Mowa ciała jest jak drugi język – tylko że tym razem nie uczymy się go z podręcznika, lecz przez lata uważnej obserwacji na ulicach, w metrze, restauracjach i na placach. W przypadku Japonek, Koreańczyków i Chińczyków różnice są tak subtelne, a jednocześnie tak wyraźne, że po pewnym czasie przestają być „azjatycką masą”, a stają się czytelnym kodem kulturowym. Jednym z najpiękniejszych i najbardziej zdradliwych elementów tego kodu jest japońskie aizuchi – pozornie prosty akt słuchania, który w rzeczywistości niesie ze sobą całą filozofię społecznej harmonii.

Jak odróżnić Japończyków, Koreańczyków i Chińczyków? Różnic jest bez liku i dotyczą niemal każdej sfery: mimiki twarzy, gestów, fryzur (zarówno damskich, jak i męskich w całym przekroju wiekowym), chodu, wyborów modowych i ich kolorystyki, parajęzyka, śmiechu, budowy ciała, haptyki (dotyk), wyrażania emocji (np. złości), morfologii twarzy, akcesoriów, wzrostu, zachowań indywidualnych i grupowych w najróżniejszych sytuacjach społecznych, makijażu, akcentu w języku angielskim, a nawet zapachu ciała (czosnek i kimchi to zapachy szczególnie kojarzone z Koreańczykami 🙂
Przy obserwacji warto jednak pamiętać o podstawowej zasadzie analizy mowy ciała: zazwyczaj nie opieramy wniosków na pojedynczym sygnale. Szukamy jak największej liczby sygnałów niewerbalnych, które razem wskazują na elementy charakterystyczne dla danej kultury. Dogłębne opanowanie tego „języka” wymaga wielu lat systematycznej, uważnej obserwacji.
Weźmy na przykład parajęzyk (ton, tempo, głośność, intonację, rytm i pauzy, a zwłaszcza wokalizatory typu „aaa”, „ooo”, „eee?”). Dla zachodniego turysty brzmi to często jak jedna „azjatycka masa”, ale różnice między Japonią, Chinami a Koreą są tu fundamentalne, ponieważ wyrastają z zupełnie innych potrzeb społecznych tych narodów.
W Japonii kobiety bardzo często automatycznie podwyższają ton głosu w sytuacjach publicznych. Zjawisko to jest ściśle związane z estetyką burikko, czyli odgrywaniem roli niewinnej, bezradnej i uroczej dziewczynki.
Dodatkowo japoński zachwyt w grupie (np. podczas wspólnego jedzenia) nie zawsze jest wyrazem spontanicznej radości. Często bywa zrytualizowanym obowiązkiem. Kobieta w szczególności musi odgrywać spektakl zachwytu, aby podtrzymać dobre samopoczucie grupy lub uwiarygodnić swoją wdzięczność wobec kucharza, gospodarza, osoby zapraszającej czy… przewodnika turystycznego.

Kilka dni temu na placu Gwanghwamun w Seulu obserwowałem grupę ośmiu Japonek w średnim wieku, które słuchały koreańskiego przewodnika tłumaczącego działanie repliki słynnego koreańskiego zegara słonecznego z 1437 roku, stojącej tuż obok pomnika króla Sejonga.
Charakterystyczne dla nich były typowe dla Japonek w tym wieku fryzury, wyraźnie niższy wzrost niż u Koreanek, bardzo kolorowa, doskonale skomponowana kolorystycznie odzież w pastelowych odcieniach (w przeciwieństwie do typowej, często czarnej koreańskiej garderoby).
Wszystkie panie przyjmowały wyjaśnienia przewodnika z ogromnym entuzjazmem… wyłącznie za pomocą gestów (potakiwań) i parajęzyka.
To klasyczne aizuchi – bardzo charakterystyczny dla Japończyków (a zwłaszcza Japonek) feedback w postaci potakiwań, uśmiechów, słów (choć nie w tym przypadku) i dźwięków. Zachowanie tak rozpoznawalne, że prawie niemożliwe do pomylenia z kimkolwiek innym. I tu dochodzimy do sedna. Przez te kilka chwil przy zegarze słonecznym nie padło ani jedno pytanie z ich ust, ani jedno słowo.
Stawiam sto do jednego, że te sympatyczne panie niewiele zrozumiały z wyjaśnień przewodnika, który mówił łamanym angielskim z silnym koreańskim akcentem. Mimo to sprawiały wrażenie, że świetnie się bawią i wszystko doskonale pojmują. Co się stało? Typowe japońskie tatemae, czyli fasada zachowań, jakich wymaga od nich społeczeństwo.
W Japonii unika się otwartych konfrontacji. Przyznanie się do niezrozumienia byłoby aktem zagrażającym wizerunkowi. Z jednej strony Japonki chroniły twarz przewodnika – gdyby mu przerwały i powiedziały, że nie rozumieją, zniszczyłyby harmonię i naraziły Koreńczyka na ogromny wstyd (utrata twarzy).
Z drugiej strony przyznałyby się do własnej słabej kompetencji językowej, co postawiłoby je w niekomfortowej roli intruzów psujących płynność wycieczki. Prawdziwe uczucia i stan wiedzy (honne), czyli całkowita dezorientacja języków, zostały głęboko ukryte. Nadrzędnym celem w tamtym momencie nie było dla nich poznanie wiedzy historycznej czy kulturowej, lecz współdziałanie w utrzymaniu gładkiego, harmonijnego przebiegu interakcji. A wszystko to wyraziły niewerbalnie. I trzeba przyznać, że wyszło im to perfekcyjnie.