie dotyczy już prywatnych spotkań. W Japonii, gdzie nawet minutowe spóźnienie może oznaczać odstąpienie od umowy lub dyskwalifikację kandydata do pracy, punktualność ma ogromne znaczenie w kształtowaniu pierwszego wrażenia i budowaniu profesjonalnego wizerunku. Dlaczego więc biurowe spotkania potrafią się ciągnąć w nieskończoność przy biernej postawie jego uczestników? Wtedy już Japończycy mają tendencję do priorytetowego traktowania relacji ze współpracownikami i lojalności wobec grupy ponad własne subiektywne potrzeby.
Spotkałem kiedyś kobietę z Jinju, miasta na południu Korei, która na pytanie z czego ono na Półwyspie słynie, po chwili namysłu odpowiedziała „z walki byków”. Do tego czasu nie słyszałem o tradycji walki byków w Korei, a sięga ona ponoć 1000 lat wstecz.
Koreańska „korrida” (fot. Grafika Google)
Koreańska korrida, zwana tutaj sossaum (so – krowa, ssaum – walczyć) była popularną formą rozrywki zwłaszcza pośród mieszkańców prowincji. O miano czempiona walczyły między sobą wsie całych regionów. Prestiżowe zawody rozgrywano raz do roku po żniwach jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku. Stawką był nie tylko honor i prestiż właściciela bydła, ale całej lokalnej społeczności, do której należeli.
(Fot. Grafika Google)
Dziś sossaum organizuje się w kilkunastu miejscach na terenie kraju. Koreańskie walki byków są (prawie) bezkrwawe. Do walk wykorzystuje się byki koreańskiej rasy hanwoo. Zdarzają się czasami obrażenia, w końcu to „sport” kontaktowy, ale o przypadku zgonu zawodnika nikt tutaj nie słyszał. Potężne byki walczą między sobą do czasu, aż jeden z nich nie stwierdzi, że ma dosyć i daje drapaka.
Szkolenie byka na czempiona sossaum (fot. Grafika Google)
Część walk zresztą kończy się zanim jeszcze dojdzie do kontaktu fizycznego. „Spojrzenie spod byka” wystarczy często, by słabszy psychicznie zawodnik wziął nogi za pas. Celem zwiększenia masy mięśniowej zwierząt, przymusza je się do reżimu treningowego, m.in. poprzez ciągnięcie opon samochodowych w górę zbocza. Technikę walki ćwiczą na masywnych konstrukcjach z opon samochodowych. A co zrobić z upartym zwierzęciem, które za Chiny nie chce poddać się szkoleniu? Można zachęcić je do współpracy pojąc soju, lokalnym winem.
Dziś rano, gdy zjeżdżałem windą w dół, na siódmym piętrze wszedł młody mężczyzna, który ni stąd, ni zowąd odezwał się słowami, „Ostatnim razem przytrzymałeś mi drzwi jak szedłem z pakunkami, pamiętasz?” Przypomniałem sobie dopiero po chwili, jak już nasze drogi się rozeszły. Już z dwa tygodnie minęły od tego czasu. Drzwi wejściowe do budynku zamykają się automatycznie, a przed przytrzaśnięciem mieszkańców chroni umieszczona w futrynie na wysokości kolana fotokomórka. Wychodząc z budynku przystawiam do niej stopę za każdym razem, gdy ktoś do niego się zbliża. Fakt, Koreańczycy tak nie postępują, nawet drzwi przytrzymują niemalże wyłącznie osobom im towarzyszącym, ale nie obcym, choć w większości przypadków dziękują mi za ten niewielki w końcu gest uprzejmości. Okazuje się jednak, że tak mała rzecz może niektórym zapaść nawet na dłużej w pamięci. Czy inni Polacy za granicą postępują inaczej? Wątpię. Czytając jednak niektórą polską prasę, można dojść do wniosku, że Polacy to wyłącznie nieokrzesane gbury i warcholstwo. Na ekrany kin wszedł właśnie kolejny film Wojciecha Smarzewskiego ukazujący Polaków w krzywym zwierciadle. „Jeżdżę za granicę i widzę to polskie chamstwo”, słyszę czasami od niektórych rodaków. Nigdy oczywiście nie mają na myśli siebie samych, ani swoich znajomych. Im częściej media przedstawiają Polaków w niekorzystnym świetle, tym częściej niektórzy dostrzegają ten margines rodaków zachowujących się niewłaściwie (zjawisko zwane iluzją częstotliwości / Baader-Meinhof), lub też interpretują neutralne lub przypadkowe zachowania krajanów w taki sposób by uzyskać odpowiedź twierdzącą na stawianą przez te media tezę (efekt potwierdzenia). W zeszłym już chyba roku nasz osiedlowy dostawca przesyłek pocztowych, starszy jegomość, zjeżdżał windą ze swoim wózkiem załadowanym paczkami. Wcisnął przycisk 11 piętra, po czym wysiadł z przesyłką. Przytrzymałem drzwi w oczekiwaniu na jego powrót. Podziękował, ukłonił się i po chwili z kolejną przesyłką wysiadł piętro niżej. Wcześniej poprosił, bym nie czekał, ale zignorowałem jego prośbę. Powrócił, ponownie podziękował i jeszcze raz poprosił bym jechał dalej sam. Odrzekłem, że się nie śpieszę i z przyjemnością zaczekam. Zatrzymaliśmy się na dwóch kolejnych piętrach zanim dobiliśmy do parteru. „W mojej całej karierze nie spotkałem się z taką sytuacją” dodał. Od tego czasu za każdym razem jak mnie widzi na ulicy już z daleka kłania się lub radośnie macha do mnie ręką. Od dziecka w domu byłem uczony tego (jak i wielu innych) gestu, czynili tak również nasi sąsiedzi, mieszkańcy innych domów w naszym mieście i zapewne we wszystkich innych polskich miastach. „Jacek, pomóż pani”, zachęcała mnie zawsze w ten sposób mama do prospołecznych zachowań. Wielu innych rodziców w Polsce czyniło podobnie. Nic szczególnego wydawałoby się. W Korei jednak ten niewielki gest znaczy wiele.